Globalne panta rhei

Arabska Afryka Północna i Bliski Wschód płoną. Bilans pierwszych tygodni 2011 roku to obalenie dyktatora Ben Alego w Tunezji oraz ustępstwa ze strony dwóch kolejnych dyktatorów – Mubaraka w Egipcie i Saleha w Jemenie. W Jordanii zmienił się rząd. Tak samo jak w Libanie, chociaż tutaj powody były inne niż w pozostałych państwach. Niespokojnie jest również w Algierii. Zmiany, zmiany, zmiany…

Nadciąga nowe, nieustannie

Pół roku temu trudno byłoby przewidzieć powyższe wydarzenia. Owszem, zawsze znajdzie się niewielka liczba tych, którzy trafiliby w dziesiątkę. Jest to jednak niewielka grupa. Trudno uchwycić tę niepowtarzalną chwilę, która jest decydująca dla powodzenia zmian w poszczególnych krajach, regionach, a nawet na całym świecie. Niewielu przecież przewidywało, że nagle rozpadnie się Związek Radziecki. Większość Amerykanów było w szoku. Poszli spać z zimną wojną w tle, obudzili się i była ona tylko wspomnieniem.

Wracając do państw arabskich, widzimy teraz, jak złudne było poczucie stabilizacji, o której zapewniali świat lokalni władcy. Gdy oglądaliśmy demonstracje i walki uliczne w Grecji niektórzy na pewno poczuli dreszcz przechodzący po karku. To nie było bowiem jakieś państwo trzeciego świata, położone za siedmioma morzami, za siedmioma górami itd. Nie, to były Ateny – stolica cywilizowanego kraju. Z ówczesnych protestów należało wyciągnąć jeden wniosek – europejska stabilizacja wcale nie jest ostateczna.

Mówiąc szczerze, żadna stabilizacja nie jest ostateczna. I nic nie jest dane raz na zawsze. Na czele z, rzekomo nienaruszalnymi, granicami państwowymi. Granice, podobnie jak układ sił na globalnej szachownicy, są płynne. Wkrótce niepodległość ogłosi zresztą Sudan Południowy, gdzie w referendum prawie wszyscy głosujący poparli separację od Chartumu. W najbliższych dekadach będziemy świadkami jeszcze wielu secesji i narodzin państw, nie tylko na kontynencie afrykańskim. Kto dwie dekady temu przewidywał, że powstaną takie państwa (quasi-państwa) jak Kosowo, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Abchazja czy Osetia Południowa? A Timor-Wschodni?

Historia kołem się toczy

Rację miał Heraklit z Efezu gdy stwierdził, że wszystko płynie. Prostota i głębia tego twierdzenia od setek lat zachwycają kolejne pokolenia. Świat, podobnie jak zamieszkujący go ludzie, podlega nieustannym zmianom. Można powiedzieć, że rodzi się, dojrzewa, wkracza w fazę wieku średniego, starzeje się i umiera. Cykl ten się powtarza. Śmierć następuje w momencie schyłku jednego układu sił, a narodziny w chwili powstawania nowego. Dojrzewanie to okres burzliwy, pełen konfliktów i sporów. Wiekiem średnim można określić czas, w którym układ sił został w miarę ostatecznie potwierdzony. Następuje jego petryfikacja i chwilowe uspokojenie. Kto może, czerpie z tego korzyści. Na starość znowu pojawiają się silniejsze konflikty, gdy młodzi gniewni rozpychają się kosztem starych potęg.

Dla realisty taka sytuacja jest czymś naturalnym i oczywistym. W końcu realistyczna teoria stosunków międzynarodowych opiera się na założeniu, że system międzynarodowy jest anarchiczny. Wszystkie państwa rywalizują o bezpieczeństwo i starają się maksymalizować własną potęgę (gospodarka, wojsko), co zwiększa szanse na przetrwanie. Ci, którzy tak nie postępują, są narażeni na zniknięcie. W taki właśnie sposób zniknęła Polska. Podczas gdy jej sąsiedzi rośli w siłę, modernizowali się i zbroili na potęgę, my na szczyty wynieśliśmy swobody szlacheckie i niesławne liberum veto. Byliśmy modelowym kandydatem do zniknięcia. I zniknęliśmy. Każde państwo może zniknąć. Całkowicie bądź częściowo, gdy udaje się zachować pewne instytucje i struktury, nawet mimo istotnego osłabienia państwowości.

Zmiany leżą w naturze systemu międzynarodowego. Nie zaś stabilizacja, do której – jak się nam wydaje – nieustannie dążymy. Zmienność, płynność to coś naturalnego. Nie ma sensu się przed tym bronić. Trzeba to zaakceptować, oswoić i wykorzystać dla własnych korzyści*.

Piotr Wołejko