Jak upadną Stany Zjednoczone?

Źródło: endofamerica.com
Źródło: endofamerica.com

„Jak upadną Stany Zjednoczone Ameryki?” Byłby to bardzo nośny tytuł dla produktów sygnowanych znakiem science fiction, ale samo zagadnienie stanowi przecież także pole potencjalnej analizy politycznej. Podejmując się tego zadania byłem świadomy, że zwierciadło przyszłości będzie można ujrzeć jedynie przez okruchy przeszłości i szeroki zakres nauk pomocniczych historii takich jak geografia, ekonomia czy klimatologia. Mottem poniższych rozważań uczyniłem myśl Charlesa Krauthammera, który stwierdził że „od czasów cesarstwa rzymskiego nie było w dziejach świata kraju, który by tak dominował kulturalnie, gospodarczo, technicznie i militarnie”. Te słowa przypominały mi cały czas, że historia powtarza się o tyle, o ile powtarzają się pewne problemy i zjawiska.

Watahy Wandali rabujące zgliszcza Pentagonu

Państwo funkcjonuje w obszarze idei, która w sensie metafizycznym gwarantuje mu nieśmiertelność. W sferze profanum, w konkretnej rzeczywistości czasoprzestrzennej podlega jednak -podobnie jak człowiek- cyklowi biologicznemu (tak twierdził np. Spengler). W tym sensie każde państwo rodzi się, rozwija, osiąga swoje apogeum, zmierzch i koniec. Jest to proces, który podskórnie wyczuwali już starożytni. Scypion Afrykański Młodszy burząc Kartaginę i ustanawiając absolutną hegemonię Rzymu w ekumenie miał gorzko płakać nad losem punickiego miasta. Spoglądając na metropolię Hannibala -którą senat nakazał zrównać z ziemią i zaorać- miał w niej ujrzeć płonący Rzym. Czy podobną wizję politycznej przyszłości mógł dostrzec George H. W. Bush obserwując upadające ZSRR? Można oczywiście spojrzeć na zagładę imperium amerykańskiego innymi kategoriami. Przecież państwa nowożytne – powiedzą historyczni malkontenci- opierają się dziś na zupełnie innych fundamentach. Trudno wyobrazić sobie zaorany Kapitol czy watahy Wandali rabujących zgliszcza Pentagonu- symbolu doczesnej potęgi wojskowej USA. Cóż, takie obrazy, ale i sposób myślenia który kreuje je w naszych głowach prowadzi do uproszczeń i schematów. Upadek jakiegokolwiek imperium nie musi wiązać się ze słowami Katona Starszego, który zwykł swoje senackie przemówienia kończyć sentencją „a poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć”. Przecież u źródeł upadku Ameryki nie musimy lokować czynnika militarnego.

Zagłada przychodzi niespodziewanie

Zagłada imperium często przychodzi niespodziewanie, wyprzedzając wrogi oręż. Jeśli trendy kulturowe, czasem zręby tradycji politycznych pozostają niezmienne to społeczeństwo może nie zauważyć zmiany cywilizacyjnej, która uśmierca istotę państwa. Tak działo się m.in. w późnoantycznej Italii rządzonej przez Odoakera, który z cesarskiego zarządcy rzymskiej prowincji przeobraził się w germańskiego króla. Dla Rzymian ta fundamentalna zmiana okazała się nieuchwytna a upadek Cesarstwa Zachodniego (476) czy przejście starożytności w średniowiecze  rozmyło się w dekadach i centuriach dziejów. Zjawisko, o którym mówię nakreślił francuski historiozof Fernand Braudel określając je mianem czasu długiego trwania (przemiany cywilizacyjne). Przeciwstawiał go jednocześnie szybkim zmianom politycznym (czas krótkiego trwania), które bardzo rzadko były w stanie uśmiercić jądro państwa. Czy dziś Amerykanie są w stanie uchwycić zmiany zachodzące w ich systemie politycznym? Czy dzisiejszy człowiek potrafiłby dostrzec koniec epoki, która płynnie przechodzi w następną? Nie sądzę. Śmierć Ameryki mogłaby przejść bez echa- tak jak to miało miejsce z Cesarstwem Wschodniorzymskim, które „nagle” przekształciło się w średniowieczne Bizancjum.

Kruchy stan równowagi

W pewnym sensie powyższa idea opiera się na długookresowych zmianach. Zupełnie odmienną wizję upadku amerykańskiego imperium snuje brytyjski historyk Niall Ferguson. Swego czasu na łamach Foreign Affairs polemizował z tradycyjną teorią cyklów, zgodnie z którą państwa przechodzą fazy wzrostu, schyłku i upadku. Ferguson twierdzi, że imperia to złożone systemy, w których zachodzą liczne procesy utrzymujące je w stanie równowagi. Czasem nawet błahe wydarzenie -zgodnie z zasadą domina- prowadzi do dysfunkcji a w konsekwencji, śmierci całego systemu (inspiracja losem ZSRR?). Takie założenia godzą w pewnym sensie w linearne rozumienie procesów historycznych i politycznych stawiając je w świetle przypadku i ludzkiej decyzji. Powyższa teoria duży nacisk kładzie także na gospodarkę a szczególnie zadłużenie państwa (echa kryzysu finansowego?). Ferguson twierdzi, że początkiem końca Ameryki może być wzrost obsługi jej długów, które zmniejszą możliwości Waszyngtonu w kwestii np. power projection.

Idea moralna a posłuszeństwo władzy

Trzeba uzmysłowić sobie jednak fakt, że bardzo często imperia kończyły swój żywot u szczytu własnych możliwości (także ekonomicznych) z powodu np. sytuacji wewnętrznej lub wyznawanej ideologii. Feliks Koneczny, polski historiozof twierdził, że upadek Rzymu był świadomym wyborem społeczeństwa, które odrzuciło biurokrację oraz fiskalizm „cywilizacji bizantyjskiej” i skierowało swój wzrok w stronę zachodniej idei moralnej. W koncepcji Konecznego uderza szczególnie fakt, że to barbarzyńscy królowie w pełniejszy sposób wypełniali ideały, którymi legitymizowało się imperium. Dlatego rzymska klasa polityczna skierowała swój wzrok na germańskich wodzów choć jej zasoby materialne pozwalały podtrzymywać dawny system. Dziś jesteśmy świadkami zalążka takiej sytuacji w USA. Lewicowy prezydent Obama traci grunt pod nogami dzięki prężnie działającemu ruchowi Tea Party, który charakteryzuje się ultrakonserwatywnym światopoglądem. Oczywiście to tylko koncepcja, wielu uczonych dopatrywało się przyczyn rzymskiej katastrofy np. w chrześcijaństwie czyli de facto wspomnianej już „zachodniej moralności”. Mimo to w kwestii amerykańskiej uważam, że możemy podeprzeć się scenariuszem Konecznego. Zyskał on na popularności szczególnie od czasu opublikowania „Zderzenia cywilizacji” Huntingtona, pracy stanowiącej właściwie plagiat myśli polskiego uczonego. Upływ czasu może zatem spowodować, że idea moralna okaże się silniejsza od narodowych więzi i posłuszeństwa wobec władzy w Waszyngtonie. A jeśli taką sytuację uzupełni czynnik zewnętrzny np. postępująca wielobiegunowość świata?

Śmierć systemu międzynarodowego

No właśnie- upadek imperium bardzo często wiążę się z dekompozycją całego układu politycznego. Niektórzy uczeni (np. uczeń Braudela – Wallerstein) mówią wręcz o śmierci całych systemów międzynarodowych a nie poszczególnych państw. Takie systemy to „rozwijająca się w czasie całość historyczna obejmująca różne jednostki, które łączy jedna władza polityczna” (np. preponderacja amerykańska, która narzuciła światu strukturę ONZ). Takie globalne układy funkcjonują w ramach cyklów, które zdaniem Wallersteina trwają około 500 lat a aktualny narodził się w epoce wielkich odkryć geograficznych. Pod koniec XXI wieku powinien zatem ulec dekompozycji. Czy taka koncepcja może rzutować na upadek Stanów Zjednoczonych już w tym stuleciu? Słabnącą potęgę Waszyngtonu już dziś dostrzegają liczne mocarstwa regionalna zrzeszone m.in. w BRIC, nie trudno zgadnąć jaki los czeka naszą rzeczywistość polityczną jeśli ich potencjał zrówna się z amerykańskim. Wszelkim piewcom systemu wielobiegunowego dedykuję słowa rzymskiego wodza Cerialisa, który powstańczym Galom wykrzyczał: „gdyby bowiem Rzymianie- do czego niech bogowie nie dopuszczą- wypędzeni zostali, cóż innego stąd wyniknie, jak nie wojny wszystkich między sobą ludów” (Tacyt; Dzieje, 4, 74, 3; przekł. S. Hammer 1957).

Meksykański ośrodek siły

Skoro wspomnieliśmy już o systemie globalnych zależności w jakim funkcjonuje USA to warto odwołać się także do geopolityki. Ta dziedzina nauki także przyniesie nam odpowiedź dotyczącą sposobu w jaki upadną Stany Zjednoczone- jest nią Meksyk. Już dziś wielu politologów takich jak George Friedman wskazuje, że będzie on stanowić w przyszłości potencjalne zagrożenie dla integralności terytorialnej Waszyngtonu. Nie chodzi w tym przypadku o historię (do Meksyku należał m.in. Teksas, Nowy Meksyk, Kalifornia) ani postępującą hispanizację językową i kulturową wielu obszarów na północ od Rio Grande. Niebezpieczeństwo tkwi w klasycznych prawidłach geopolitycznych a te lokują najaktywniejszy ośrodek siły właśnie na terytorium Meksyku. To właśnie obszar tego państwa ze względu na swoje uwarunkowania geograficzne sprzyja tworzeniu bardzo silnych form państwowych. To w tym układzie przestrzennym, ale w różnym czasie powstawały państwa silnie oddziaływujące na otoczenie. Najpierw były to indiańskie imperia m.in. Azteków, później Nowa Hiszpania i Meksyk, który aż do 1836 (utrata Teksasu) pozostawał najsilniejszym ośrodkiem siły w regionie. Dominacja Stanów Zjednoczonych w Ameryce Północnej z geopolitycznego punktu widzenia jest zjawiskiem krótkookresowym. Jeśli ze względu na złą sytuację finansową zostaną ograniczone możliwości power projection Waszyngtonu to może nas czekać w przyszłości zmiana układu sił w Nowym Świecie.

Klimat

Ostatnim elementem, który może przyczynić się do upadku USA jest klimat. Choć sceny licznych filmów katastroficznych (np. Pojutrze) jako realny scenariusz bierze dziś pod uwagę niewielu ludzi, to przecież historia zna takie przypadki. Grupa badaczy, którym kilka lat temu przewodził prof. John Valley z Uniwersytetu Wisconsin-Madiso odkryła zdumiewającą korelację. Badając stalagmity z jaskini Soreq przeprowadzili dokładną analizę klimatologiczną w rejonie Jerozolimy od około 200 roku p.n.e. do 1100 roku n.e.. Według prof. Valleya od 100 roku n.e. rozpoczął się okres dużo słabszych opadów, który trwał do 700 roku n.e.; to zjawisko było najbardziej intensywne w okresie 100- 400 n.e., co zaskakująco zbiega się ze stopniowym upadkiem rządów rzymskich w regionie. Proszę wyobrazić sobie sto lat niedoborów wody na terytorium USA, po których następują trzy wieki pustynnienia zasiedlonych i urodzajnych ziem. Na taki okres czasu nie pomoże nawet zaawansowana technologia…

Podsumowując nasze rozważania dodam jeszcze tylko jedną myśl: motyw wanitatywny łączy człowieka z jego społecznym wytworem- państwem. Współczesne imperia nie są odstępstwem od tej reguły.

Piotr A. Maciążek