Trzy pytania o dyplomatyczny megaprzeciek

Wikileaks
źródło: freeisoft.pl

Od kilku dni politycy, dziennikarze, naukowcy i inne osoby zainteresowane współczesnymi stosunkami międzynarodowymi żyją największym w dziejach amerykańskiej dyplomacji przeciekiem materiałów wytworzonych przez Departament Stanu USA oraz podległe mu placówki na całym świecie. Ponad ćwierć miliona dokumentów najpierw trafiło do starannie dobranej grupy dziennikarzy najważniejszych gazet, a od 28 listopada sukcesywnie pojawiają się one w Internecie, gdzie zapoznać się z nimi może każdy. Nie wiadomo dokładnie, kto był źródłem przecieku, ale w każdym razie za upublicznienie tej pokaźnej kolekcji odpowiada portal WikiLeaks. Wcześniej wsławił się on mniejszymi publikacjami zastrzeżonych materiałów, pochodzących ze zbiorów amerykańskiego resortu obrony.

Z różnych powodów, zarówno związanych z kwestiami bezpieczeństwa narodowego swoich państw, jak i z chęcią przedłużenia okresu znakomitej sprzedaży swoich gazet, wtajemniczone redakcje postanowiły rozłożyć publikacje samych materiałów oraz ich omówień na dłuższy czas. Podobnie postępuje samo WikiLeaks, póki co ujawniające dokumenty na swojej stronie w raczej żółwim tempie. Dlatego nie mamy jeszcze pełnego obrazu tego, co dokładnie zawiera wykradziona Departamentowi Stanu baza dokumentów. Tym niemniej już teraz możemy pokusić się o choćby wstępną próbę odpowiedzi na parę pytań, jakie nasuwają się w całej tej sprawie.

Czy WikiLeaks są wiki?

Kiedy słyszymy słowo Wiki, dla ogromnej większości z nas pierwszym skojarzeniem jest Wikipedia, popularna encyklopedia internetowa tworzona przez społeczność często anonimowych wolontariuszy, w ponad 200 językach. Od strony prawnej i organizacyjnej (bo już nie edytorskiej) opiekę nad Wikipedią sprawuje Fundacja Wikimedia, z siedzibą w San Francisco, którą w ograniczonym stopniu wspierają organizacje partnerskie w wielu krajach świata. W Polsce rolę tę pełni Stowarzyszenie Wikimedia Polska, mające zresztą status organizacji pożytku publicznego. Wikimedia prowadzą także kilka projektów siostrzanych wobec Wikipedii, takich jak chociażby Wikiźródła, Wikicytaty czy Wikinews.

Piszę o tym dlatego, iż ktoś mógłby pomyśleć, że skoro nazwa WikiLeaks też zawiera człon „wiki”, to portal ten należy do tej samej rodziny projektów.  Nic bardziej mylnego. Projekty Wikimediów działają w oparciu o specyficzny system portalowy, dający każdemu użytkownikowi możliwość błyskawicznej i relatywnie prostej edycji każdej ze stron. System ten nosi nazwę MediaWiki. Podobnie jak cała Wikipedia, jest on dostępny na jednej z tzw. wolnych licencji, czyli, mówiąc w największym uproszczeniu, każdy może sobie pobrać z Internetu jego kod i stworzyć na tej podstawie własny portal.

WikiLeaks (co dosłownie znaczy „WikiPrzecieki”) nazywają się właśnie tak ze względu na fakt, iż pierwotna wersja tego portalu również oparta była na systemie MediaWiki, choć mocno zmodyfikowanym, przede wszystkim w celu ukrycia osób ładujących poszczególne materiały. Z czasem portal systematycznie odchodził od MediaWiki w stronę innych rozwiązań informatycznych. I tak np. w jego części służącej czytaniu ujawnionych dyplomatycznych depesz, z MediaWiki pozostało już bardzo niewiele, jeśli cokolwiek.

Krótko mówiąc: obecnie WikiLeaks są wiki już głównie z nazwy, bowiem są zupełnie niezależnym projektem, w dodatku w coraz mniejszym stopniu korzystającym z technologii wiki.

Jak istotne są ujawnione materiały?

Według stanu na chwilę pisania tego tekstu (wieczór 30 listopada), nie ujawniono dotąd żadnego dokumentu, który zmieniałby naszą wiedzę o światowej polityce w sposób rewolucyjny. Nawet w najważniejszych kwestiach, przecieki raczej potwierdzają ugruntowane wśród specjalistów przypuszczenia lub też informacje funkcjonujące dotąd na zasadzie tajemnicy poliszynela. Ujawnione materiały co najwyżej wzbogacają nasz stan wiedzy o ciekawe szczegóły.
Nie jest  specjalnym zaskoczeniem, że np. sunnickie państwa arabskie nie darzą wielką sympatią szyickiego Iranu i postrzegają go jako zagrożenie dla regionu. Trzeba zresztą pamiętać, że wymieniana tu najczęściej Arabia Saudyjska rywalizuje z Iranem o status lidera tej części świata. Dlatego nie dziwi, że przywódcy tych krajów wręcz zabiegali o akcję wojskową USA wobec Teheranu. Było też dość powszechnie znanym faktem, że Chiny w swoich zabiegach o pozycję supermocarstwa używają broni cybernetycznej. Oczywiście ujawniony przez WikiLeaks atak na serwery firmy Google, zlecony przez urażonego nieprzychylnymi opiniami członka politbiura chińskiej partii komunistycznej, jest dla przywództwa w Pekinie pewną kompromitacją, lecz nie jest to wielka sensacja.

Pozostając przy Chinach, zainteresowanie musi budzić deklaracja poparcia dla zjednoczenia Korei w sposób zgodny z oczekiwaniami Zachodu, złożona przez jednego z chińskich oficjeli, a przekazana Amerykanom przez dyplomację południowokoreańską. Tradycyjnie Chiny uważane są za sojusznika Korei Północnej, choć w tym i innych dokumentach z WikiLeaks widać narastające zniecierpliwienie Pekinu reżimem Kimów. Przy takich rewelacjach należy jednak pamiętać, że w dyplomacji nie zawsze mówi się partnerowi wyłącznie prawdę, poza tym często prowadzi się skomplikowane rozgrywki. Trudno zatem orzec, na ile tego rodzaju zmiękczenie stanowiska Chin było szczere, a na ile było doraźnym zabiegiem taktycznym. Nie wiadomo też, czy cytowany dyplomata miał odpowiednio silne umocowanie. Wreszcie nie wiadomo, na ile relacja przekazana Amerykanom przez Koreańczyków była zgoda z rzeczywistością. Dlatego właśnie opublikowane materiały wymagają starannej obróbki ze strony profesjonalnych analityków.
Jest też w materiałach WikiLeaks sporo treści, które dla osób znających choć trochę sposób funkcjonowania machiny dyplomatycznej są czymś raczej naturalnym, jednak u zupełnego laika mogą wywołać pewien niesmak. Do tej kategorii należy zaliczyć przesyłane przez dyplomatów do centrali opinie o liderach innych państw. Naturalnie nazywanie kanclerz Merkel teflonem ujawnia pewien brak kultury piszącego takie słowa dyplomaty, ale zasadniczo w polityce zagranicznej jest jak w sporcie. Zanim rozegramy z kimś mecz, chcemy zebrać na jego temat jak najwięcej danych. W tym samym kontekście należy rozpatrywać polecenie zbudowania profilu psychologicznego prezydent Argentyny, jakie do ambasady w Buenos Aires przesłała Hilary Clinton. Znakomitym porównaniem posłużył się niedawno Bartosz Węglarczyk, który przyrównał publikację WikiLeaks do publikacji rozmów podwładnego na temat swego szefa, prowadzonych z własnym bratem. Są to często opinie bardzo szczere, nie zawsze pochlebne i parlamentarne, ale z definicji przeznaczone do użytku ściśle wewnętrznego.

Osobną kategorię stanowią informacje w rodzaju tej o szpiegowaniu funkcjonariuszy ONZ przez amerykańskich „dyplomatów”. Tu dotykamy szerszego problemu, który omówię przy trzecim pytaniu. Ale już teraz głośno i wyraźnie powiedzmy sobie jedno: każdy wywiad na świecie używa sieci placówek dyplomatycznych jako jednego z najbardziej oczywistych sposobów lokowania za granicą swoich agentów. Nie ma w tym nic dziwnego czy nadzwyczajnego, chyba że ktoś uważa za naganne samo istnienie agencji wywiadowczych jako takich.

Czy dobrze się stało, że WikiLeaks ujawniło te materiały?

Można to oceniać według różnych kryteriów, zresztą w mediach widać już wiele rozbieżnych poglądów na ten temat. Osobiście widzę dobre i złe strony zaistniałej obecnie sytuacji, jednak w sumie raczej krytycznie oceniam decyzję osób prowadzących portal WikiLeaks.

Na pewno publikacja tej bazy depesz jest niezwykle dotkliwą kompromitacją Departamentu Stanu, amerykańskiego wojska i całego środowiska amerykańskich służb odpowiadających za bezpieczeństwo narodowe. Dokumenty zostały wyniesione z systemu SIPRNet, który jest czymś w rodzaju wewnętrznego Internetu amerykańskiej dyplomacji, sił zbrojnych i służb specjalnych, używanego do przesyłania niejawnych danych. Przy okazji warto wspomnieć, że w systemie tym nie ma dokumentów z najwyższej kategorii tajności (Top Secret) i być może przez to ostatni przeciek nie przynosi niczego fundamentalnie nowego. Według wielu publikacji prasowych, po zamachach z 11 września, na fali ogólnego rozrostu amerykańskiego aparatu bezpieczeństwa, liczba osób mających dostęp do SIPRNetu znacznie się zwiększyła i obecnie szacowana jest na 2,5 do 3 milionów użytkowników. Oczywiście mają oni różne uprawnienia, więc mało kto byłby w stanie skopiować całą zawartość tej sieci. Dużo łatwiej o częściowe przecieki, takie jak obecny.

Ale sam fakt, że tak ogromna liczba dokumentów została stamtąd wykradziona, a następnie bez większych przeszkód przekazana WikiLeaks, pokazuje jak nieszczelny jest to system. Trudno o lepszą zachętę dla opłacanych przez różne państwa i organizacje hakerów, aby nie ustawali w wysiłkach zmierzających do włamania się do SIPRNetu. Albo dla szpiegów, aby znaleźli podobnych informatorów jak szefowie WikiLeaks. Bez wątpienia w jakimś stopniu to już się dzieje.

Osobną kwestią jest wspomniane już przechowywanie wśród „zwykłych” depesz dyplomatycznych materiałów o charakterze stricte wywiadowczym, chociażby w sprawie wrażliwych danych o urzędnikach ONZ. To już jest totalny blamaż, trudno znaleźć wystarczająco mocne słowa.  Jeśli okaże się, że w bazie posiadanej przez WikiLeaks takich materiałów jest więcej (a są podstawy, by tak sądzić), to Amerykanie mogą mieć bardzo poważny problem zarówno z powodu ujawnienia nazwisk swoich dyplomatów na „podwójnych etatach” (oficjalnych i szpiegowskich), jak  i ze względu na dekonspirację swoich informatorów. To może narazić część tych ludzi nawet na utratę życia, co (abstrahując od kwestii moralnych) poważnie utrudni werbunek w przyszłości.

Przeciek rodzi też problemy natury bardziej prozaicznej. Każdy profesjonalny polityk wie, że kiedy spotyka się z dyplomatą z innego państwa, to zaraz potem jego rozmówca przesyła do centrali odpowiednią notatkę. To jest zupełnie naturalne. Można jednak wyobrazić sobie obustronne zakłopotanie, kiedy polityk poczyta sobie na WikiLeaks epitetów na swój temat, a potem będzie miał znów rozmawiać z ich autorem. To się może wydawać banalne, ale aspekt międzyludzki również ma swoje znaczenie w stosunkach międzynarodowych. Historia zna bardzo wiele przykładów na potwierdzenie tej tezy.

Ale wyjdźmy z butów amerykańskiej dyplomacji. Czy publikacja WikiLeaks jest czymś dobrym dla przeciętnego obywatela demokratycznych państw Zachodu? Być może będzie miała pewien walor edukacyjny. Odsłoni aspekty dyplomacji, które nie mieszczą się w stereotypie wytwornego pana ambasadora w smokingu. Udowodni, że pieniądze wydawane na utrzymanie ambasad nie są wyrzucane w błoto, przynajmniej nie zawsze. Być może zaszkodzi trochę wizerunkowi USA na świecie, choć tu nie ma aż tak dużo do stracenia. Antyamerykanizm jest generalnie bardzo silny w wielu częściach globu, więc po co przekonywać przekonanych. Zresztą niech nikt się nie łudzi, że gdyby taki przeciek wyszedł z innego państwa, to depesze byłyby pełne galanterii i superlatyw.

Mam jednak wrażenie, że jednym z celów WikiLeaks było skompromitowanie niejawnej dyplomacji jako takiej i zmuszenie rządów, aby rozmawiały ze sobą w większym stopniu przy otwartej kurtynie. Jest to idea bardzo stara, przypomnijmy tu chociażby obowiązek rejestracji w sekretariacie organizacji (a w konsekwencji publikacji) wszystkich umów międzynarodowych, jaki spoczywał na członkach Ligi Narodów (międzywojennej poprzedniczki ONZ). Pytanie tylko, czy to naprawdę dobry pomysł.

Jest cała masa historycznych przykładów ważnych porozumień międzynarodowych, które nie doszłyby do skutku, gdyby ktoś uparł się na ich natychmiastowe ujawnienie. Tak było chociażby z zakończeniem kryzysu kubańskiego z 1962 roku, gdzie USA i ZSRR przeprowadziły swego rodzaju transakcję wiązaną dotyczącą instalacji na Kubie i w Turcji, ale świat dowiedział się o tym wiele lat później. Poza tym można stworzyć kanały telewizyjne transmitujące każde posiedzenie każdej komisji parlamentarnej (w niektórych państwach tak już jest), ale nigdy nie wyeliminuje się z polityki elementu poufnego, bo członek owej komisji może chwilę po obradach iść na obiad, na którym będzie miał znakomitą okazję do dyskretnego uzgodnienia kluczowych kwestii z innymi politykami. Nie ma i nie będzie w pełni jawnej polityki, to niewykonalne. To samo dotyczy dyplomacji, a nawet w większym stopniu, bo zarówno stopień skomplikowania uwarunkowań, jak i waga tematów, są w niej często znacznie większe niż w polityce krajowej.

Jeśli zatem szefowie WikiLeaks sądzą, że zmienią sposób uprawiania polityki zagranicznej, to się mylą. Co najwyżej przyczynią się walnie do poprawy systemów zabezpieczeń, chroniących tajne i poufne dane.

Jarosław Błaszczak

Autor jest politologiem, doktorantem na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Jest również aktywnym wikipedystą i członkiem Stowarzyszenia Wikimedia Polska. W powyższym tekście prezentuje wyłącznie swoje osobiste poglądy, których nie należy utożsamiać ze stanowiskiem żadnej z tych instytucji.