Bliski Wschód: fala protestów dotarła do Jemenu

Protesty w Jemenie (źródło: stsnews.com)
Protesty w Jemenie (źródło: stsnews.com)

Po Tunezji, Egipcie i Jordanii fala protestów na Bliskim Wschodzie nazwana przez The Economist „tunisami” dotarła do Jemenu. I trudno się temu dziwić. To najbiedniejszy kraj arabski. Bezrobocie sięga tu 40 %, połowa ludności żyje poniżej granicy ubóstwa, utrzymując się za mniej niż 2$ dziennie, a 1/3 głoduje. Rozrywany przez konflikty wewnętrzne (szyicka rebelia na północy i ruch separatystyczny na południu kraju) Jemen stał się rajem dla terrorystów Al-Kaidy i od kilku lat plasuje się w niechlubnej czołówce rankingu państw upadłych przygotowywanego corocznie przez dwumiesięcznik Foreign Policy.

Jemeński „Day of Rage”

Zamieszki w Jemenie trwają już od około 2 tygodni, jednak 3 lutego na stołeczny Plac Tahrir (Wolność) – nomen omen, tak nazywa się również kairski plac, na którym dochodzi do największych niepokojów w ostatnich dniach – wyszło 20 tysięcy Jemeńczyków. Tłum rozwścieczyło wcześniejsze oświadczenie prezydenta Saleha. Dyktator zapowiedział, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich planowanych na 2013 rok i nie przekaże władzy swojemu synowi, Ahmedowi Salehowi, który stoi na czele Gwardii Republikańskiej – elitarnej jednostki jemeńskiej armii. Prezydent poprosił także opozycję o uspokojenie ludności i niepodburzanie do protestów.

Cudowna przemiana Saleha

Niepokoje w Jemenie należy rozumieć nie tylko przez pryzmat tego, co dzieje się obecnie na Bliskim Wschodzie, ale również poprzez kontekst wydarzeń wewnątrz kraju. W ostatnim czasie trwa tam ostry kryzys polityczny spowodowany zmianami w konstytucji zaproponowanymi przez partię związaną z Salehem. Poprawki dotyczyły zniesienia limitu kadencji w sprawowaniu urzędu prezydenckiego. Co oczywiste, oburzyło to opozycję, bo stało się jasne, że prezydentowi marzą się rządy dożywotnie. Co więcej, kiedy w 2006 roku Saleh po raz kolejny wygrał wybory, najpewniej sfałszowane, w zamian za akceptację opozycji zaproponował jej rozmowy nad pokojową demokratyzacją kraju. Propozycja zmian w ustawie zasadniczej była ukoronowaniem wielomiesięcznych uników rządzących elit, które ani myślały dotrzymać danego słowa. W grudniu 2010 roku opozycji udało się zorganizować protest 16 tysięcy mieszkańców Sany, ale nic nie osiągnięto. Teraz Saleh obiecał zawieszenie rozmów nad kontrowersyjnymi poprawkami aż do czasu uspokojenia sytuacji.

Co ciekawe, prezydent zapowiedział też aktualizację list zarejestrowanych wyborców przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi zapowiedzianymi na 27 kwietnia br. Ostatni raz zrobiono to w 2008 roku, dlatego głosować nie może ok. 1,5 mln obywateli, którzy nabyli prawa wyborcze po tej dacie. Rejestracja nowych wyborców oznacza jednak najprawdopodobniej opóźnienie wyborów.

31 stycznia Saleh nakazał wypuścić z więzienia Abdula Elaha Haidara Shaye’a – dziennikarza skazanego na 5 lat pozbawienia wolności za rzekomą współpracę z jemeńską Al-Kaidą. Zapowiedział podniesienie pensji dla osób zatrudnionych w budżetówce.

Obietnice bez pokrycia

Saleh chce uniknąć losu Bena Alego, ale na ustępstwa i rozmowy może być już za późno. Ludzie mają dość skorumpowanego prezydenta i jego kliki. Zapowiedź poprawy poziomu życia też można włożyć między bajki. Deficyt budżetowy sięga 27%, a prawdopodobnie w lipcu tego roku w kasie państwa zabraknie pieniędzy na wypłatę pensji przy ich dotychczasowym poziomie, więc tym bardziej nie ma mowy o podwyżkach. Takie obietnice bez pokrycia dodatkowo irytują społeczeństwo, tym bardziej, że podobne Saleh składał już przed wyborami w 2006 roku. Wtedy również doszło do niepokojów społecznych, ale ludności nie udało się usunąć znienawidzonego dyktatora. Tym razem sytuacja jest jednak inna. W całym regionie wrze i rząd w Sanie nie może tego zlekceważyć.

Saleh, podobnie jak i Mubarak, ma jednak silny atut w ręku – ma poparcie Amerykanów, którym będzie zależeć na utrzymaniu status quo, byleby tylko zachować jako taką kontrolę nad sytuacją w Jemenie, która i tak jest już trudna. Upadek Saleha, w jakiejkolwiek formie miałby nastąpić, może pogrążyć kraj w jeszcze większym chaosie, a w najgorszym razie – doprowadzić do rozpadu, co byłoby na rękę Al-Kaidzie.