USA: Zwycięstwo Republikanów gwarantuje tylko lata partyjnego paraliżu

Sondaże i eksperci nie mylili się. Republikanie odnieśli gigantyczne zwycięstwo, przejmując Izbę Reprezentantów i deklasując swoich przeciwników. Demokraci utrzymali wprawdzie kontrolę nad Senatem, ale przegrali kilka prestiżowych wyścigów. Co dalej z Ameryką? Krótko mówiąc, nic dobrego.

Kapitol, siedziba Kongresu USA (Zdjęcie: armystrongstories.com)
Kapitol, siedziba Kongresu USA (Zdjęcie: armystrongstories.com)

Republikanie tryumfują, a Obama musi przełknąć niezwykle gorzką pigułkę. Wczoraj potwierdziło się, że midterms to wybory w których wygrywa ten, kto ma bardziej zmobilizowaną „bazę”. A w tym roku, Tea Party zapewniło mobilizację bazy Partii Republikańskiej, a lewicowi aktywiści (i nie tylko, także ludzie młodzi inne grupy tworzące zaplecze Obama) odwrócili się od Demokratów i prezydenta. Zdemoralizowana lewica kontra naładowana energią prawica, wysokie bezrobocie i powolne ożywienie gospodarcze plus błędy polityczne i marketingowe Obamy zapewniły Republikanom sukces.

A Tea Party stało się jednocześnie zbawieniem i przekleństwem Republikanów w Waszyngtonie. Ruch ten, powstały na fali antyestablishmentowej nienawiści do Waszyngtonu, elit partyjnych i Wall Street po kryzysie gospodarczym, gdy Republikanie i Demokraci ramię w ramię walczyli o Wall Street jak lwy, zapewnił z jednej strony ładunek niezbędnej energii i wizerunkowe odświeżenie GOP. Z drugiej, ideologiczne czystość konserwatywnych aktywistów uniemożliwiła Republikanom przejęcie kontroli nad Senatem – w prawyborach w kilku przypadkach wygrali kandydaci tak skrajni, iż nie mieli szans w stanach takich jak Delaware, gdzie mógł wygrać tylko ktoś o umiarkowanych poglądach. Ideologiczna czystość Tea Party ma zresztą charakter przede wszystkim ekonomiczny i skierowany przeciwko elitom jako takim. Nie jest to ruch o charakterze religijno-kulturowym (z drobnymi wyjątkami). O tarciach między Tea Party a chrześcijańska prawicą pisało kilka miesięcy temu POLITICO, i warto te napięcia odnotować w kontekście prawyborów prezydenckich przed 2012 r.

Republikanom zadanie ułatwiła także decyzja Sądu Najwyższego USA, która umożliwiłą korporacjom i podmiotom zewnętrznym wpompowanie dziesiątków milionów dolarów w negatywne spoty wyborcze. Organizacje typu American Crossroads Karla Rove’a walnie przyczyniły się do sukcesu Republikanów, chociaż oczywiście Karl Rove z Tea Party nie ma nic wspólnego, jako ucieleśnienie konserwatywnej, korporarycjnej elity Waszyngtonu.

Co dalej? Amerykę czekają lata partyjnego paraliżu. Już przed wyborami lider Republikanów w Kongresie John Boehner, zapowiedział że „nie będzie żadnych kompromisów z Obamą”. I słusznie. Z politycznego punktu widzenia kompromisy nie mają większego sensu. Zwłaszcza realne, legislacyjne ustępstwa, które na dodatek mogłyby przynieść poprawę sytuacji gospodarczej USA. Poprawa taka byłaby zapisana na korzyść Obamy, a pozbawienia go władzy w 2012 roku to teraz cel główny. Dobro państwa w warunkach totalnej wojny partyjnej, która obecnie trwa w Waszyngtonie nie ma żadnego znaczenia. Na pewno możemy spodziewać się wielu śledztw przeciwko administracji Obamy, które będą z zapałem prowadzone przez kongresmenów GOP. W innych sprawach najlepszy dla Republikanów będzie paraliż.

Tymczasem prezydent USA ma przed sobą – eufemistycznie rzecz ujmując – duży problem. Jego skalę jeszcze przed wyborami trafnie opisał Bill Clinton:”Obama musi w 10 sekund zatrzymać zjeżdząjącą z predkością 200 mil na godzinę lokomotywę ”. Dół, który przez osiem lat wykopała administracja Busha jest nadzwyczaj głęboki, zarówno w sprawach ekonomicznych (gigantyczny dług, braki w infrastrukturze ) jak i zewnętrznych (fatalnie prowadzona wojna w Afganistanie, kosztowna i bezesnowna wojna w Iraku).

Ale osoby przekreślający szanse prezydenta mylą się tak samo, jak ludzie którzy kilka lat temu prognozowali kilkunastoletnią dominację Demokratów. Co do Tea Party – zobaczymy jak ich kandydaci poradzą sobie w Waszyngtonie, którym przecież tak bardzo pogardzają.