Upadek bliskowschodnich rozmów pokojowych?

Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oraz prezydnet USA, Barack Obama, podczas spotkania w Białym Domu (Zdjęcie: ivarfjeld.wordpress.com)
Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oraz prezydnet USA, Barack Obama, podczas spotkania w Białym Domu (Zdjęcie: ivarfjeld.wordpress.com)

Wystartowali i wywrócili się na pierwszym wirażu. To nie historia lekkoatletów, a możliwy koniec bliskowschodnich rozmów pokojowych. Obecnie nie ma już żadnych oficjalnych kontaktów, Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny zapowiedzieli, że nie będą prowadzić negocjacji, ale z zerwaniem rozmów czekają na opinię Ligi Państw Arabskich. Jeżeli Izrael nie ustąpi w/s osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, nieprawdopodobne byłoby, żeby LPA uznała za konieczne prowadzenie dalszych negocjacji. Na Bliskim Wschodzie jest oczywiście wszystko możliwe, ale Arabowie nie nadstawią przecież drugiego policzka.

Barack Obama, według nieoficjalnych informacji, proponował Izraelowi, w zamian za ustąpienie, szereg korzyści: za psz.pl:

„O wystosowaniu listu poinformował David Makovsky, członek Waszyngtońskiego Instytutu Polityki Bliskowschodniej i bliski współpracownik Dennisa Rossa, jednego z głównych doradców prezydenta Baracka Obamy. Według Makovsky`ego w zamian za przedłużenie moratorium o dwa miesiące, Stany Zjednoczone miałyby wetować wszelkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ dotyczące izraelsko-palestyńskiego konfliktu przez najbliższy rok.

Ponadto, przywódca USA miałby zagwarantować, że kwestia osadnictwa na terenach palestyńskich będzie włączona do rozmów nad ostatecznym porozumieniem pokojowym, a siły izraelskie będą miały prawo pozostać w regionie doliny Jordanu nawet po osiągnięciu porozumienia. Amerykanie mieliby też pomóc we wzmacnianiu sił bezpieczeństwa Izraela. Premier Benjamin Netanjahu odrzucił zawarte w liście propozycje.”

Cóż, można tylko rzec, że jak co roku „zima zaskoczyła drogowców’. Wszyscy od dawna wiedzieli, że moratorium będzie pierwszym problemem do rozwiązania, ale jednocześnie prezydent Obama nie potrafił skutecznie poradzić sobie z tą przeszkodą. Dobra mina do złej gry, piękne słowa i jednocześnie zero gestów, zero konkretów i prawdopodobne fiasko.

Rzeczywiście, mało kto wierzył, że negocjacje skończą się pełnym sukcesem w ciągu roku, ale tak poważny kryzys już po miesiącu? Zakładając, że informacja o ofercie jest prawdziwa (a są i zaprzeczenia), Barack Obama musi być już naprawdę zdesperowany, bo proponuje Izraelowi stałe korzyści, długofalowe i konkretne, za zgodę na przedłużenie moratorium o dwa miesiące (!). W tym czek in blanco w postaci wyłączności na veto w RB ONZ. Niesamowite – aż nie skomentuję tej dysproporcji.

Rozmowy mogły załamać się też przez Palestyńczyków i ich upór w sprawach, w których z założenia nie mogą zrealizować swoich postulatów – np. Jerozolimy czy powrotu uchodźców. Jeżeli jednak negocjacje zakończą się przez moratorium, wyłączną odpowiedzialność będzie ponosił premier Netanjahu, który zabiera się do pokoju, jak pies do jeża. O tym, że moratorium kończy się pod koniec września wiedzieli przecież wszyscy, a skoro prawie rok temu udało się namówić Izrael do jego ogłoszenia, to jego przedłużenie również wydawało się celem możliwym do osiągnięcia.

Zresztą, o możliwym problemie z moratorium pisałem 23 sierpnia w artykule „Bliskowschodnie rozmowy pokojowe: krok do przodu czy PR-owa zagrywka?”, na ponad tydzień przed wznowieniem rozmów.

„Negocjacje mają rozpocząć się bez warunków wstępnych, czyli w formule, jaką proponowali wcześniej Izraelczycy. Oznacza to, iż Palestyńczycy ulegli naciskom ze strony Stanów Zjednoczonych i zrezygnowali ze swojego sztandarowego żądania – złożenia przez Izrael deklaracji, że nie będzie tworzył nowych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, w tym we wschodniej Jerozolimie. Obecne moratorium na rozbudowę osiedli kończy się pod koniec września, Izraelczycy nie chcą się zobowiązać do jego przedłużenia, a w dodatku nie dotyczy ono właśnie osiedli we wschodniej Jerozolimie i okolicach. Jednocześnie palestyńska strona deklaruje, ze jeżeli po upływie moratorium, Izrael ponownie zacznie budować nowe osiedla, Palestyńczycy zerwą rozmowy.

Jeszcze nie wznowiono rozmów, a sytuacja już jest na ostrzu noża. Możliwości są dwie – albo amerykańska dyplomacja jest na tyle naiwna i nie potrafi wyciągać wniosków z historii tego konfliktu, iż nie przewiduje uderzenia o tę górę, albo istnieje cicha umowa, że Izrael nie będzie robił takich kroków, a jedynie pozostawi sobie oficjalnie taką furtkę. Nie ulega wątpliwości, że jest to podstawowy problem dla samego odbycia rozmów pokojowych, więc bez jego rozwiązania, nie ma mowy o skutecznym dialogu. Należy pamiętać, ze Mahmud Abbas zgodził się na rozmowy bez warunków wstępnych, które nie gwarantują palestyńskich interesów i dalsze jego upokarzanie byłoby fatalne w skutkach.”

To co, amerykańscy specjaliści nie przewidzieli nadciągającej katastrofy? Szybko pojawiły się sygnały, że dla premiera Netanjahu ważniejsze jest utrzymanie obecnej koalicji niż rozmowy pokojowe. Hamas zaciera tylko ręce, bo jeżeli Fatah będzie dalej negocjował w takiej atmosferze, to jego liderzy mogliby śmiało grać w sequelu „Człowieka bez twarzy”. Z drugiej strony, zerwane negocjacje pokojowe to też kolejny punkty dla ugrupowania, które czynnie atakowało je od samego początku. Niby na stole jest propozycja, że Izrael będzie „ostrożnie” postępował z osiedlami, ale zaufanie pomiędzy stronami jest obecnie zerowe. Żadnej „cichej” umowy też chyba nie było.

Rozmowy jeszcze nie upadły, ale sytuacja jest ciężka. Palestyńczycy są o krok od ich zerwania, a Netanjahu wydaje się tym nie przejmować. Manewrem ratującym negocjacje byłyby przetasowania koalicyjne i wpuszczenie do rządu Kadimy kosztem radykałów, ale tego również Waszyngton nie jest w stanie osiągnąć.

Świeczka jeszcze płonie, więc Amerykanie starają się ratować rozmowy. Może im się to uda, może nie, ale pozostawiam czytelnikom odpowiedź na pytanie, czy głownie Izraelczycy, ale też Palestyńczycy, są naprawdę gotowi do rozmów, czy tylko pozorują rozmowy i generują kłopoty? Nawet jeżeli teraz uda się przetrwać, to następne problemy będą już tylko większe.