Meksykańska wojna narkotykowa

W jednej z najbardziej spektakularnych akcji meksykańskich służb bezpieczeństwa, skonfiskowano prawie 26 ron kokainy (fot. David Oziel/AP)
W jednej z najbardziej spektakularnych akcji meksykańskich służb bezpieczeństwa, skonfiskowano prawie 26 ron kokainy (fot. David Oziel/AP)

Ponad 28 tysięcy ofiar od stycznia 2007 roku, w tym ponad 2 tysiące żołnierzy, policjantów, sędziów i innych przedstawicieli instytucji państwa. Trwająca czwarty rok wojna meksykańskiego prezydenta Felipe Calderona z gangami narkotykowymi zbiera wyjątkowo krwawe żniwo. Sytuacja jest tak trudna, że głowa państwa rozważa częściową legalizację narkotyków. Taka decyzja z pewnością nie ucieszyłaby północnego sąsiada Meksyku – Stanów Zjednoczonych.

Bilans walk

Dziesiątki tysięcy zabitych i stale zmniejszające się bezpieczeństwo. Nie tak wyobrażał sobie rok 2010 prezydent Calderon, gdy wkrótce po objęciu urzędu w grudniu 2006 roku wypowiedział wojnę potężnemu „przemysłowi narkotykowemu”. Początkowo wykorzystanie wojska do zwalczania gangów miało być opcją tymczasową, w domyśle krótkotrwałą. Ciężar walki miała przejąć na siebie wzmocniona policja federalna, którą częściowo oczyszczono ze skorumpowanych funkcjonariuszy.

Odpowiedzią karteli narkotykowych na działania rządu było bezwzględne okrucieństwo, kampania zastraszania federalnych i lokalnych policjantów, urzędników, sędziów czy dziennikarzy, a także egzekucje wyżej wymienionych. Przestępcy przeprowadzili nawet udany zamach na życie szefa meksykańskiej policji Edgara Gomeza. Początkowo można było uznać to posunięcie za krzyk rozpaczy, jednak kolejne miesiące pokazały, że był to pokaz siły ze strony gangów.

Przemoc rozlewa się po wielu regionach kraju, jednak niektóre z nich są szczególnie niebezpieczne. Uwagę przykuwają dwa miasta, położone bardzo blisko amerykańskiej granicy – Tijuana i Ciudad Juarez. Spora część ofiar wojny z gangami narkotykowymi pochodzi właśnie z tych miejsc. Gangsterzy urządzają sobie strzelaniny na głównych ulicach w środku dnia, często używają karabinów maszynowych czy granatów. Bywają także bardzo pomysłowi – swego czasu „włamywali się” na policyjne fale radiowe i wymieniali z nazwiska policjantów, którzy mieli zostać zabici. Przestępcy swoje groźby oczywiście realizowali. Nie upiekło się nawet księżom. Jeśli duchowni występowali przeciwko narkogangsterom, grożono im, a czasem zabijano. Natomiast do szmuglu narkotyków wykorzystywano także niewielkie łodzie podwodne. Jak widać, kreatywności i pieniędzy kartelom nie brakuje.

Niepokój wewnętrzny Meksyku promieniuje na inne kraje regionu. W szczególności narażone są Salwador, Gwatemala i Honduras. Przez te kraje wiedzie jeden ze szlaków przerzutu narkotyków. Słabe państwa i ich słabe instytucje, głównie policja, nie mogą poradzić sobie z bajecznie bogatymi i bezlitosnymi kartelami narkotykowymi. Rośnie w nich liczba morderstw, w tym typowych dla przestępczości narkotykowej. Gdy wreszcie udało się opanować sytuację w Kolumbii, destabilizujące Amerykę Środkową prądy płyną z Meksyku.

Stany Zjednoczone na dywaniku

Za sytuację w Meksyku odpowiadają nie tylko Meksykanie, czy rząd w Mexico City, ale także Stany Zjednoczone. Są bowiem głównym konsumentem narkotyków na świecie. Dostarczają również zdecydowaną większość używanej przez „żołnierzy” karteli narkotykowych broni. Zapewniają więc fundusze oraz uzbrojenie profesjonalnej armii morderców, która terroryzuje meksykańskie państwo. Dochody gangów liczone są w dziesiątkach miliardów dolarów. Miesiąc w miesiąc kartele płacą około stu milionów dolarów łapówek skorumpowanym meksykańskim stróżom prawa czy urzędnikom.

Amerykańska odpowiedź na zagrożenie ze strony narkogangsterów, w postaci tzw. Planu Merida, to ledwo półtora miliarda dolarów rozłożone na trzy lata. Kropla w morzu potrzeb i suma śmiesznie mała w porównaniu do funduszy jakimi obracają kartele. Mimo zdecydowanej walki z plagą narkomanii, Amerykanie są największymi konsumentami narkotyków. Prezydent Calderon, zanim zaczął rozważać częściową ich legalizację na własnym podwórku, rozmawiał z Barackiem Obamą o możliwości częściowej legalizacji w Stanach Zjednoczonych.

Argumentem przemawiającym za zezwoleniem na handel niektórymi środkami odurzającymi jest uderzenie w kieszeń karteli. Gdy część narkotyków stanie się legalna, ich ceny drastycznie spadną, a wraz z nimi zyski gangów. Calderon sugerował także amerykańskiemu prezydentowi bardziej rygorystyczne uregulowania dotyczące handlu bronią, przynajmniej w graniczących z Meksykiem stanach. Niestety, prawo do posiadania broni jest fundamentalne dla Amerykanów i trudno liczyć na jakiekolwiek obostrzenia.

Zalewany bronią i pieniędzmi z handlu narkotykami Meksyk stoi w tej chwili na rozdrożu. Były minister finansów Austin Carstens twierdzi, że narastająca przemoc redukuje produkt krajowy brutto o 1 procent rocznie. Cierpią inwestycje, traci sektor turystyczny. Jednocześnie rozwija się alternatywne państwo, w którym pieniądze rozdzielają szefowie karteli. W zamian za lojalność i akceptację swoich poczynań zapewniają miejsca pracy i dbają o lokalną infrastrukturę, zastępując powołane do tego oficjalne instytucje.

Meksykańskie porządki

Za całe zło nie należy jednak winić wyłącznie Stanów Zjednoczonych. To przecież skorumpowani przedstawiciele meksykańskiego państwa umożliwili kartelom zdobycie tak wielkich wpływów, zyskanie tak istotnej pozycji. Przez wiele lat państwo, od szczebla federalnego, przez stany aż po najniższy poziom lokalny, przymykało oczy na działania narkobiznesu. Cichą umowę, w myśl której gangsterzy zabijają się między sobą, zostawiając państwo w spokoju, wypowiedział dopiero Felipe Calderon. Oprócz wysłania wojska na ulice przeprowadził on poważne czystki w kluczowych instytucjach odpowiedzialnych za walkę z przestępczością. Zarzuty postawiono postaciom z pierwszych stron gazet, w tym wielu wysoko postawionym policjantom.

Kolejnym pomysłem na zwiększenie skuteczności działań policji jest jej unifikacja. Na dziś działa grubo ponad tysiąc formacji policyjnych: federalna, stanowe oraz lokalne. Trudno się w tej zagmatwanej strukturze połapać władzom, wykorzystują ją natomiast kartele – chociażby przekupując niedofinansowanych i słabo wyszkolonych policjantów na najniższym szczeblu drabinki. Stworzenie jednej służby policyjnej w każdym stanie, z pewnym nadzorem rządu federalnego nie będzie jednak proste. Nie tylko musi się na to zgodzić Kongres, ale także poszczególne stany. Tymczasem politycy w Meksyku są wyjątkowo niejednomyślni, a pozycja prezydenta Calderona jest dużo słabsza niż na początku kadencji.

Mimo pewnych sukcesów w walce z kartelami, jak na przykład aresztowaniu kilku wysoko postawionych gangsterów, daleko jeszcze do pełnego zwycięstwa. Po tak długiej kampanii, z wykorzystaniem wojska włącznie, zasadne wydaje się pytanie o to, czy pełne zwycięstwo jest w ogóle osiągalne. Calderon zastanawia się, czy ustępując na pewnych odcinkach frontu (vide legalizacja niektórych narkotyków) nie zyskałby na innych. Na dziś to tylko rozważania, a wojna trwa w najlepsze. Tylko jak długo Meksyk i jego mieszkańcy wytrzymają bezwzględną walkę, której ofiarą może być dosłownie każdy?

Piotr Wołejko