Arabska rewolta

To wyjątkowo gorąca zima w niemal wszystkich krajach arabskich (Zdjęcie: Channel4)
To wyjątkowo gorąca zima w niemal wszystkich krajach arabskich (Zdjęcie: Channel4)

Najnowsze doniesienia z Libii wskazują, iż spod władzy pułkownika Kaddafiego wymykają się już nawet fragmenty stolicy kraju, Trypolisu. Eksport ropy z terminali na wschodzie kraju, gdzie rozpoczął się bunt przeciwko satrapie, został niemalże całkowicie wstrzymany – donosi Agencja Reutera. Wydaje się, że domyka się trzeci etap arabskiej rewolty, która zmyła już z powierzchni ziemi wieloletnich prezydentów Tunezji i Egiptu.

Upadł reżim Zine Ben Alego w Tunisie oraz Hosniego Mubaraka w Kairze, chwieje się despotia Muammara Kaddafiego. Być może następny w kolejce do opuszczenia stanowiska jest jemeński prezydent Ali Abdullah Saleh. Protesty mają miejsce również w Maroku i Algierii. Kilka dni temu bardzo gorąco zrobiło się w Bahrajnie. Demonstranci wyszli także na ulice Iranu, który zaciera ręce z powodu kłopotów z grubsza proamerykańskich dyktatorów arabskich, jednak mułłowie z Teheranu muszą uważać. Sytuacja społeczno-gospodarcza w Iranie nie jest bardzo różna od tej, która przyczyniła się do wybuchu w Tunezji, Egipcie czy Libii.

Czego się nie spodziewać?

Czytelnicy Polityki Globalnej wielokrotnie zwracali mi uwagę, iż nie odnoszę się do wydarzeń w krajach arabskich. Uwaga słuszna, gdyż poza jednym wpisem poświęconym temu, jak dyktatury mogą próbować radzić sobie z rewolucjami, nie wypowiadałem się na temat wydarzeń w Afryce Północnej. Dlaczego? Ponieważ mam poważny problem z arabską rewoltą. Otóż nie sądzę, aby w jej wyniku nastąpiły fundamentalne zmiany. Owszem, geopolityka regionu może ulec transformacji, jednak sytuacja wewnętrzna w poszczególnych państwach pozostanie raczej niewzruszona.

W Tunezji czy Egipcie nie należy spodziewać się ani fali demokratyzacji, ani islamizacji. Demokracja to ustrój wymagający bardzo wiele od społeczeństwa, które chce ją zaprowadzić. W krajach arabskich wymogi te nie są spełnione. Oglądając rewolucję z ekranów telewizorów można odnieść wrażenie, że jest inaczej, jednak nie ma się co łudzić. Demokracja to pieśń przyszłości, mniej lub bardziej odległa. Islamizacja, czy przejęcie władzy przez radykałów, to także mało prawdopodobne rozwiązanie. Nie mają oni aż tak silnego poparcia społecznego, a stosunkowo silne siły zbrojne nie pozwolą na powstanie teokracji.

Podobnie będzie w przypadku Libii i Jemenu. Z tą jednak różnicą, że struktury państwowe są w tych krajach o wiele słabsze. Ważniejsze są więzi plemienne. Kraje te, w szczególności Jemen, w wyniku zmiany władzy mogą się po prostu rozpaść. Gdyby Jemen stał się drugą Somalią, siły destabilizacyjne oddziaływałyby ze zdwojoną siłą na i tak niestabilny region. Teraz widzimy jak na dłoni, jak naprawdę wyglądała bliskowschodnia, czy też arabska stabilizacja. Jak kruche były jej podstawy. Wystarczył wzrost cen żywności, żeby opresyjność reżimu zaczęła na poważnie irytować społeczeństwo.

Czego się spodziewać?

Arabska rewolta nie robi na mnie wielkiego wrażenia, gdyż spodziewam się, iż władzę w Tunezji, Egipcie czy Libii nadal będą sprawować podobne rodzaje reżimów (chociaż w przypadku Libii naprawdę może dojść do rewolucji, bo nikt nie skopiuje Kaddafiego z jego wszystkimi osobliwościami). Możliwe, że w Tunezji czy w Egipcie dojdzie do w miarę wolnych wyborów, a tytularnie rządzić będzie nowe pokolenie przywódców. Obawiam się jednak, że staną się oni marionetkami prawdziwych władców tych państw – struktur siłowych, głównie wojska.

Prominentny realista, były doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego stwierdził, że dyktatorzy (w tym arabscy) zapewniali stabilność. A to była istotna wartość dodana. O jakości tej stabilizacji pisałem już wyżej. Dziś Stany Zjednoczone stoją w rozkroku, wahając się między wsparciem rewolty a popieraniem upadających despotów. Obama musi nie tyle znaleźć się po właściwej stronie historii, ile po stronie amerykańskiego interesu narodowego. Wydaje się, że niewiele by stracił wyraźniej wspierając demonstrujące społeczeństwa. Nowe władze będą raczej podobne do obecnych, a podtrzymywanie znienawidzonych tyranów fatalnie wpływa na amerykański PR.

Poboczne wątki

Przez chwilę dyskusja wywołana arabską rewoltą koncentrowała się na Izraelu i jego bezpieczeństwie w obliczu zmiany władzy w Egipcie. Obawiano się, że Izrael znajdzie się w otoczeniu skrajnie nieprzychylnych mu sił (Hezbollah w Libanie, Hamas w Strefie Gazy, Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, do tego wroga Syria). Pokazało to, o czym jednak mało kto chciał dyskutować, jak fatalną politykę wobec sąsiadów prowadzą Izraelczycy. Gdyby nad Nilem zdecydowano, że bliższe stosunki z Izraelem są nieopłacalne, Państwo Żydowskie znalazłoby się niemal w całkowitej izolacji (nawet z przyjaznym Egiptem nie jest w tej materii różowo). Jak można było do tego dopuścić? Warto bliżej przyjrzeć się temu problemowi.

Przeglądając komentarze „gadających głów” dotyczące wydarzeń w świecie arabskim można odnieść wrażenie, iż trwają intensywne poszukiwania najlepszego bon motu. Stąd nieustanne poszukiwania najlepszego porównania do historycznych zdarzeń. Czy arabska rewolta bardziej przypomina rok 1848, czy raczej 1989? Czy następuje fundamentalna zmiana (nie następuje), czy dzisiejsze wydarzenia przyczynią się do poważniejszych zmian w bliżej nieokreślonej przyszłości (być może)?

A Wy, jak uważacie?

Piotr Wołejko