Boliwia – bieda z gazem w tle

Evo Morales
Prezydent Boliwii Evo Morales

Boliwia z PKB rzędu 2 700 USD w przeliczeniu na jednego mieszkańca należy do najbiedniejszych państw Ameryki Południowej. Jako jeden z dwóch krajów na kontynencie nie posiada dostępu do morza, co w znacznym stopniu utrudnia rozwój gospodarczo-ekonomiczny. Podstawą gospodarki jest przemysł wydobywczy, w szczególności gaz – drugie co do wielkości złoża tego surowca w Ameryce Łacińskiej (po Wenezueli). Surowiec w większości eksportowany jest do Brazylii oraz Argentyny. Dotychczas, rządzony przez lewicowego prezydenta Juana Evo Moralesa, kraj był rajem dla zmotoryzowanych. Ceny benzyny pozostawały niezmienne od ponad 6 lat, niezależnie od koniunktury i wzrostu cen ropy naftowej na świecie.

Koniec petrosielanki

Prowadzący dotąd dość prospołeczną politykę rząd na czele z Moralesem doszedł do wniosku, iż niezbędne jest dostosowanie cen benzyny do poziomu rynkowego za pomocą likwidacji specjalnych dopłat. „To koniec neoliberalnych subsydiów powodujących korupcję” – obwieścił na konferencji prasowej Juan Evo Morales Ayama. Sztuczne utrzymywanie określonego ich pułapu już dawno stało się nieopłacalne dla gospodarki, przynosiło duże straty budżetowi (od ponad 80 mln USD w 2005 do ponad 380 mln USD w 2010 roku). Rząd postanowił zlikwidować dotacje do paliw, co doprowadziło do drastycznego wzrostu cen benzyny o 73% oraz diesla o 83%. Działania te, co zrozumiałe, wywołały znaczny sprzeciw społeczeństwa. Wymierzone są one w petrochemiczną „szarą strefę” polegająca na wywozie benzyny do sąsiednich krajów i tam sprzedawaniu jej z zyskiem. W ten właśnie sposób grupy przestępcze w pozyskiwały poważne środki finansowe. Drugim dnem działań rządowych jest chęć przyciągnięcia do sektora energetycznego zagranicznych inwestorów. Obecnie na tym polu interesy w Boliwii prowadzą brazylijski Petrobras, francuski Total oraz hiszpański Repsol, jednak, jak wiemy, apetyt władz rośnie w miarę jedzenia.

Społeczeństwo mówi „nie”

W proteście przeciw polityce rządu na tej płaszczyźnie w poniedziałek wybuchły strajki pracowników zatrudnionych w sektorach transportowych. Wzrost cen benzyny ma wpływ także na ceny innych produktów. Ruch ten zapoczątkował lawinę podwyżek, które w największym stopniu dotkną najbiedniejszych warstw społeczeństwa. W odpowiedzi na te działania ludzie wyszli na ulice. Największy związek zawodowy transportowców zapowiedział strajk generalny i paraliż kraju (całość boliwijskiego transportu publicznego znajduje się w prywatnych rękach). Przed stacjami benzynowymi ustawiają się kilometrowe kolejki, zaś z supermarketów znikają najpotrzebniejsze produkty takie jak ryż czy mąka.

Celem załagodzenia napiętej sytuacji władze centralne postanowiły podnieść pensję pracownikom newralgicznych sektorów państwowych (wojskowym, policjantom, służbie zdrowia) o 20%. Ponadto Morales obiecał szereg inwestycji w infrastrukturę, wprowadzenie ubezpieczeń dla rolników (rolnictwo to drugi obok gazu filar boliwijskiej gospodarki), dał także rządową gwarancję utrzymania obecnych cen podstawowych artykułów żywnościowych. Zaangażował się również w kampanie informacyjną mająca na celu wyjaśnienie przyczyn podjętych działań.

Czy Morales zda egzamin?

Obecna sytuacja jest bardzo ważnym testem dla rządu Moralesa. Mimo, iż ubiegłoroczne konstytucyjne referendum, dotyczące zgody na sprawowanie władzy przez kolejną kadencje zakończyło się sukcesem, może on drogo zapłacić za zabawę z cenami benzyny. Dysponujący dotąd znaczącym poparciem społecznym pierwszy rdzenny prezydent Boliwii może na fali ogarniającego kraj kryzysu sam wykreować sobie poważnego kontrkandydata w następnych wyborach. Nie ulega wątpliwości, iż z ekonomicznego punktu widzenia decyzja o zrównaniu cen benzyny w kraju z cenami rynkowymi jest jak najbardziej słuszna. Stoi za nią przemyślana strategia stopniowej modernizacji państwa i normalizacji sytuacji ekonomicznej. Wadą jest jednak to, iż uderza ona w społeczeństwo, co czyni ją szalenie niepopularną. Docenić jednak należy już samą ideę wprowadzenia reform, na co jednak nie wszyscy przywódcy mają w dzisiejszych czasach odwagę.

Krzysztof Pobiedziński