Demokracja po afrykańsku

Afryka nie ma szczęścia do demokratów. Na zdjęciu słynni autorytarni władcy Zimbabwe (R. Mugabe, L), Ugandy (Idi Amin, Ś) i Libii (M. Kaddafi). (Źródło: politykaglobalna.pl, na podstawie: Wikimedia Commons)
Afryka nie ma szczęścia do demokratów. Na zdjęciu słynni autorytarni władcy Zimbabwe (R. Mugabe, L), Ugandy (Idi Amin, Ś) i Libii (M. Kaddafi). (Źródło: politykaglobalna.pl, na podstawie: Wikimedia Commons)

Gwinea wybrała prezydenta. Przekładana przez 4 miesiące druga tura wyborów na najwyższy urząd w państwie doszła wreszcie do skutku. Zwycięzcą został Alpha Conde, wieloletni lider opozycji. Chociaż wybory przebiegały we względnie spokojnej atmosferze, to niestety ogłoszenie wyników spowodowało wybuch zamieszek, w których zginęły co najmniej 4 osoby. Przyczyna niepokojów leży w tym, że poparcie dla kandydatów rozłożyło się niemal identycznie z podziałami etnicznymi – elektorat Conde stanowili głównie członkowie plemienia Malinke. Na przegranego w wyborach Cellou Dalein Diallo głosowali przeważnie Peul – jest to największa grupa etniczna w kraju (ok. 40 % populacji), ale jak dotąd żaden prezydent nie pochodził z tego plemienia, stąd przeświadczenie, że właśnie teraz kolej Peul do urzędu.  Wynik wyborczy i powyborcze niepokoje w Gwinei są dobrym przyczynkiem do dyskusji o tym, czy demokracja w Afryce jest w ogóle możliwa i potrzebna.

Wybory to nie wszystko

Jeśli uznamy, że przeprowadzenie wyborów w kolejnych afrykańskich państwach jest dobrym miernikiem demokracji, to rzeczywiście należałoby ocenić sytuację w Afryce bardzo pozytywnie. Wybory odbywają się w niemal wszystkich państwach afrykańskich, a w przyszłym roku do urn pójdą mieszkańcy m.in. Nigerii, Madagaskaru czy Kamerunu. To niewątpliwie napawa optymizmem.  Z drugiej jednak strony demokracja to nie są tylko wybory. To zakorzenienie się w społecznej świadomości pewnego katalogu wartości, które w szczególności określają relacje między społeczeństwem a władzą. Proces wyborczy to jedynie przejaw tych wartości, umożliwiający odsunięcie od władzy tych urzędników i polityków, którzy nie spełniają oczekiwań wyborców. Spójrzmy zatem na afrykańskich przywódców. Kaddafi rządzi Libią od 1969 roku, a Mugabe w Zimbabwe od 1980. A to tylko bardziej znane postaci i co ważne – nieodosobnione przypadki w afrykańskiej rzeczywistości politycznej. Problemem nie są więc dla demokracji w Afryce wybory – chociaż standardy ich przeprowadzania mogą się znacznie różnić od europejskich i zwykle pozostawiać wiele do życzenia. Prawdziwym wyzwaniem są sami przywódcy, którzy kiedy raz dostaną się do władzy, to nie chcą jej już wypuścić z rąk. Powszechnym procederem jest manipulowanie zapisami konstytucji. Często tuż przed zakończeniem kadencji prezydent występuje z inicjatywą takich zmian w przepisach ustawy zasadniczej, które pozwolą mu na reelekcję. Tak było w Gwinei w 2001 roku, kiedy zlikwidowano ograniczenie w liczbie kadencji, w Togo w 2002 roku, gdzie głosowanie ograniczono do jednej tury, co sprzyjało ówczesnej władzy. Dlatego od lat 90. tak częste są zamachy stanu, które dla opozycji są praktycznie jedyną metodą przejęcia sterów władzy w państwie. Niepokoi, że od dwóch lat Fundacja Mo Ibrahim nie przyznała prestiżowej nagrody za całokształt dokonań w na polu dobrego rządzenia dla byłych afrykańskich liderów.

Cuda przy urnach

Społeczność międzynarodowa nie zawsze reaguje na częste manipulacje wyborcze (zwłaszcza pojawiające się znikąd lub ginące gdzieś karty wyborcze itp.), tym bardziej, że czasami nie leży to w jej interesie. Surowo skarcono Roberta Mugabe, ale już Ali Bongo z Gabonu – bliski sojusznik Francji, spotkał się wyrozumiałością. Ponadto partie rządzące swobodnie korzystają ze środków publicznych w celu finansowania swoich kampanii, co jest oczywiście sprzeczne z prawem. Niestety przepisy prawne w tej materii tworzone są bardzo wolno i w dość napiętej sytuacji na scenie politycznej. Problemem jest również klientelizm. Kandydaci płacą za głosy prezentami i gotówką, dla ludności wydaje się to naturalne. A to tylko wierzchołek prawdziwej góry lodowej, na którą składa się masa negatywnych zjawisk – eliminowanie przeciwników politycznych pod pretekstem „walki z korupcją”, zabiegi o przychylność organizacji międzynarodowych i finansowych kosztem poparcia wśród ludności. Tym samym często tworzy się stan braku społecznego zaufania do elit, często przeżartych korupcją i koniunkturalizmem, a to jest pożywką dla rebeliantów i buntowników.

Unia Afrykańska przeciwko zamachom stanu

Oczywistym jest, że Unia Afrykańska promuje zasady demokracji, potępiając przewroty. Momentem, w którym społeczność niemal całego kontynentu zdała sobie sprawę z konieczności wystąpienia przeciwko zamachom stanu, był rok 1997, kiedy szczyt (jeszcze) Organizacji Jedności Afrykańskiej w Harare przebiegał w cieniu przewrotu w Sierra Leone. Wspólne wysiłki doprowadziły do uchwalenia w Lome w 2000 roku Deklaracji w sprawie Ram dla Odpowiedzi OJA-UA na Niekonstytucyjne Zmiany Rządów, która zdefiniowała, co należy rozumieć poprzez ”niekonstytucyjną zmianę rządów” oraz przyznała Unii Afrykańskiej szereg instrumentów prawnych, które obejmowały możliwość nałożenia sankcji politycznych i ekonomicznych, a także zawieszenie lub wykluczenia z grona członków organizacji. To ważny dokument, ale ma przede wszystkim wartość polityczną. Dużo większe znaczenie miałoby wejście w życie Afrykańskiej Karty Demokracji, Wyborów i Rządów podpisanej w 2007 roku. Po pierwsze, Karta ma formę umowy międzynarodowej, zatem jej postanowienia byłyby wiążące prawnie dla stron. Po drugie, Karta wprowadza dodatkowe zapisy rozszerzające rozumienie pojęcia „niekonstytucyjnej zmiany rządów” o m.in. wprowadzanie do konstytucji zmian mogących łamać zasady demokratycznego przekazania władzy. Władzom państwa nakazano ściganie sprawców zamachów stanu, a dla państw wspierających przewroty w innych krajach kontynentu przewidziano sankcje. To tylko niektóre z ważnych postanowień Karty. Niepokoi jednak wolne tempo ratyfikacji, co uniemożliwia jej wejście w życie.

Wybory niepotrzebne

Alphonse Muambi, znany pisarz pochodzenie kongijskiego i obserwator w czasie wyborów w Kongo w 2006 roku (wrażenia z tej misji opisał w książce „Wygłodniała demokracja”), jest zwolennikiem poglądu, który może się wydać bardzo kontrowersyjny, ale trudno nie zgodzić się z argumentacją. Muambi twierdzi, że naiwnością jest twierdzenie, że demokracja jest uniwersalnym lekiem na wszystkie problemy Afryki. Co prawda demokracja afrykańska ma się całkiem dobrze – funkcjonują konstytucyjne organy państwa, również te przedstawicielskie jak parlament, co społeczność międzynarodowa przeważnie ocenia pozytywnie. Ale czy to poprawia los ludności? Nie. Społeczeństwo cały czas boryka się z takimi samymi problemami – biedą, niedoborami podstawowych dóbr, epidemią AIDS/HIV, konfliktami i przemocą etc. Dlatego Muambi twierdzi, że póki wybory odbywają się tylko dzięki pomocy finansowej Zachodu, a państwa afrykańskie nie są w stanie zorganizować ich własnymi siłami, to nie powinny się one odbywać. W przeciwnym razie oznaczają uzależnienie od państw sponsorujących, a poza tym wielki koszt. Nie może być trwałej demokracji bez stabilnego dobrobytu i rozwoju gospodarczego, tym bardziej, że Afryka (inaczej niż np. Indie) nie została przygotowana przez mocarstwa kolonialne do demokracji. Druga sprawa to pytanie, czy demokracja w naszym zachodnim rozumieniu przystaje do afrykańskiego modelu społecznego, który przeważnie opiera się na zależnościach plemiennych i przedkładaniu lojalności w stosunku do własnego klanu i plemienia ponad wierność państwu.

Dlatego też Muambi proponuje stworzenie nowego modelu demokracji, przystosowanego do realiów Afryki. Władza mogłaby być przekazywana w systemie rotacyjnym z jednego regionu czy plemienia do kolejnego, co mogłoby wykluczyć przedłużanie kadencji w nieskończoność i zapewnić wszystkim udział w rządach.

Nie ma dobrej recepty dla Afryki, ponieważ gruntownej przebudowy wymaga cała rzeczywistość polityczna, społeczna i gospodarcza kontynentu. To nie jest praca na kilka lat, ale dla kilku pokoleń.