Bezrobocie młodych: niedostrzegany problem o wielkiej sile rażenia

Co przychodzi nam do głowy, gdy ktoś zapyta nas o najgroźniejsze problemy o skali międzynarodowej? Terroryzm, proliferacja broni jądrowej, katastrofy naturalne, zmiany klimatyczne, wyczerpywanie się złóż surowców energetycznych, niedobór wody pitnej, masowe migracje, drugie dno kryzysu gospodarczego etc. Jest to bardzo szeroki wachlarz spraw polityczno-ekonomicznych. Głównie zresztą politycznych.

W tym monotematycznym zadęciu można pominąć równie ważne kwestie społeczne. Owszem, przewidywane problemy z wodą pitną można zaliczyć do tej grupy. Jest ich jednak znacznie więcej, a najważniejszym z nich wydaje się być problem bezrobocia wśród młodych (do 24-25 roku życia).

Podbudowa merytoryczna

Rzut oka na dane statystyczne wystarczy, aby dostrzec skalę problemu. Mylą się ci, którzy zakładają, że bezrobocie wśród młodych to głównie problem państw o bardzo słabych strukturach, często targanych konfliktami wewnętrznymi, a nawet wojnami. Owszem, trudno porównać liczbę bezrobotnych w krajach Afryki Subsaharyjskiej z liczbą bezrobotnych w krajach OECD. Jest oczywiste, że w pierwszej z tych grup bezrobocie jest większe. Wynosi średnio 50 procent. Trzeba przy tym zwrócić uwagę, że właśnie w Afryce Subsaharyjskiej populacja jest bardzo młoda (ba, będzie nawet młodsza w ciągu kilku najbliższych lat), a więc brak zajęcia dla młodych ludzi będzie szczególnie poważnym problemem.

Bezrobocie wśród młodych - źródło: The Economist
Bezrobocie wśród młodych - źródło: The Economist

Spójrzmy jednak na OECD, a przekonamy się, że – jak powiedział Sekretarz Generalny tej organizacji Angel Gurria – sytuacja nie jest różowa [także u nas – przyp. P.W.]. W Hiszpanii więcej niż 40 proc. ludzi w wieku do 24 lat nie ma pracy. W Szwecji, we Włoszech czy w Irlandii blisko co trzecia osoba do 24 roku życia jest bezrobotna. W Polsce ponad 22 procent takich osób nie może znaleźć zatrudnienia. Bliżej średniej dla OECD, która wynosi 19,6 proc. (w roku 2010) znalazły się Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Właśnie w tym ostatnim kraju liczba bezrobotnych młodych ludzi zbliża się do okrągłego miliona.

Potrzeba długofalowych zmian

O ile w krajach Afryki Subsaharyjskiej wiele osób, w tym także – niestety – młodych nie posiada żadnego wykształcenia (często nie potrafią pisać i czytać), to w krajach OECD młodzi bezrobotni to często ludzie z dyplomami uniwersytetów, politechnik i innych szkół wyższych. Często są to dyplomy kierunków niewiele wartych na rynku pracy. Jednak nie można winić wyłącznie młodych za to, jakie studia ukończyli. W wielu przypadkach decyzja o humanistycznym kierunku studiów zapada zanim ktokolwiek na poważnie pomyśli o samych studiach. Już w podstawówce mogą trafić na nieudolnego nauczyciela i nieudolny system edukacji, w którym przedmioty ścisłe są traktowane po macoszemu.

Polska jest tego najlepszym przykładem. Gdy z radością przywraca się obowiązkową matematykę na maturze, a rektorzy szkół wyższych ubolewają nad tym, jakie to matoły trafiają na kierunki ścisłe, trudno o inną refleksję niż stwierdzenie, że zaczynamy budować dom od dachu, zamiast od fundamentów. A podstawą jest właściwe przygotowanie nauczycieli matematyki, fizyki i chemii. Następnie opracowuje się programy nauczania, a potem odpowiednio wyposaża pracownie. Cały proces trwa co najmniej kilka lat, a najpewniej jedno pokolenie (nieco ponad dekadę), jest dokładnie zaplanowany, a budżet na niezbędne wydatki zabezpieczony i niezagrożony aż do zakończenia zmian.

Tymczasem u nas wprowadza się obowiązkową matematykę i sprawę uznaje za rozwiązaną. Na pocieszenie poziom owej matury obniża się dość znacząco, aby nie wyszło, jak żałośnie  zostali do niej przygotowani uczniowie szkół średnich. Trudno się dziwić, że mamy niedobór inżynierów i nadpodaż humanistów. Gdy ktoś rozpoczyna studia na naukach politycznych czy społecznych, europeistyce, stosunkach międzynarodowych, socjologii czy filozofii rzadko zastanawia się, jaką pracę mógłby wykonywać po ich zakończeniu. Dochodzi do takich absurdów, sprawa już nie tylko wewnętrznie polska, że problemy ze znalezieniem pracy mają posiadacze tytułów doktorskich. Albo pracują na recepcji czy jako sekretarki lub, jak to się teraz modnie nazywa, asystenci ds. administracyjnych.

Kosztowne zaniechanie

Bezrobocie wśród młodych, strukturalne bezrobocie, niesie za sobą istotne konsekwencje. Nieważne, czy po studiach, czy po maturze, młodzi nie palą się do zakładania rodzin i posiadania dzieci. Rzadko stać ich na mieszkanie, i nie mam tu bynajmniej na myśli kupna własnego M. Ceny wynajmu w większych miastach, w porównaniu z zarobkami, na jakie mogą liczyć młodzi pracownicy, skazują młodych na gnieżdżenie się w kilka osób w jednym, wspólnie wynajmowanym mieszkaniu albo na mieszkanie z rodzicami.

W wielu krajach OECD, głównie w Europie, rośnie pokolenie młodych bezrobotnych, którzy ani się nie uczą (często już posiadają dyplom uniwersytecki), ani nie pracują, ani nie terminują/praktykują u pracodawcy, sposobiąc się do wykonywania zawodu. Nie są aktywni na rynku pracy nie ze swojej winy, bo przecież chcą pracować. Niestety, nikt nie chce ich zatrudnić. Przedłużające się bezrobocie i poczucie beznadziei fatalnie wpływa na psychikę każdego człowieka, a w szczególności młodego, który ma przecież całe życie przed sobą.

Z punktu widzenia państwa, wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi to jedna z najgorszych plag, jaką można sobie wyobrazić. Zdrowi, silni i gotowi do pracy zamiast pracować, płacić podatki, i składki na emerytury aktualnych i przyszłych emerytów (a przecież będzie ich z każdym rokiem coraz więcej), siedzą w domach i, jeśli mają szczęście (spełnili wymogi ustawowe, najczęściej przepracowali już jakiś czas), otrzymują zasiłek dla bezrobotnych. Zamiast dawać państwu, oni jeszcze czerpią ze wspólnej kasy.

Nierzadko chwytają się praktyk czy staży, które – przynajmniej w Polsce – stały się współczesną formą niewolnictwa. Są darmowe, najczęściej nie ma po nich szans na normalne zatrudnienie w danej firmie/instytucji, a zgoda na ich odbywanie to prawdziwa łaska ze strony pracodawcy. Płatne praktyki to, w Polsce, miód-malina i przywilej, na który może liczyć niewielu. A gdy już młodym uda się znaleźć pracę, najczęściej zatrudnia się  ich na umowy cywilnoprawne, które można zerwać z dnia na dzień, na mocy których nie przysługują młodemu człowiekowi jakiekolwiek uprawnienia z kodeksu pracy, a składka emerytalna jest odprowadzana w minimalnej wysokości. ZUS po 40 latach takiej pracy stosownie nas podliczy i tylko własna zapobiegliwość może uchronić takie osoby od przymierania głodem.

Uwaga – młodzi!

Decydenci powinni mieć przed oczami świeże przecież obrazy z Tunezji, gdzie rządzący dość twardą ręką dyktator został przepędzony pod presją demonstracji. A demonstrowali głównie młodzi ludzie. Właśnie ci, których problemowi poświęcam niniejszy wpis. Do demonstracji czy rewolucji najbardziej nadają się zawiedzeni młodzi ludzie. Tacy, którzy nie mają nic (lub mają niewiele) do stracenia. Nie chcąc snuć katastroficznych wizji zwracam tylko uwagę, że młodzi mogą się w końcu zniecierpliwić, a kiedy wyjdą na ulice, zatrzęsą się parlamenty i gabinety, a może też i siedziby lub ekspozytury firm.

W krajach rozwijających się sytuacja jest o wiele bardziej dramatyczna. Wysoki przyrost naturalny i nikłe szanse na pracę, a więc na w miarę godziwe warunki bytowe sprawiają, że rośnie rzesza osób podatnych na populistyczne hasła i łatwo się radykalizująca. Może to doprowadzić do wielu konfliktów o charakterze wewnętrznym, a niektóre z nich mogą przenieść się poza, w wielu przypadkach wirtualne, granice. Niektórzy spośród opisywanych młodych ludzi z państw rozwijających się mogą także szukać szczęścia w tym bogatszym, rozwiniętym świecie. Bogatym może zagrozić masowa migracja, czyli jeden z klasycznych problemów, który wymieniłem we wstępie.

Dla spokoju społecznego i stabilności finansów państwa, kraje OECD (przypomnijmy, średnie bezrobocie osób w wieku do 24 lat wyniosło w 2010 roku 19,6 proc., podobne ma utrzymać się w 2011 roku) powinny pochylić się nad problemem bezrobocia wśród młodych ludzi. Mają oni nikłe szanse na równie szybkie wzbogacenie się co ich rodzice i dziadkowie, ale na dziś są tych szans w zasadzie pozbawieni.

Piotr Wołejko