Reforma ONZ, której nie ma…

Wczoraj na dwuletnią kadencję zostali wybrani nowi niestali członkowie Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodowych Zjednoczonych – Indie, Niemcy, Republika Południowej Afryki i Portugalia. Pierwszą trójkę łączy pewna wspólna cecha – domagają się dla siebie statusu stałego członka tego organu. Od kiedy interesuje się polityką międzynarodową, słyszę o “konieczności reformy ONZ”, ale też od tego samego momentu, nie było żadnych zmian. Każde co większe państwo znajduje argumenty na swoją korzyść.

Indie uważają, że z racji na dynamiczny rozwój swojej pozycji oraz potencjał ludnościowy, pozycja stałego członka im się należy. Indonezja uważa, że takie prawo powinno jej się należeć, jako największemu państwu muzułmańskiemu. Niemcy uważają, iż jako trzeci płatnik ONZ (po Stanach Zjednoczonych i Japonii), najpotężniejsza gospodarka w UE, a także uczestnik wielu operacji pokojowych, powinny przestać być dyskryminowane. RPA, Egipt i Nigeria uważają, że powinny reprezentować Afrykę. Włosi i Hiszpanie uważają, że skoro mają wejść Niemcy, to czemu nie oni? A może miejsce dla Unii Europejskiej? Brazylia uważa, że powinna wejść jako reprezentant państw Ameryki Łacińskiej i państwo o największym potencjale w tamtym regionie. Japonia uważa, iż jako drugi płatnik ONZ, a także trzecia potęga gospodarcza (do niedawna druga), powinna zostać stałym członkiem.

Koncert życzeń. Może i my się załapiemy?

Nie bardzo również wiadomo, jaki klucz przyjąć w przypadku reformy. Geograficzny? Ludnościowy? Religijny? Sprawę zabija jednak coś innego – obecni stali członkowie ONZ co najmniej nie palą się, by podzielić się swoim statusem. Karta Narodów Zjednoczonych nie pozostawia wątpliwości – zmiana składu RB ONZ wymagałaby poprawki KNZ, a jej ratyfikacją przez wszystkich stałych członków RB ONZ jest niezbędna w takim przypadku. De facto więc Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Chiny i Rosja dysponują w tej kwestii prawem weta.

Organizacja Narodów Zjednoczonych nie jest przystosowana do działania w dzisiejszych czasach. Obecny układ w organizacji pochodzi jeszcze z zimnej wojny, ale jego beneficjenci zazdrośnie strzegą swoich przywilejów, bo dlaczego Chińczycy mieliby wpuścić swoich politycznych przeciwników z New Delhi czy Tokio? Należy również pamiętać, że co większe państwa traktują ONZ instrumentalnie, a autorytetowi organizacji cios w plecy zadały Stany Zjednoczone, interweniując w Iraku. Największa światowa potęga, demokracja, pokazała moralność Kalego w pełnej krasie.

Trzeba pamiętać, że każda decyzja wymaga zgody (lub – w praktyce – wstrzymania się) jednego z piątki, gdyż inaczej rezolucja ląduje w koszu. Do skóry nie bardzo można więc się dobrać dyktatorom łamiącym prawa człowieka, a współpracującym z Chinami (patrz Sudan, Korea Północna), Izraelowi bronionemu przez Stany Zjednoczone, a także Iranowi, będącego pod osłoną chińsko-rosyjską, nawet jeżeli niemal cała społeczność międzynarodową ma identyczne zdanie w danej kwestii Jeżeli uda się nawet podjąć miękką rezolucję, jak w przypadku Iranu, to funkcjonuje ona nie dlatego, że taką decyzję podjęła RB ONZ, a ze względu na jej wdrożenie przez pięć potężnych mocarstw. Rezolucja staje się głównie podkładką prawną. Jeżeli któreś z państw dysponujących lub jego sojusznik zbojkotują już nawet uchwaloną rezolucję, to nie czekają go żadne konsekwencje, bo sprawa potem znowu trafia do Rady. Odrobinę demoralizujące błędne koło.

Jest jeszcze jedna kwestia. Nawet jeśli w/w państwa otrzymałyby status stałego członka RB ONZ, to nie mogłyby mieć identycznej pozycji, jak w/w piątka. Mam na myśli prawo weta. Możliwość pięciu wet jest już makabrą, a gdyby dodano kolejnych 5-6, to Rada Bezpieczeństwa zamieniłaby się w jeden, wielki bazar. Już teraz głosami się handluje – np. w przypadku pierwszej operacji w Zatoce Perskiej trzeba było “przekonać” Chińczykom do poparcia rezolucji, co odbyło się kosztem sankcji gospodarczych nałożonych po masakrze na placu Tianamnen. Istnieją naturalnie propozycje osłabienia prawa weta, ale żadne z mocarstw nie wydaje się zainteresowane oddaniem pola, a co dopiero wszystkie naraz?

Każdy ma własny folwark i dba o własną pozycję międzynarodową. Dlatego na żadne reformy Organizacji Narodów Zjednoczonych, a przynajmniej w kwestii składu RB ONZ, się nie zanosi.

Patryk Gorgol