Polska polityka bezpieczeństwa na nowe dziesięciolecie

Polska weszła w XXI wiek jako kraj niepodległy, zintegrowany ze strukturami NATO i UE. Wydaje się, że w najbliższej perspektywie Polsce nie grozi agresja z zewnątrz z niczyjej strony a nawet, tak głośne w ostatnich latach, zagrożenie terroryzmem omija nasz kraj.

Trzeba jednak pamiętać, że bezpieczeństwo międzynarodowe rozpatrujemy obecnie w wymiarze znacznie wykraczającym poza jego klasyczne rozumienie w wymiarze dyplomatyczno-militarnym, przykładem niech będzie zbitka „bezpieczeństwo energetyczne” o której głośno jest w kontekście naszego uzależnienia od dostaw rosyjskiego gazu ziemnego i prób jego dywersyfikacji źródeł jego dostaw. Jak ostatnio zauważył gen. Koziej, szef BBN, świat XXI wieku jest coraz bardziej ze sobą powiązany więzami informatycznymi i gospodarczymi, nazwanymi przez niego „glob-info”, i w takim świecie klasyczna agresja się po prostu nie opłaca. Niemniej jednak pan generał przytomnie wywiadzie zauważył że „nowy paradygmat [postrzegania bezpieczeństwa] nie oznacza abstrahowania od fizycznego potencjału, na przykład konieczności rozwoju armii„. W niniejszym tekście postanowiłem wypunktować moje własne przemyślenia na temat, co powinna zrobić Polska w najbliższych latach.

Po pierwsze: „gospodarka, głupcze!”

Słynny slogan prezydenta Billa Clintona jest tu na miejscu, gdyż potencjał gospodarczy danego kraju jest jednym z najważniejszych czynników kształtujących siłę (ang. „power”) danego kraju na arenie międzynarodowej.

Jeżeli by porównań budżet państwa do krojenia tortu, to jeżeli ten „tort” jest większy, to naturalną koleją rzeczy wojsko dostanie więcej środków, nawet wtedy, gdy procentowo będzie to udział mniejszy niż w przypadku mniejszego „tortu”.

Przykład współczesnej Azji pokazuje, że wraz ze wzrostem PKB kraju wzrastają jego możliwości militarne. Przez wiele lat wyjątkiem potwierdzającym tą regułę wydawała się być wspomniana wcześniej Japonia, gdzie posiadanie armii jest formalnie zakazane konstytucyjnie, lecz w praktyce kraj ten przechodzi niespotykaną w okresie powojennym remilitaryzację, a dodatkowo nowoczesna gospodarka dostarcza prężnego zaplecza naukowo-technicznego dla wojska.

Środki na wojsko i zbrojenia mogą pochodzić min. ze złóż surowców mineralnych, czego przykładem są kraje naftowe, kupujące zaawansowany sprzęt wojskowych (min. zakup rosyjskich MiGów przez Wenezuelę), „przeskakując” tym samym konieczność rozwoju własnego przemysłu obronnego.

Jednym zdaniem: bez rozwoju gospodarczego nie ma co marzyć o skutecznej modernizacji sił zbrojnych.

Bardziej rozważne uczestnictwo naszej armii w misjach „zamorskich”

W tym punkcie trzeba wspomnieć o tym, że obecnie trwająca operacja w Afganistanie jest poważnym błędem, gdyż w praktyce eskalacja działań wojennych za rządów Obamy nie przynosi rezultatów. Łatwo się zapędzić w pułapkę błędnego koła, polegającą na tym, że dalsza obecność w tym kraju wojsk NATO wynika z wcześniejszego zaangażowania w tym kraju i obawy przed upokarzającą porażką w przypadku wycofania się.

Polska angażując i poświęcając środki na Afganistan pozbawia się zasobów, które mogły by być wykorzystane na modernizację naszej armii. Kilka krajów już wycofało się z Afganistanu. Moim zdaniem my powinniśmy zrobić to samo i to szybko, gdyż dalsze uczestnictwo misji ISAF nie leży w interesie naszych sił zbrojnych.

Zupełnie niezauważenie przeszła przez media polska misja w Czadzie, w ramach sił pokojowych Unii Europejskiej, działających pod mandatem ONZ. Moim zdaniem powinniśmy uczestniczyć właśnie w takich misjach, niż zużywać środki na zadania, które nie przynoszą nam korzyści, poza domniemanym długiem wdzięczności u Amerykanów (Polecam mój wcześniejszy tekst na ten temat: „Dlaczego nie powinniśmy bardziej angażować się w Afganistanie?”).

Co do Iraku to można powiedzieć krótko: z tej misji nie wyciągnęliśmy żadnych konkretnych korzyści, poza zdobyciem kilku nowych doświadczeń przez naszą armię. Zaprawdę, wygląda to na bardzo skromnie wynagrodzenie za bycie „listkiem figowym” dla wojny, co do której sensu sami Amerykanie nie mają pewności.

Rozwój własnej broni rakietowej

Tytułem wstępu można śmiało powiedzieć, że broń rakietowa we współczesnych stosunkach międzynarodowych działa tak jak sześciostrzałowiec Peacemaker zakładów Colta na Dzikim Zachodzie – bardzo skutecznie wyrównuje siły między aktorami, bo byle chłystek jest w stanie położyć trupem dużego brutala.

Broń rakietowa to nie tylko rakiety transkontynentalne i pociski samosterujące, kojarzące się z arsenałami nuklearnymi supermocarstw. To przecież także ręczne wyrzutnie pocisków przeciwpancernych i przeciwlotniczych (MANPADS) oraz rakiety operacyjne dla sił lądowych i pociski tworzące sieci obrony przeciwlotniczej.

Polska na swoim koncie ma osiągnięcia w tej dziedzinie, min. zestaw przeciwlotniczy Grom (widoczny na zdjęciu obok), będący krajową wersją rosyjskiej „Igły”, czy udaną modernizację zestawów rakiet „Newa”.

Ciężko jest oprzeć obronę p.lot. naszego kraju o założenie, że Amerykanie rozmieszczą baterie Patriotów. Do skutecznej obrony przez napadem lotniczo-rakietowym potrzebujemy naszych własnych systemów obrony przeciwlotniczej, będących pod polskim dowództwem. Jesteśmy za biedni na to, aby samemu opracować taki system, niemniej warto pomyśleć o kooperacji z innymi państwami na tym polu np. w ramach konsorcjum MBDA (dawniej Euromissle) w celu zdobycia know-how i rozwoju własnych zdolności w tym zakresie. W końcu trzeba będzie kiedyś zastąpić starzejące się systemy produkcji rosyjskiej będące na wyposażeniu naszej obrony przeciwlotniczej, takie jak S-125 (SA-3 „Goa”) i S-200 (SA-5 „Gammon”).

Rozwój własnych bezzałogowych systemów rozpoznania

Na pewno każdy słyszał o bezzałogowych samolotach „Predator”, używanych przez Amerykanów do tajnych misji na pograniczu afgańsko-pakistańskim i Jemenie, min. do zabijania członków Al-Kaidy i dowódców oddziałów Talibów.

Amerykański bezzałogowieć  RQ-7 Shadow w Iraku
Amerykański bezzałogowieć RQ-7 Shadow w Iraku

Na współczesnym polu walki coraz częściej urzeczywistniają się wizje rodem z powieści i filmów Science-Fiction. Armia amerykańska w Iraku powszechnie używa niewielkich zdalnie sterowanych robotów jeżdżących do rozbrajania bomb i zwiadu. Oprócz wspomnianych na początku maszyn „Predator” w użyciu są też mniejsze jednostki latające, które mogą pełnić nawet funkcje transportowe (np. zrzucając niewielkie pakunki z apteczkami). Roboty nie męczą się, łatwo je zastąpić nowymi i potrafią wyręczać ludzi w sytuacjach niebezpiecznych – korzyści z ich stosowania są oczywiste. W opracowaniu są już nawet maszyny kroczące (min. robot „Big Dog”, pomyślany jako „muł” do noszenia broni i amunicji).

Jeszcze raz powraca problem rozsądnego gospodarowania ograniczonymi zasobami – rozwój tego typu technologii nie wymaga dużych nakładów finansowych, szczególnie w przypadku pojazdów latających. Gdybyśmy intensywniej rozwijali naszą własną technologię tego typu pojazdów, to nie musielibyśmy kupować bezzałogowce od izraelskiego koncernu ADS dla naszych żołnierzy w Afganistanie. Puki co powstało kilka naszych własnych i obiecujących prototypów, ale gdybyśmy przeznaczyli na to więcej środków, to postęp byłby zdecydowanie szybszy.

Większa troska o „bezpieczeństwo cybernetyczne”

Na początek trzeba stwierdzić, że termin „cyberwojna” jest nadużyciem (Polecam tekst Robert Grahama, specjalisty od zabezpieczeń, na ten temat) gdyż coś takiego jak „cyberbroń” nie istnieje. Istnieje jednak bardzo specjalistyczna gałąź wiedzy z dziedziny informatyki, która może być używana do atakowania i obrony sieci i systemów komputerowych, tak prywatnych jak i publicznych. Nasze życie w coraz większym stopniu zależy od systemów informatycznych nadzorujących min. pracę elektrowni i linii przesyłowych, przemysłu, banków i giełd papierów wartościowych itp. Część z tych systemów jest – na razie – oddzielona od Internetu, ale korzyści z podłączenia ich do globalnej sieci są zbyt oczywiste i dlatego można się spodziewać integracji z nią, która może otworzyć pole do popisu dla komputerowych włamywaczy i dywersantów.

Mówiąc krótko, trzeba rozwijać odpowiednie kadry specjalistów ds. zabezpieczeń systemów komputerowych pracujących dla rządu i wojska. „Cyberwojna”, jeżeli mamy się tego terminu trzymać, wymaga nakładów nie na kosztowny sprzęt ale na kadry, które mają być sprytniejsze od przeciwnika, którym mogą być hakerzy pracujący dla obcego rządu lub grup terrorystycznych i przestępczych.

Należy przy tym uniknąć pułapki polegającej na zastosowaniu schematów myślenia z wojny konwencjonalnej w wymiarze cybernetycznym (np. haking jest zajęciem oportunistycznym – hakerzy i krakerzy włamują się tam gdzie im łatwiej, a nie w konkretne miejsce).

Osobnym zagadnieniem jest rozwój kryptografii – w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku polscy kryptolodzy złamali sowieckie szyfry, co dało przewagę wojsku polskiemu. Pamiętajmy o tej lekcji z historii także w XXI wieku.

Bardziej realistyczne podejście do naszych sojuszy i partnerów

Musimy sobie powiedzieć jasno: musimy skończyć z bezkrytycznym zaufaniem wobec Amerykanów i ich polityki zagranicznej. Zresztą jeżeli uważamy, że więzi z USA są dla nas istotne pod względem strategicznym, to dlaczego mamy popierać nieodpowiedzialną politykę amerykańską, która na dłuższą metę osłabia naszego sojusznika?

USA obecnie przeżywa nie tylko głęboki kryzys gospodarczy, ale też kryzys swojej mocarstwowej roli, spowodowany przez nierozważna unilateralną politykę Georga W. Busha. Polityka ta, którą profesor Stephen Walt poddał na łamach Foreign Policy miażdżącej i dobrze uargumentowanej krytyce, naraziła USA na erozje miękkiej siły („soft power”, w rozumieniu Josepha Nye’a), zmarnowanie gigantycznych zasobów pieniężnych i po prostu stracenia bezcennego czasu na operacje która nie przyniosła żadnych konkretnych korzyści. Irak jest obecnie jednym z najbardziej skorumpowanych, najniebezpieczniejszych i niestabilnych państw świata.

Dla USA Polska nie jest krajem zasługującym na specjalne traktowanie, a puste gesty w postaci przesyłania nam zdezelowanego sprzętu, który Amerykanie u siebie najprawdopodobniej by złomowali, powinny budzić zażenowanie.

Jesteśmy w końcu członkami UE, która rozwija własne struktury bezpieczeństwa w wymiarze militarnym. Polska powinna więc bardziej aktywnie uczestniczyć w tych inicjatywach, w szczególności w ramach Trójkąta Weimarskiego. Nieprzypadkowo w niektórych podpunktach niniejszego wywodu zwracam uwagę na konieczność rewizji naszego stosunku do Amerykanów i konieczność większego zaangażowania się w europejskie inicjatywy z dziedziny bezpieczeństwa i wojskowości.

Amerykanie tak czy siak mają wobec nas zobowiązania wynikające z członkostwa w NATO, ale nasze więzy z Francją i Niemcami są po prostu silniejsze. W Polsce do UE podchodzi się jako do maszynki udzielającej nam pomocy finansowej, w której to nasi politycy mają „bronić polskich interesów” (a im głośniej, tym niby lepiej). Zapomina się o tym, że nie można być traktowanym poważnie, jeżeli nie uczestniczy się w strategicznie istotnych filarach integracji.

(Żródło fotografii: Wikipedia.)