Jemen wraca jak meteor

Sytuacja w Jemenie zwykle pozostaje w cieniu innych, pozornie ważniejszych wydarzeń na świecie, a na pierwszym planie pojawia się zwykle jedynie wtedy, kiedy coś spektakularnego przyciągnie uwagę światowej opinii publicznej. Tak jest również teraz, kiedy głośno zrobiło się o udaremnionych atakach bombowych przygotowanych przez terrorystów z jemeńskiej komórki Al-Kaidy. Bomby znaleziono w 29 października w samolotach firm kurierskich UPS w Wielkiej Brytanii i FedEx w Dubaju. Paczki zostały z Jemenu. W piątek 5 listopada br. terroryści Al-Kaidy przyznali się do organizacji zamachu.

Liderzy jemeńskiej Al-Kaidy
Liderzy jemeńskiej Al-Kaidy

„Arabia szczęśliwa”, ale tylko dla terrorystów

Związki Jemenu z Al-Kaidą sięgają lat 80., kiedy Jemeńczycy stanowili poważną siłę w „świętej wojnie” przeciwko Związkowi Radzieckiemu w Afganistanie. Po zakończeniu wojny w 1988 roku rząd w Sanie zachęcał swoich obywateli i innych weteranów do osiedlenia się w Jemenie. Stąd spory napływ bojowników, z których wielu znalazło zatrudnienie również w siłach specjalnych. Ekstremizm stał się stałym elementem politycznego krajobrazu państwa, którego skomplikowana sytuacja polityczna, demograficzna i gospodarcza wydaje się stwarzać idealne warunki dla wszelkiej maści rebeliantów i terrorystów. Przed „medialną karierą” Al-Kaidy  Jemen kojarzył się głównie z porwaniami dla okupu, przy czym dla porywaczy było to przede wszystkim intratne źródło zysków, a niekiedy sposób na załatwienie sporów plemiennych. Porwania nie miały przeważnie charakteru politycznego, a okup był dodatkowym źródłem utrzymania w kraju, w którym 40% ludności żyje za mniej niż 2$ dziennie, bezrobocie sięga 35%, a współczynnik analfabetyzmu wynosi 50%. Jednak przysłowiowym gwoździem do trumny może okazać się kryzys związany z niedoborem wody. Z problemem tym boryka się obecnie wiele państw rozwijających się, ale dane na temat Jemenu są wyjątkowo niepokojące – ludność zużywa jedynie 1/5 poziomu normy koniecznej dla zdrowego i higienicznego życia podanej przez Światową Organizację Zdrowia. Sanie jako pierwszej stolicy na świecie grozi całkowite wyczerpanie zasobów wody. Przy obecnym tempie przyrostu ludności i już istniejących niedoborach jest oczywiste, że wody na pewno nie wystarczy dla przyszłych pokoleń.

Bieda, brak perspektyw, frustracja ludności i anarchia powodują wzrost przemocy. Sprzyja temu brak silnej władzy centralnej, której w Jemenie nie było w zasadzie nigdy. Zrozumiałym jest, że w społeczeństwie, w którym tak duże znaczenie ma przynależność plemienna zobowiązania wobec pobratymców i tradycja w połączeniu z elementami islamu zawsze będą stały wyżej niż obowiązki wynikające z prawa stanowionego w stolicy, zwłaszcza na oddalonych od stolicy, górzystych obszarach na prowincji, gdzie władza centralna jest iluzoryczna. Warto dodać, że polityka wewnętrzna prezydenta Saleha nigdy nie miała tak naprawdę na celu zwalczenia rzeczywistych przyczyn waśni społecznych, ale przede wszystkim zjednanie sobie poparcia poprzez dozbrajanie zwolenników i „kupowanie” liderów plemiennych za pieniądze pochodzące z eksportu ropy. To samo można powiedzieć o stosunku do ekstremistów, których prezydent niekiedy potępiał, innym razem ignorował, a przeważnie wykorzystywał do własnych celów – głównie zwalczania przeciwników politycznych. Saleh przeoczył jednak moment, kiedy zmniejszyły się dochody z ropy i strumień inwestycji zagranicznych. Aż 75% dochodów budżetu kraj czerpie ze złóż ropy, które systematycznie się kurczą. W tych okolicznościach gwałtowny wzrost liczby ludności (przy obecnym przyroście naturalnym 3% rocznie w ciągu kolejnych 20 lat populacja podwoi się i sięgnie 40 milionów) powoduje, że kraj pogrąża się w biedzie, tym bardziej, że politycy jemeńscy nie mają w zanadrzu żadnego planu na czasy, kiedy ropa się skończy. W 2009 r. PKB per capita tego kraju wynosiło 2,335 $, a w rankingu UNDP (Human Development Index) Jemen znalazł się na 134 miejscu. Kraj pogrąża się w biedzie, a prezydent powoli traci kontrolę nad sytuacją wewnętrzną.

Prezydent Saleh „walczy” z terroryzmem

W  polityce zagranicznej Saleh wykorzystuje walkę z terroryzmem do pozyskania sympatii partnerów zagranicznych, a przede wszystkim ich pieniędzy. Po zamachu na krążownik USS Cole w 2000 roku rząd w Sanie musiał podjąć decyzję o współpracy z Amerykanami, czemu był raczej niechętny. Jemeńczycy zaprzeczali powiązaniom z Al-Kaidą, a na brak woli współpracy Amerykanie odpowiedzieli zawieszeniem programu współpracy wojskowej. Zasadnicza zmiana nastąpiła dopiero po atakach z 11 września. Saleh poparł Bushowską „wojnę z terroryzmem”, bo w przeciwnym razie Jemenowi mogło grozić miejsce na niechlubnej liście państw wspierających terroryzm. Prezydent zrobił to wbrew powszechnej niechęci społeczeństwa do Stanów Zjednoczonych. W zamian jednak otrzymał pomoc rozwojową i wojskową, a także odsunął w czasie podzielenie losu Afganistanu czy Iraku. Niewielka liczba amerykańskich żołnierzy przybyła do Jemenu w celu szkolenia i koordynacji rodzimych służb, ale informacje o współpracy jemeńsko-amerykańskiej nie znalazły się na czołówkach gazet. Rządowi w Sanie zależały na uniknięciu niepokojów społecznych i zamachów na amerykańskie oddziały. I tutaj również Saleh stara się lawirować na tyle, na ile to możliwe. Winą za konieczność obecności Amerykanów obarcza ekstremistów, twierdząc, że ingerencja obcych rządów to skutek działalności terrorystów wymierzonej w zachodnie cele w Jemenie. Z drugiej strony prezydent krytykuje politykę Stanów Zjednoczonych wobec konfliktu w Palestynie i wobec Iraku, co pozwala mu utrzymać jako taką wiarygodność wobec własnych obywateli. Wojna z terroryzmem to dla rządu również wygodny środek do zwalczania nieposłusznych plemion. To m.in. dzięki współpracy z Amerykanami udało się na jakiś czas uspokoić sytuację i w kraju zapanował względny spokój. Niestety polityka Saleha zakończyła się fiaskiem, a w niedługim czasie społeczeństwo zalała kolejna fala radykalizmu. Po 2006 roku doszło do wielu aktów terroru – początkowo były to ataki na rurociągi i pola naftowe,  pracowników rafinerii, później zamachy śmiertelne na zachodnich turystów, a od 2008 roku ataki na budynki rządowe i amerykańską ambasadę w stolicy kraju. W ostatnich latach Jemen regularnie pojawia się w czołówce krajów zaliczanych do państw upadłych.

Rzuty karne czy bomby?

Biorąc pod uwagę niestabilność w Jemenie, należy obawiać się o organizację piłkarskich rozgrywek o Puchar Narodów Zatoki Perskiej „Khaleeji 20” właśnie w południowej, wyjątkowo niebezpiecznej części kraju. Od 22 listopada przez 2 tygodnie sześć reprezentacji państw Zatoki Perskiej i Iraku będzie rywalizować w Adenie i Abyenie o Puchar. Al-Kaida na razie nie zapowiedziała ataków, ale separatyści jemeńscy już wezwali kraje Zatoki do bojkotu turnieju, twierdząc, że udział oznacza, że państwa te uznają bezprawną „okupację” Południa przez rząd w Sanie. Od początku października zrobiło się niespokojnie. Doszło do zamachu bombowego na stadion w Adenie, a inny zamach został udaremniony. Na Południe wysłano dodatkowe 30000 żołnierzy.

Oczywiście powierzenie organizacji turnieju Jemenowi jest częścią procesu integrowania tego kraju z sąsiadami skupionymi w Radzie Współpracy Państw Zatoki Perskiej. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Jemen jest „ubogim krewnym” z południa. Co prawda uczestniczy już w pracach wielu komitetów i ciał GCC, a na 2016 rok planowane jest jego przyjęcie na prawach pełnego członka, ale ustępuje pozostałym państwo Zatoki pod każdym względem – gospodarczym, społecznym, w kwestii bezpieczeństwa. Rozszerzenie Rady o Jemen przyniosłoby niewątpliwie sporo korzyści i miałoby historyczne znaczenie (swoim obszarem Rada objęłaby tereny podbite przez Mahometa w chwili jego śmierci), aczkolwiek oznaczałoby również powstanie nowych problemów i przede wszystkim wielki koszt ekonomiczny dla monarchii arabskich. Stąd właśnie pomysł na stopniową integrację w tak podstawowych dziedzinach jak zdrowie, sport czy edukacja.

Mówi się o tym, aby planowane rozgrywki przenieść w bezpieczniejsze miejsce, a Bahrajn już zgłosił gotowość do przejęcia turnieju nawet w ostatniej chwili. Gospodarze jednak twierdzą, że piłkarzom nic nie grozi. Rządowi w Sanie zależy oczywiście, żeby pokazać, że sprawuje pełną kontrolę nad sytuacją w kraju, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach. Jemeńczycy porównują wagę organizacji rozgrywek do znaczenia tegorocznego mundialu dla RPA i od miesięcy z niecierpliwością oczekują pierwszego gwizdka na meczu otwarcia. Wycofanie się ekip albo przeniesienie imprezy może niestety umocnić wizerunek Jemenu jako pariasa otoczonego bogatymi państwami, których nie interesują problemy kłopotliwego sąsiada.

Katarzyna Kowalewska