Rozmowy izraelsko-palestyńskie: Mahmud Abbas gra va banque?

Jak donosi Rzeczpospolita, prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas oświadczył, że Palestyńczycy są gotowi zrezygnować z wszelkich historycznych roszczeń wobec Izraela, jeśli w ramach porozumienia pokojowego uzyskają własne państwo.

To by oznaczało, że Mahmud Abbas dąży do przerwania impasu w bliskowschodnich rozmowach. Rozważa spełnienie jednego z warunków izraelskich pt. wykluczenie prawa do powrotu.

Cały urok polega na tym, że Izrael nigdy nie zgodziłby się na niepodległą Palestynę ze spełnieniem żądania do powrotu, bo to oznaczałoby, że kilka milionów Palestyńczyków mogło by się osiedlać nie tylko w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu, ale również w Izraelu. Efekt byłby taki, że Izrael mógłby w przeciągu kilkudziesięciu lat stać się Islamską Republiką Izraela. Mahmud Abbas jest więc w tym momencie realistą, bo sugeruje możliwość finalnej (”po zawarciu porozumienia”) rezygnacji z czegoś, czego i tak by nie wynegocjował.

Prezydent Autonomii Palestyńskiej poszedł więc daleko do przodu, chcąc dostać w zamian coś tak oczywistego, jak przedłużenie moratorium na rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu. Tutaj znowu wiadome jest, że Izrael część osiedli w ramach porozumienia pokojowego może zostawi na swoim terytorium, ale niemal cały Zachodni Brzeg powinien stać się częścią Palestyny. Osobną kwestią jest oczywiście Jerozolima Netanjahu ma więc szanse zrezygnować z czegoś, czego i tak by nie wynegocjował, w dodatku – formalnie – tymczasowo. Czysty deal?

Nie i znowu przyczyny leżą po obu stronach. Rządząca Izraelem koalicja nie traktuje serio negocjacji z Palestyńczykami. Bardziej niż na postępie w rozmowach, zależy jej na politycznym przetrwaniu, a duża część elektoratu rządu to izraelscy osadnicy. Dochodzi do komicznej sytuacji, w której złym policjantem jest minister spraw zagranicznych, Avigdor Lieberman przedstawiający “swoją prywatną opinię” w ONZ, dobrym policjantem jest minister obrony narodowej, Ehud Barak, myślący kompromisowo, a gdzieś między nimi znajduje się premier Netanjahu. Szansą na progres byłaby zamiana radykalnych koalicjantów na umiarkowaną Kadimę, ale na to się nie zanosi. Przypomnę, że Kadima powstała w wyniku rozłamu w Likudzie, a jej założycielem był Ariel Szaron.

Sam Abbas również jest w tarapatach. Co by nie mówić – to nie Jaser Arafat ze swoją legendą i charyzmą. Prezydent nie jest tak popularny, nie ma jego cech przywódczych i ma dużo silniejszych wrogów na własnym podwórku – rządzący w Strefie Gazy Hamas. Klęska rozmów pokojowych na pewno fatalnie wpłynie na jego pozycję na palestyńskim podwórku. Wzmocni się Hamas. Abbas po części, szukając wyjścia z impasu, próbuje poprawić swoją osobistą sytuację – tragedia Izraelczyków polega na tym, że nie rozumieją, iż lepszego rozmówcy po stronie Palestyńczyków nie będą mieć. Innym problemem obecnego prezydenta jest to, że jeżeli rzeczywiście proponuje (puszcza oko?), iż Palestyńczycy są gotowi do rezygnacji z prawa do powrotu, to stanie się łatwym obiektem ataków nie tylko dla Hamasu, ale również dla dużej części palestyńskiego społeczeństwa, w tym żyjącej w fatalnych warunkach “diaspory”.

Mahmud Abbas ryzykuje więc bardzo w przypadku fiaska rozmów, Benjamin Netanjahu ani trochę. Izraelczycy wychodzą z założenia, że nic nie muszą i spokojnie badają brzegowe warunki Palestyńczyków, a patronujący rozmowom Barack Obama może jedynie uderzać głową o ścianę. Jeżeli nie jest w stanie wymóc na rządzie izraelskim przedłużenia moratorium, to pokazuje, jak słaba jest pozycja prezydenta Stanów Zjednoczonych, a równocześnie, że lider Likudu uznał, że ma ciekawsze rzeczy do roboty niż załatwienie pokoju.

Patryk Gorgol