Szansa na pokój w umęczonym Sudanie?

Sudanka z Darfuru (Źródło: thewe.cc)
Sudanka z Darfuru (Źródło: thewe.cc)

Wolne wybory z kwietnia br. i planowane na 9 stycznia 2011 roku referendum w sprawie niepodległości Sudanu Południowego  to kulminacyjne wydarzenia będące realizacją warunków Kompleksowych Porozumień Pokojowych z Nairobi z 2005 roku kończącego krwawą wojnę domową. Wynik zbliżającego się referendum może zaważyć na przyszłości kraju i całego kontynentu.

Test dla al-Bashira

Amerykanie naciskają na prezydenta Omara al-Bashira, żeby opowiedział się za pokojową secesją Południa. Sam prezydent zobowiązał się co prawda do respektowania wyniku referendum, ale trudno uwierzyć, że nie będzie próbował zatrzymać tak dużo z roponośnych terenów Południa, na ile tylko będzie to możliwe. W Chartumie wizytę złożył ostatnio senator John Kerry, proponując sudańskiemu przywódcy skreślenie jego kraju z listy państw finansujących działalność terrorystów w zamian za uznanie wyników referendum, w którym mieszkańcy Południa najprawdopodobniej opowiedzą się za niepodległością. Już teraz południowa część państwa cieszy się na tyle szeroką autonomią, że obecność w granicach  Sudanu jest tylko formalna. Sprawdzian rzeczywistych planów prezydenta al-Bashira – znanego z rządów twardej ręki i poszukiwanego pod zarzutem ludobójstwa – trwa już teraz.

Tysiące bezpaństwowców?

Pierwszą ważną kwestią jest sprawa obywatelstwa dla osób pochodzących z Południa, ale zamieszkujących w północnej części kraju. Szacuje się, że po przeszło 20 latach wojny domowej takich osób mogą być tysiące, jeśli nie miliony. Źródła rządowe w Chartumie podają, że jest ich 520 tysięcy (w tym 350 tysięcy w stolicy), a według Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu te liczby to odpowiednio 1,5-2 mln i 1,3 mln. Są to przede wszystkim uchodźcy z terenów Południa objętych walkami, a także ich potomkowie, którzy urodzili się już w północnej części kraju i nie wykazują żadnych związków z obszarami, z których pochodzą ich przodkowie.

Status społeczny tych osób jest bardzo zróżnicowany. Wielu prowadzi swój własny biznes i na Północy koncentruje się ich działalność. Sprzeciwiają się przesiedleniom, bo część południowa kraju jest znacznie biedniejsza. Jednak zdecydowana większość tej grupy żyje w obozach dla uchodźców, stanowiąc margines społeczny. Oczywiście część z tych osób wolałaby otrzymać obywatelstwo Północnego Sudanu, a inni chcą wrócić na Południe tak szybko jak to tylko możliwe. Jednak w przypadku secesji Południa wszystkim tym osobom grozi im utrata obywatelstwa (o czym głośno mówi wielu północnosudańskich polityków), nie mówiąc o aktach przemocy.

Podobnie wygląda położenie mieszkańców Południa pochodzących z Północy, ale nie jest ich aż tak wielu. Eksperci podkreślają, że nikogo nie można pozbawić obywatelstwa, o ile sam się go nie zrzecze w celu otrzymania obywatelstwa innego kraju. Istnieje tu kilka rozwiązań. Możliwe jest nadanie takim osobom podwójnego obywatelstwa, ale w takim przypadku problematyczna pozostawałaby kwestia lojalności państwowej. Innym wyjściem z sytuacji byłoby przyznanie specjalnego statusu, co polegałoby na tym, że osoby te byłyby obywatelami państwa, które zamieszkują, ale w drugim kraju byłyby traktowane na równi z innym jego obywatelami, a ponadto miałyby m.in. możliwość ruchu bezpaszportowego.

Pewnym jest, że jeśli zabraknie dobrego rozwiązania Sudanowi znów grozi rozlew krwi. Pocieszające jest to, że prezydent al-Bashir publicznie zobowiązał się do odpowiedzialności za bezpieczeństwo całej ludności Północy, również tej pochodzącej z Południa. Niepokojące jest jednak to, że wysyła sprzeczne sygnały co do istoty samego referendum – często wyrażał poparcie dla uczciwego i demokratycznego plebiscytu, ale z drugiej strony wielokrotnie stwierdzał, że nie widzi dla Sudanu innej przyszłości niż zjednoczone państwo.

Abyei – Północ czy  Południe?

Równocześnie z głosowaniem dotyczącym przyszłości Południa ma mieć miejsce ważne referendum dotyczące przynależności państwowej Abyei – niewielkiego, ale niezwykle zasobnego w ropę naftową regionu położonego dokładnie na granicy dwóch skłóconych części Sudanu.  Termin styczniowy już teraz pozostaje wielce wątpliwy. Abyei jest miejscem zamieszek i walk od momentu podpisania porozumienia w 2005 roku. Zarówno Północ jak i Południe rości sobie prawa do tego obszaru. Po dziś dzień nie zawarto porozumienia, komu ma przysługiwać czynne prawo wyborcze w głosowaniu ani jakie konkretnie granice ma Abyei.

Region ten jest zamieszkany głównie przez plemię Dinka Ngok, które opowiada się za przyłączeniem do Południa oraz arabskie plemię Misseriya – pasterzy, którzy prowadzą koczowniczy tryb życia, wędrując razem ze bydłem w poszukiwaniu miejsca do wypasu i którzy w prowincji Abyei przebywając tylko przez część roku. Jak na razie prawo głosu przyznano tylko plemieniu Dinka, natomiast specjalna komisja (do tej pory nie powstała) ma zdecydować o przyznaniu tego prawa innym grupom. Misseriya grożą przemocą, jeśli pozbawi się ich możliwości głosowania.

Napięcie eskalują północni politycy, wzywając do przełożenia plebiscytu, co powoduje sprzeciw Południa. Wobec istniejących już sporych opóźnień w implementacji prawa wyborczego przełożenie głosowania wydaje się coraz bardziej prawdopodobnymym scenariuszem. Tymczasem mieszkańcy rozważają możliwość samodzielnego przeprowadzenia referendum, bez udziału władz obu części. Ten plan również niesie ze sobą zagrożenia – naruszy postanowienia porozumienia z 2005 roku, jego wynik nie uzyska uznania międzynarodowego, a przede wszystkim jego przeprowadzenie nie będzie wynikiem ogólnospołecznego konsensusu.

I tu również niepokojąca wydaje się postawa prezydenta al-Bashira, który w zeszłym miesiącu zapowiedział, że nie uzna referendum na Południu, jeśli rozmowy w sprawie głosowania w Abyei nadal będą się opóźniać. Obie strony oskarżają się wzajemnie o przygotowania do zbrojnego ataku i okupacji spornego terytorium. Prezydent południowej części, Salva Kiir, zwrócił się do Rady Bezpieczeństwa ONZ o rozmieszczenie dodatkowych sił pokojowych wzdłuż granicy. Dalsza destabilizacja w tym niewielkim regionie może zaognić sytuację w całym kraju.

Nowe państwo – bieda i słabość

Pomijając wszelkie ustalenia „techniczne” dotyczące podziału Sudanu (omówiony powyżej problem granic, kwestia podziału dochodów z ropy itp.), warto przyjrzeć się bliżej, jaki byłby samodzielny Południowy Sudan.

Obraz nowego państwa na mapie Afryki maluje nam się w czarnych barwach. Brak tu infrastruktury, zwłaszcza transportowej. Około 20% ludności dotyka problem chronicznego głodu, tylko 10% dzieci jest szczepionych, a na podstawową 5-letnią edukację ma szansę tylko połowa. Terytorium jest podzielone etnicznie, a między poszczególnymi grupami częste są krwawe spory. Podziały pogłębiają się z powodu izolacji poszczególnych społeczności rozrzuconych na sporym terytorium. Jedności nie ma również w rządzie, którego członkowie bardzo często dbają tylko o interesy swoich plemion. Uważa się, że jeśli zniknie zagrożenie z Północy, plemiona na Południu same skoczą sobie do gardeł w walce o władzę.

Będą następni?

Można przypuszczać, że powstanie niepodległego Sudanu Południowego wpłynie nie tylko na sytuację wewnętrzną w państwie, ale także na sąsiadów i całą Afrykę. Trudno przewidzieć, jakie będą dalsze losy Darfuru. Jeśli Południe rzeczywiście się usamodzielni, to Północ właśnie tam skoncentruje swoje siły, a to może oznaczać dogodne warunki do odbudowy rebelii w Darfurze i zachętę, aby w podobny sposób wystąpić w walce o niepodległość. Kula śniegowa może toczyć się dalej – przez etiopski Ogaden, Republikę Środkowoafrykańską i Demokratyczną Republikę Kongo, w których już od lat działają silne partyzantki domagające się niezależności, nie mówiąc już o Somalii, która jako jedno państwo funkcjonuje już tylko na mapach.

Na spokoju powinno zależeć również siłom zewnętrznym zaangażowanym w stabilizację w Sudanie – Unii Afrykańskiej, Organizacji Narodów Zjednoczonych czy Stanom Zjednoczonym. Pomimo że realizacji Kompleksowych Porozumień Pokojowych z 2005 roku można wiele zarzucić, to konieczne jest doprowadzenie do końca procesu pokojowego przewidzianego w umowie. Ważne jest również, aby społeczność międzynarodowa zadbała o pokój w rzeczywistości poreferendalnej, jakimkolwiek wynikiem zakończy się plebiscyt. Jeśli większość opowie się za niepodległością, to wsparcie międzynarodowe będzie konieczne dla przetrwania nowego państwa i znalezienia przez nie miejsca w niestabilnym regionie.

Katarzyna Kowalewska