Uchodźcy z Rogu Afryki w Jemenie – z jednego piekła do drugiego

Uchodźcy z Somalii i Etiopii na niewielkich łodziach starają się dotrzeć do Jemenu (źródło: wn.com)
Uchodźcy z Somalii i Etiopii na niewielkich łodziach starają się dotrzeć do Jemenu (źródło: wn.com)

W ostatnim tygodniu światowe media doniosły o tragedii, do której doszło u wybrzeży Jemenu. Fala tsunami zmiotła dwie łodzie z nielegalnymi migrantami z Rogu Afryki. Na pierwszej płynęły co na mniej 43 osoby, a na drugiej ok. 40. Byli to obywatele Somalii i Etiopii. Służbom wodnym udało się uratować jedynie 3 osoby. W mediach zrobiło się głośno, ale nie jest to pierwszy taki przypadek i niestety – prawdopodobnie nie ostatni.

Kierunek – Jemen

W ostatnich latach wąski przesmyk między Rogiem Afryki i Jemenem stał się jednym z najbardziej uczęszczanych przez uchodźców szlaków. Bab al-Mandab, cieśnina między Afryką a Półwyspem Arabskim, łączy Morze Czerwone z Oceanem Indyjskim. Długość cieśniny wynosi ok. 50 km, a szerokość w najwęższym miejscu ok. 26 km. W rejonie tym występują silne prądy morskie, zarówno powierzchniowe, jak i podwodne. Nie odstrasza to jednak Somalijczyków i Etiopczyków. Między styczniem a lutym 2010 roku przybyło ich do Jemenu ok. 43 tysięcy. To dla nich brama do Bliskiego Wschodu czy Europy i tym samym nadzieja na lepsze życie. Często jednak ucieczka od wojny, głodu i biedy kończy się śmiercią.

Droga do lepszego życia

Morze często wyrzuca na jemeńskie wybrzeże ciała osób, które nie przeżyły transportu z powodu głodu czy pobicia przez przemytników. Sytuację uchodźców opisała Hawo Yousef, jedna z uciekinierek, której list trafił do światowych mediów. Mimo gwałtów, mordów i wielkiego ryzyka Somalijczycy (nieco rzadziej Etiopczycy) decydują się na ucieczkę przez cieśninę. Nie mają wyboru. Somalię przywołuje się jako modelowy przykład państwa upadłego, którego struktury praktycznie nie istnieją. Od 1991 roku kraj ten pogrążony jest w wojnie domowej. Walki początkowo toczyły się między skłóconymi klanami, ale od kilku lat coraz potężniejsze staje się islamistyczne ugrupowanie religijne al-Shabab, które obecnie kontroluje większość południowej części kraju i stolicy. Oczywiście rozpad struktur państwowych i ogromna bieda panująca w Somalii to idealne warunki dla grup ekstremistycznych, stąd właśnie sukces bojowników al-Shabab, którzy są również podejrzewani o kontakty z al-Kaidą. To prawda, że w wielu częściach kraju zaprowadzili jako taki porządek, ale robią to gwałtem i przemocą, a to nie jest dobry sposób na trwałą stabilizację. Największą pomoc humanitarną do Somalii przekazują Amerykanie. Do tej pory było to ok. 185 mln $ rocznie – co prawda niewiele jak na ogromne potrzeby, ale i tak pomoc została ograniczona ze względu na obawy, że nie trafi do potrzebującej ludności, ale do al-Shabab.  Trudno więc dziwić się temu, że tylko w pierwszym półroczu 2010 roku i tylko według szacunków Biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców z Somalii uciekło 200 tysięcy osób (więcej osób ucieka tylko z Iraku i Afganistanu). Większość z nich decyduje się na ucieczkę do Jemenu.

Niechciani „goście”

Jemeńskie ministerstwo spraw wewnętrznych ocenia, że w kraju znajduje się około miliona uciekinierów z Somalii. Od 2009 roku prowadzona jest rejestracja uchodźców, zgodnie z którą jest ich 170 tysięcy, ale z pewnością ta liczba jest sporo zaniżona, a liczenie ciągle trwa. Władze w Sanie obawiają się uchodźców. Powodów ku temu jest wiele. Po pierwsze – koszta utrzymania obozów, przyznawania azylu, czy odsyłania z powrotem do kraju pochodzenia. Dla biednego Jemenu to duże pieniądze. Drugi powód, to obawa przed tym, że w grupach migrantów mogą znajdować się bojownicy al-Shabab. Ich bliższa współpraca z al-Kaidą na Półwyspie Arabskim mogłaby być gwoździem do trumny Jemenu, który sam boryka się z masą problemów wewnętrznych. Uchodźców z Somalii nie chce też Arabia Saudyjska – w ostatnich tygodniach odesłano 9000 osób.

Jemenowi trudno będzie sobie poradzić z napływem uchodźców bez pomocy społeczności międzynarodowej. Ta jednak wydaje się bardziej zajęta np. militarną walką z terrorem, czego dowodem jest chociażby zmniejszona pomoc humanitarna. Tymczasem realne zagrożenia takie jak chociażby klęski humanitarne czy niekontrolowany przepływ uchodźców są lekceważone i marginalizowane.

Katarzyna Kowalewska