Ewolucja wojny z terroryzmem

Plakat z podobizną Osamy bin Ladena, symbolu współczesnego terroryzmu (Zdjęcie: sfu.ca)
Plakat z podobizną Osamy bin Ladena, symbolu współczesnego terroryzmu (Zdjęcie: sfu.ca)

Terroryzm nadal stanowi zagrożenie. Ewoluują natomiast sposoby jego zwalczania. Koszty dotychczasowych kampanii okazały się zbyt duże, a efekty nie są do końca zadowalające. Zamiast klasycznych wojen, inwazji i prób budowania instytucji państwa od podstaw będziemy obserwować punktowe uderzenia, szybkie wypady sił specjalnych, intensywniejszą współpracę wywiadowczą oraz rosnące zaangażowanie prywatnych firm w przedsięwzięcie znane dotychczas jako „war on terror”.

Rozwój przez pączkowanie

Po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 roku Stany Zjednoczone dokonały inwazji na stanowiący bazę dla terrorystów z Al-Kaidy Afganistan. Najnowocześniejsza armia świata szybko uporała się z prowizorycznymi siłami Talibów, przejmując kontrolę nad krajem. Błyskotliwe zwycięstwo przyniosło jednak wiele lat, trwającej do dziś, okupacji Afganistanu. Miliardy dolarów, śmierć setek żołnierzy oraz tysięcy cywilów – a radykałowie islamscy, Talibowie i terroryści mają się nienajgorzej. Znaleźli bezpieczną przystań w sąsiednim Pakistanie, na afgańsko-pakistańskim pograniczu, a nawet w samym Afganistanie.

Co więcej, terroryści spod znaku Al-Kaidy i afiliowanych przy niej organizacji rozwinęli działalność w innych krajach. Kilka miesięcy temu głośno było o Jemenie, nieustannie przewijają się Somalia i Sudan, w Algierii czy Nigrze terroryści działają dość swobodnie. A to tylko niektóre państwa borykające się z problemem terroryzmu. Jest jasne, że nie można dokonać inwazji na wyżej wymienione i w ten sposób próbować pozbyć się terrorystów. Nikogo, nawet Stanów Zjednoczonych czy całego NATO, nie stać na takie działanie.

Zmiana taktyki

Barack Obama przypomniał niedawno Europie, iż mimo, że George W. Bush nie jest już prezydentem, Al-Kaida nadal stanowi zagrożenie. Można uznać, że organizacja Osamy bin Ladena stanowi synonim terroryzmu. Dlatego nie może być mowy o zaprzestaniu walki z terrorystami. Zmienią się tylko jej metody. Inwazje są zbyt kosztowne, zarówno finansowo, jak i politycznie, jednak wykorzystanie sił zbrojnych w dalszym ciągu będzie odgrywać istotną rolę. Punktowe uderzenia rakietowe oraz naloty bombowe pozwolą bowiem likwidować bazy i ośrodki szkoleniowe terrorystów. Będzie rosło znaczenie bezzałogowych samolotów, tzw. dronów, które świetnie sprawdzają się w eliminacji podejrzanych o terroryzm.

Coraz więcej roboty będą miały siły specjalne. Niewielkie, świetnie wyszkolone grupy będą niepostrzeżenie dostawać się na terytorium kontrolowane przez terrorystów i eliminować ich, niszcząc lub oznaczając dla bombowców kryjówki terrorystów. Większą rolę odgrywać będzie również współpraca, najczęściej zachodnich, wywiadów oraz armii z ich lokalnymi odpowiednikami. Więzy wzmocnione zostaną wsparciem finansowym oraz szkoleniami, a miejscowe służby zwiększą liczbę własnych operacji. Informacja będzie jeszcze cenniejsza niż dotychczas, co wymusi przeznaczenie większych nakładów na stworzenie, utrzymanie i wykorzystanie siatek szpiegowskich oraz wymianę i analizę zdobytych danych.

Prywatyzacja wojny

W obliczu rosnącej niechęci społeczeństw zachodnich do ponoszenia strat w trakcie wojny z terrorystami, nieuchronnie wzrośnie udział prywatnych firm takich jak dawny Blackwater (dziś Xe), które z chęcią przejmą obowiązek walki na pierwszej linii frontu. Prywatne firmy posiadają doświadczonych ludzi oraz odpowiedni sprzęt, a często także prowadzą działania wywiadowcze na własną rękę. Wsparte pieniędzmi z budżetu będą prowadziły wojnę po cichu, z dala od kamer i wścibskich dziennikarzy. Ponadto, w przeciwieństwie do śmierci żołnierza, śmierć najemnika z rzadka trafi na czołówki gazet. Społeczeństwa zyskają złudzenie spokoju, podczas gdy walka może być jeszcze bardziej zacięta niż do tej pory.

Choć generalnie jesteśmy dziś bezpieczniejsi niż w chwili zniszczenia bliźniaczych wież Centrum Światowego Handlu, wojna z terroryzmem, choć pod inną nazwą, toczy się dalej. Wprawdzie na mniejszą skalę (ograniczenie kosztów, co w kryzysie finansowym jest niezbędne), ale zasięg może być większy. Dzięki nowym, bardziej elastycznym metodom, cywilizowany świat nie jest bezbronny.

Piotr Wołejko