Arabskie domino: Tunezja padła, teraz Egipt?

Na bieżąco dochodzą do nas informacje z Egiptu, w którym protesty przeciwko reżimowi Hosniego Mubaraka nabierają na sile. Mimo zakazu demonstracji ogłoszonego przez władze, dziesiątki tysięcy ludzi w stolicy kraju, Kairze, a także w innych miastach kraju wyszły na ulice. Policjanci oraz nieumundurowani funkcjonariusze służb bezpieczeństwa próbują przy użyciu pałek, gumowych kul i armatek wodnych uspokoić tłumy niezadowolonych, głównie młodych ludzi. W kilku miastach, w tym w Kairze, podpalono biura proprezydenckiej partii NDP.

Powiew gniewu przeciwko autokratycznym reżimom w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie dotarł do Egiptu z Tunezji, gdzie w połowie stycznia br. obalono rządzącego ponad dwadzieścia lat Zine Ben Alego. Kolejne posunięcia nowych władz w Tunisie, częściowo wymuszane przez demonstracje uliczne, tylko zagrzewają do walki Egipcjan, Jemeńczyków czy Jordańczyków (w obu tych państwach w ostatnich kilkudziesięciu godzinach odbyły się protesty wymierzone w nieudolne, skorumpowane reżimy). Obrazki aresztowanych członków rodziny Ben Alego oraz ustąpienie jego popleczników z rządu tymczasowego dodają sił Egipcjanom domagającym się ustąpienia rządzącego trzecią dekadę Mubaraka.

Sytuacja egipskiego prezydenta, który w ostatnich miesiącach mocno podupadł na zdrowiu, jest trudna. Postulaty demonstrantów dotyczą nie tylko rezygnacji Mubaraka i przyrzeczenia, iż jego syn, Gamal, nie będzie ubiegał się o fotel po ojcu, ale dotykają także wielu innych tematów – od gospodarki po więcej wolnośc i nowe wybory parlamentarne. Jordański król Abdullah II w odpowiedzi na protesty w Ammanie i kilku innych miastach wezwał rząd i parlament do przeprowadzenia reform. Próbuje bawić się w dobrego cara i domaga się od złych bojarów, aby ci wzięli się do roboty. Jednak rząd i parlament w Jordanii są posłuszne królowi i to Abdullah pociągał dotąd za kluczowe sznurki.

W przypadku rewolty takiej jak ta w Tunezji czy Egipcie rządzący autokraci mają wybór między twardą obroną własnej władzy oraz próbą przejęcia części postulatów własnych przeciwników, rozmiękczeniem ich zgodą na ograniczone reformy. Żadna z tych dróg nie gwarantuje pozostania przy władzy, jednak bardziej skuteczna jest opcja numer jeden. Jeśli reżim ustępuje demonstrantom, okazuje słabość. Może to być oznaka do kontynuacji protestów z jeszcze większym natężeniem. Kolejne ustępstwa tylko zachęcają demonstrantów do intensyfikacji wysiłku. W końcu reżim zaczyna się chwiać – istnieje możliwość, że frakcja tzw. twardogłowych spróbuje obalić dotychczasowe przywództwo i odkręcić zmiany, które zostały wprowadzone. Im dłużej zwlekają z swego rodzaju puczem, tym mniejsze mają szanse powodzenia.

Opcja numer jeden, czyli twarda reakcja na protesty daje reżimowi większe szanse na utrzymanie się przy władzy. Świetnie rozumieją to irańscy mułłowie, którzy w 1979 roku przeprowadzili skuteczną rewolucję i obalili szaha Pahlawiego, a w 2009 roku nie dali szans demonstrującym przeciwko wyborowi Mahmuda Ahmadineżada na drugą prezydencką kadencję. Władza zaprezentowała wówczas jednolite i zdecydowane stanowisko. Nie pojawiła się ani jedna rysa na ścianie, o którą rozbiła się tzw. Zielona Rewolucja. Brutalne metody pacyfikacji tłumów przyniosły pewną liczbę ofiar i międzynarodowe potępienie, jednak z punktu widzenia reżimu się opłaciły.

Pojawiły się plotki, że na ulice Kairu zaczyna wchodzić egipska armia. Na razie był to jeden wóz, który uznano za należący do wojska – spotkał się on z entuzjastycznym przyjęciem demonstrantów. Liczą oni, że wojsko obroni ich przed brutalną policją i wesprze w walce z Mubarakiem. Są to dość optymistyczne przewidywania, gdyż Mubarak to były wojskowy, a krajem de facto rządzi armia (Z ostatniej chwili: podano informację o rozkazie Mubaraka skierowanym do wojska, aby armia wsparła policję i zaprowadziła spokój na ulicach). Wygląda na to, że władza próbuje zastosować opcję siłową. Wyprowadzono na ulice większą liczbę policjantów i członków służb bezpieczeństwa, odcięto internet, zablokowano smsy.

Trwa próba sił i dopiero kolejne godziny, dni, a może tygodnie pokażą, co z tego wszystkiego wyniknie. Nawet rezygnacja Mubaraka nie musiałaby jednak oznaczać poważnych zmian. Rządząca elita może zdecydować się na poświęcenie przywódcy, byle utrzymać wpływy. Z kolei prawdziwie demokratyczne wybory mogłyby przynieść zwycięstwo Bractwa Muzułmańskiego, jedynej dobrze zorganizowanej grupy politycznej w Egipcie. Taki obrót zdarzeń nikomu nie byłby na rękę, stąd należy zachować daleko idący sceptycyzm odnośnie zasięgu spodziewanych zmian.

Piotr Wołejko