Wybory w Birmie: jaki wybór ma 29 milionów Birmańczyków?

Na 7 listopada wyznaczono termin wyborów parlamentarnych w Birmie. To pierwsze wybory od 20 lat. Panująca w Birmie wojskowa junta nie pozostawia jednak wątpliwości, że los Birmańczyków po ich przeprowadzeniu, nie ulegnie zmianie. Kiedy 20 lat temu w wyborach parlamentarnych na czele NLD startowała laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi i wygrała je zdobywając ogromną większość głosów, wojskowa junta nie uznała ich wyników. Zdaje się, że wojskowi, przygotowując kolejne wybory, wystarczająco dobrze zabezpieczyli swoją pozycje w państwie i że drugi raz głosów unieważniać nie będzie trzeba.

Protest przeciwko wyborom przed ambasadą Birmy w Manili (Filipiny). Demonstranci niosą m.in. zdjęcia ikony birmańskiego ruchu demokratycznego, Aung San Suu Kyi (Zdjęcie: Ted Aljibe/AFP/Getty Images)
Protest przeciwko wyborom przed ambasadą Birmy w Manili (Filipiny). Demonstranci niosą m.in. zdjęcia ikony birmańskiego ruchu demokratycznego, Aung San Suu Kyi (Zdjęcie: Ted Aljibe/AFP/Getty Images)

Rządząca w kraju armia, pod naciskiem ze stron organów międzynarodowych (a także by zachęcić inwestorów), postanowiła przeprowadzić wybory. Nie oznacza to jednak, że do Birmy mogli wjechać zagraniczni dziennikarze czy przedstawiciele organizacji międzynarodowych, by móc relacjonować bądź czuwać nad prawidłowym przebiegiem wyborów. Od momentu ogłoszenia decyzji dotyczącej przeprowadzenia wyborów, junta wojskowa zdołała „zabezpieczyć” kraj przed przepływem informacji tak samo, jak i przed wygraną partii opozycyjnej NLD, której liderką jest noblistka Aung San Suu Kyi.

Pod koniec października Birma została praktycznie odcięta od internetu – jego prędkość obniżono tak, że korzystanie z niego jest praktycznie niemożliwe a kafejki internetowe zostały zamknięte. Ministerstwo Łączności, Poczt i Telekomunikacji ograniczyło korzystanie z telefonów komórkowych jak również podniosło ceny połączeń międzynarodowych o ponad 65 proc. Według ekspertów zaostrzono też i tak już ostrą cenzurę- cenzorzy w okresie wyborczym mają pracować więcej i uważniej.

W wyborach nie weźmie udziału wspomniana partia Aung San Suu Kyi- NLD (Narodowa Liga na rzecz Demokracji). Partia ta została rozwiązana na początku maja, kiedy władze odmówiły jej ponownej rejestracji. Taki sam los spotkał także 9 innych, prodemokratycznych ugrupowań.

Do wyborów nie stanie też sama liderka NLD ani nikt z pośród szacowanych na około 2,1 tys. obecnych więźniów politycznych. Wojskowa junta zdarzyła uchwalić bowiem ustawy zakazujące udziału w wyborach osobom skazanych przed sąd. Wyeliminowaniu „przeciwniczki” posłużyło też przedłużenie jej kary (aresztu domowego) o kolejne miesiące. Decyzja w tej sprawie zapadła w lutym tego roku. Działania wojskowych spotkały się z krytyką zarówno międzynarodową jak i samej Aung San Suu Kyi ale nie spowodowały żadnych zmian w ustawach.

Kolejnym zakazem wprowadzonym z okazji wyborów są ograniczenia dotyczące prowadzenia kampanii wyborczych- nie zezwolono na przeprowadzanie wieców ani głoszenie treści, które „godziłyby w wizerunek kraju”. Tym samym partie opozycyjne nie mogły uprawiać anty-kampanii w stosunku do rządzącej obecnie junty, mówić o problemach Birmańczyków czy potrzebie obalenia obecnego reżimu.

Dziś, 7 listopada 2010, 29 milionów obywateli będzie miało możliwość wybrać członków do dwuizbowego parlamentu, 14 zgromadzeń regionalnych oraz przedstawicieli mniejszości etnicznych. Do wyborów startuje 40 partii, z czego 37 stanowią reprezentanci rządzącej junty. Przywódcy wojskowi składali dymisje by móc stanąć w tegorocznych wyborach. Wśród nich znalazł się także gen. Than Shwe, Minister Obrony i faktyczny przywódca Birmy, który chwilowo zrezygnował z piastowanego stanowiska. Byli członkowie NLD natomiast, utworzyli własną partię ZFD (Zjednoczony Front Demokratyczny), która starać się będzie o wejście do parlamentu. Jednak nawet jeśli uda im się to osiągnąć, nie będą mogli liczyć na znaczące stanowiska- jeszcze przed wyborami wojskowi zastrzegli sobie prawo do obsadzenia ¼ deputowanych (to gwarantuje powołana przez juntę konstytucja z 2008 roku), w tym tych, którzy sprawować będą najważniejsze urzędy.

Dodatkowo, w około 3,4 tys. wsiach, zasiedlanych przez mniejszości etniczne, w ogóle nie dojdzie do głosowania. Tym samym głosów nie odda 1,5 mln obywateli. Rząd wydając taką decyzję zasłonił się obawami zagrożeń ze strony rebeliantów. Rozstawiono także wojska w okolicach szczególnie zagrożonych zamieszkami. Z drugiej strony, sześć organizacji skupiających mniejszości narodowe zawarło porozumienie o wzajemnej pomocy na wypadek ataków wojska. Karenowie i Koczinowie (mniejszości narodowe) postanowili połączyć siły w wypadku interwencji wojsk. Przywódcy tych mniejszości obawiają się wybuchu wojny domowej w wyniku wyników wyborów i konfliktu z wojskiem, które chce dać kres ich dążeniom do autonomii.

Aung San Suu Kyi i pozostali działacze NLD nawołują do bojkotowania wyborów. Nie ulega wątpliwości, że tak sterowanych przed rządzących wyborów nie można nazwać „wolnymi”: kiedy z góry wiadomo, że najistotniejsze stanowiska pozostaną w rękach reżimu, kiedy cenzura nie pozwala na wyrażanie opinii i budowanie świadomości wyborców, kiedy 37 z 40 startujących w wyborach partii stanowią reprezentanci obecnego reżimu, kiedy brakuje realnej opozycji i kiedy w ten rachunek prawdopodobieństwa wliczymy strach społeczeństwa przed wojskowymi, wynik dzisiejszych wyborów raczej nie może zaskoczyć.. Tak też prognozuje obecny rząd – stanowisko prezydenta Birmy po tegorocznych wyborach ma objąć gen. Than Shwe.

Magdalena Chodownik