Czy Kuba podąży arabską ścieżką?

W ostatnich tygodniach, oczy niemal całego świata zwróciły się w kierunku Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Wydarzenia nazywane przez niektórych komentatorów „Arabską Wiosną” doprowadziły do obalenia dyktatur w Tunezji i Egipcie oraz krwawych zamieszek w Libii. Również pozostałe kraje regionu, w których wieloletnie rządy sprawują despotyczni władcy przeżywają wewnętrzne trudności. Obawa przed utratą władzy spowodowała pospieszne próby opanowania sytuacji metodą drobnych ustępstw, bądź też nasilenia represji względem niezadowolonego społeczeństwa. Wydawać by się mogło, że silne rządy Hosniego Mubaraka, czy Muamara Kadafiego przetrwają w spokoju jeszcze długie lata, a jednak wystarczyła masowa mobilizacja ludności, aby odsunąć ich od władzy.

Analizując przebieg wypadów w państwach arabskich, można spróbować zastanowić się, czy podobne wydarzenia są prawdopodobne w innych krajach, gdzie panują autorytarne władze. Jednym z nich jest bezsprzecznie Kuba. Istnieją oczywiście pewne istotne różnice pomiędzy wyspą braci Castro, a Tunezją lub Egiptem, ale czy są one aż tak znaczące? Uwzględniając bowiem nawet specyficzne uwarunkowania geopolityczne Kuby zauważymy liczne podobieństwa. Jak nie trudno zgadnąć, są to typowe cechy ustroju niedemokratycznego. Na porządku dziennym jest łamanie praw obywatelskich, tłamszenie opozycji, nieuczciwe procesy, podsycanie ciągłej atmosfery strachu wraz z inwigilacją życia prywatnego mieszkańców wyspy.

Zbieżności dotyczą również sfery społeczno-ekonomicznej. Kuba znajduje się w stanie permanentnej zapaści gospodarczej, a cały system funkcjonuje jedynie dzięki dochodom z turystyki, przekazom pieniężnym od rodzin z USA oraz subsydiom od zaprzyjaźnionych krajów. Wśród tych ostatnich palmę pierwszeństwa dzierży Hugo Chavez. Przesyła on ropę naftową po preferencyjnych cenach i zasila budżet Hawany rocznymi dotacjami rzędu 2,5-3,5 mld dolarów. W samym kraju szerzy się ogromna korupcja i kwitnie czarny rynek. Coraz większym problemem staje się bezrobocie i brak perspektyw na przyszłość. Społeczeństwo jest już po prostu zmęczone ciągłą walką w obronie rewolucji. Dlatego też część Kubańczyków zadaje sobie z pewnością pytanie, czy i oni mogliby obalić tyrana?

Ogromna rola jaką w wydarzeniach „Arabskiej wiosny” odegrał internet, a zwłaszcza serwisy społecznościowe, została zauważona nie tylko przez komentatorów świata mediów. Również władze kubańskie bacznie przyglądają się poczynaniom opozycjonistów w cyberprzestrzeni. Zdając sobie sprawę z potencjału, jaku drzemie w globalnej sieci i który uwolniony potrafi zmobilizować szerokie rzecze obywateli, starają się go kontrolować.

Internet w krainie cygar

Dostęp do internetu jest na Kubie w znacznym stopniu utrudniony. Reglamentacja dotyczy go tak samo, jak każdego innego produktu. Szczęśliwcy, którzy mogą surfować w sieci używają tylko poczty elektronicznej i stron zaakceptowanych przez instytucje rządowe. Jedynie niewielki odsetek społeczeństwa posiada domowe łącza internetowe. Większość skazana jest na kafejki, w których godzina kosztuje 1,5 dolara, przy miesięcznych zarobkach rzędu 20 dolarów. W miejscach takich rzecz jasna łatwiej kontrolować obywateli. Nieograniczony dostęp istnieje wyłącznie w hotelach, co podyktowane jest obecnością w nich zagranicznych turystów. Opłata jest tam jeszcze większa i wynosi 10 dolarów.

Według danych z 2009 r. z dostępu do Internetu korzystało około 14% Kubańczyków, czyli mniej więcej 1,6 mln osób. Rząd tłumaczy wszystko trudnościami ekonomicznymi i embargiem nałożonym przez Stany Zjednoczone – zakaz sprowadzania na wyspę zagranicznych, tj. amerykańskich technologii hamuje rozwój telekomunikacji na Kubie. Nawet pomimo tych trudności, kilku opozycjonistów założyło internetowe pamiętniki. Władze starają się uprzykrzać im życie na każdym kroku, byleby tylko zniechęcić od wyrażania swoich myśli. Najbardziej znana kubańska blogerka Yoani Sanchez doświadczyła już wielokrotnie represji ze strony reżimowych bojówek. W listopadzie 2009 roku została brutalnie pobita w odwecie za wypowiedzi publikowane na swoim blogu „Generacion Y”.

Wprawdzie już od dawna cenzura ingeruje w treści zamieszczane przez internautów z Kuby, jednak obecnie działania te uległy intensyfikacji. Niewątpliwie ma to poniekąd związek z sytuacją obserwowaną w krajach arabskich. Ostatnio popularnością cieszy się film instruktażowy, który ujrzał światło dzienne za sprawą przecieku. Dowodzi on dobitnie, iż Hawana poważnie traktuje wirtualne niebezpieczeństwo. Widać na nim agenta bezpieki wyjaśniającego kubańskim oficjelom charakterystykę zagrożenia dla reżimu w cyberprzestrzeni. W swoim przemówieniu wnikliwie informuje o froncie walki z kontrrewolucją w wirtualnym świecie. Broń w klasycznym rozumieniu zastąpiły bowiem blogi i strony takie jak Twitter i Facebook. Podążając tym tropem, nietrudno domyślić się, że z pewnością wszyscy internauci wyrażający krytyczne stanowisko na temat ustroju Kuby, są bez wątpienia najemnikami Waszyngtonu.

Tymczasem reżim w Hawanie przygotowuje własną rewolucję. Rewolucję w sferze ekonomicznej i społecznej. Katastrofalna sytuacja gospodarcza wymusiła podjęcie kolejnych radykalnych decyzji. Zwołany pierwszy raz od blisko 14 lat zjazd Komunistycznej Partii Kuby ma obradować w połowie kwietnia wyłącznie nad wprowadzanymi reformami. Posunięcia rządu mają doprowadzić do zwolnienia blisko 500 tys. pracowników rozbudowanego sektora państwowego, przede wszystkim administracji publicznej każdego szczebla. Ograniczone i zniesione mają być również niektóre ze środków pomocowych dla najuboższych Kubańczyków. Zlikwidowany zostanie obowiązek zapewnienia przez państwo zatrudnienia dla wszystkich obywateli.

Oznacza to akceptację bezrobocia, które dotychczas oficjalnie na Kubie nie istniało. Zwalnianie osoby zachęcane będą do zakładania własnej działalności gospodarczej, co z kolei ma generować zyski dla całego państwa. Ułatwione będzie, m.in. otwieranie prywatnych punktów gastronomicznych i usługowych w turystyce. Wpisuje się to w szereg wcześniejszych kroków, które zmierzały do rozwoju sektora prywatnego. Jeszcze nie tak dawno uważany był on za wroga i sprawcę wielu nieszczęść. Obecnie jednak okoliczności wymusiły na braciach Castro szersze otwarcie się na tego typu inicjatywę i uznanie za zło konieczne.

Jaka perspektywa?

Próbując rozważań na temat zmian w Hawanie na fali społecznego niezadowolenia trzeba odłożyć je na dalszą przyszłość. Biorąc pod uwagę rozbudowane struktury służb bezpieczeństwa, jakie stworzono na Kubie w ciągu ostatnich 50 lat, wydaje się raczej mało prawdopodobne powtórzenie scenariusza z Tunezji i Egiptu. Reżim kubański jest o wiele bardziej represyjny, niż tunezyjski czy egipski, a społeczeństwo Kuby poddane jest znacznie większej kontroli. System panujący na wyspie posiada cechy systemu totalitarnego. Ograniczony dostęp do sieci internetowej w stosunku do liczby ludności nie pozwolił na utworzenie wirtualnej społeczności skupionej wokół, np. Facebooka. Wszechobecna inwigilacja i system donosicielstwa skutecznie uniemożliwiają zorganizowanie masowych wystąpień. Prewencyjne aresztowania połączone z ciągłym nękaniem dysydentów utrudniają przeprowadzenie skoordynowanych akcji.

Ponadto, mnogość organizacji paramilitarnych w rodzaju Komitetów Obrony Rewolucji, czy zwykłych bojówek zawczasu zapobiega wszelkim rozruchom. Silna pozycja armii, która stanowi jeden z kluczowych elementów reżimu jest dodatkowym argumentem przemawiającym na niekorzyść opozycji. Jedynie wówczas, kiedy wojsko wymówiłoby posłuszeństwo władzy i poparło ewentualne protesty, miałyby one szanse na powodzenie. To natomiast póki co, wydaje się całkowicie niemożliwe. Należy wszakże pamiętać, że zarówno władza Muammara Kadafiego w Libii, Hosniego Mubaraka w Egipcie i Al-Abidina Ben Alego w Tunezji wydawały się być równie niezagrożone. Śmiało można nawet pokusić się o stwierdzenie, iż specjaliści od świata arabskiego byli z pewnością dalecy od przewidywania odejścia tych przywódców w takich okolicznościach. Może więc i na Kubie dokonają się przemiany?

Mateusz Doliński