„Tajne” więzienia CIA w Polsce

Co łączy premierów: Millera, Belkę, Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i Tuska, oraz prezydentów Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego oraz Komorowskiego? Przywileje i obowiązki związane z dzierżeniem władzy, a w tym przypadku wiedza na temat „tajnych” niczym przewidywanie kto wygra wybory na przewodniczącego w czasie kongresu PO lub PiS, więzieniach CIA w Polsce. Do tej pory konsekwentnie stosowaną taktykę pt. „o czym nie powinno się mówić, o tym powinno się milczeć”. To niebywałe, że więzienie CIA w Polsce jest bardziej ekscytujące dla zagranicznej prasy, niż dla Polaków i naszych mediów, które wolą „analizować”, kto, gdzie i po co został zawieszony lub kto, do kogo i po co wysłał list. Tak, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Temat zatem po jednym dniu zmarł śmiercią naturalną, a sami politycy „pożywki” również nie dawali. Zbigniew Siemiątkowski, ówczesny szef wywiadu, powiedział, że nic mu o żadnym więzieniu CIA nie wiadomo, czym mógł rozśmieszyć słuchaczy RMF FM z rana, a może w przyszłości również prokuratora. Przebił go jednak premier Tusk, który zgłosił sprawę do prokuratury (tak, jakby o tym zagadnieniu nie wiedziała) i poprosił o dyskrecję. Czy jednak niespotykana solidarność klasy politycznej jest w tym przypadku zaskakująca?

Zupełnie nie, bo jak zobaczymy – o tychże więzieniach wiedzieli liderzy wszystkich formacji parlamentarnych, być może z wyjątkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego co prawda nie miało premiera, ani prezydenta, ale dwukrotnie było w koalicji rządzącej w latach 2001-2010 i również taką wiedzę mogło posiadać.

Ocena samej sprawy jest niesamowicie skomplikowana. Z prawdopodobieństwem 99% można powiedzieć, iż CIA przetrzymywała więźniów na terenie Polski. Nasi politycy nawet już nie próbują zaprzeczać, ale tę bombę udało się rozbroić, gdyż rodacy wolą się ekscytować krzyżem na Krakowskim Przedmieściu niż interesować, jak sprawa więzień, przecież „tajnych”, będzie się miała do naszej racji stanu.

Najłatwiej spojrzeć na to pod kątem prawnym. Zadajmy sobie podstawowe pytanie – po co Amerykanie przetrzymywali więźniów na terenie RP? Ładne krajobrazy, czyste powietrze, śliczne dziewczyny? Nie. Robili to dlatego, iż na terenie Polski nie obowiązuje amerykańskie prawo, które podobnie jak polskie (polecam lekturę Konstytucji) zabrania torturowania ludzi oraz zbyt długiego przetrzymywania bez zgody sądu.

Nie zmienia to faktu, że obcokrajowców w Polsce, w tym Amerykanów i przetrzymywanych więźniów, obowiązuje polskie prawo. Teoretycznie moglibyśmy podpisać z Amerykanami umowę, które tworzyłaby jakąś strefę eksterytorialną, co dałoby nam wytłumaczenie, że my przecież o niczym nie wiedzieliśmy, ale … taka umowa wymagałaby przeprowadzenia jej przez parlament, ze względu na rangę jej postanowień i sprawa niemal natychmiast by wyciekła.

Istnieje jeszcze jedno rozwiązania. Polska podpisała porozumienie o np. możliwości przewozu z chwilowym postojem, lub niejako doszło do umowy polsko-amerykańskiej „obok prawa”. W pierwszym przypadku, Polska powinna wysłać za agentami CIA listy gończe, bo nie dotrzymali umowy, a w drugim szefowie służb wywiadowczych powinni mieć wyraźne problemy z prokuraturą. Prawna ocena wydaje się zatem oczywista.

Zaznaczyć trzeba, że jak do tej pory, wszelkie przecieki są efektem działania strony amerykańskiej, a nie polskiej, więc Amerykanie nie dość, że zajmowali się działalnością o wątpliwej moralności, to jeszcze w dodatku ich urzędnicy są wobec nas nielojalni. Politycy i media w Polsce nie robią z tej sprawy afery, chociaż ma gigantyczny potencjał, ale dużo racji jest w tezie, że im mniej przecieków w tej sprawie do prestiżowych agencji prasowych za granicą, tym lepiej. Wszakże nie chcemy chyba, by talibowie mścili się w Afganistanie? Dziwi zachowanie mediów, ale solidarność polityków w tym przypadku jest korzystna dla polskiej racji stanu. Jeżeli prokuratura udowodni politykom i urzędnikom polskim przestępstwa, to nikt i nic ich nie wybroni. Więzienie i to długoletnie.

Samej dyskusji na ten temat jednak zdecydowanie brakuje. Wyobraźmy sobie sytuację, że w Afganistanie złapany został polski agent. Jak myślicie, w jaki sposób zostanie potraktowany i na ile będzie to zgodne z konwencjami międzynarodowymi? Z drugiej strony, udaje nam się złapać terrorystę i mamy niemal pewność, że planowany jest zamach w Warszawie/Paryżu/Berlinie mogący kosztować życie kilkudziesięciu/kilkuset ludzi. Co robimy? Prosimy pana Ahmeda, czy nawet Johna, który przeszedł na islam i jego idolem jest bin Laden, by nam wyjawił swoje sekrety przy pomocy herbatki i ciastka? A jeśli dojdzie do zamachu właśnie dlatego, że nie przycisnęliśmy?

Medal można też odwrócić. Zdecydowaliśmy się wyciągnąć coś z „terrorysty” siłą, a okazało się, że złapaliśmy np. nie tego człowieka albo że po prostu jest niewinny. Facet ma zniszczoną psychikę do końca życia. Przecież takie wypadki się zdarzały.

Tak naprawdę nie ma mądrej odpowiedzi na to pytanie. To, co robili w Polsce Amerykanie jest złamaniem prawa i delikatnie mówiąc, nasi sojusznicy nie powinni mieć prawa przetrzymywać bez żadnych dowodów i zgody sądu różnych ludzi w różnych miejscach świata. Wielokrotnie sytuacja nie wymagała podjęcia takich kroków. Tylko, czy służby specjalne są w stanie działać skutecznie, gdy zawsze postępują zgodnie z prawem? Znowu druga strona – kiedy dochodzi do takiego przekroczenia prawa, gdy nie można tego uzasadnić żadnymi okolicznościami? Nie wyobrażam sobie zabijania cywilów po to, by dopaść jednego terrorystę, a różne służby specjalne – owszem.

Więcej pytań niż odpowiedzi. Świat nie jest czarno-biały, podobnie jak kwestia więzień CIA w Polsce. Dopiero za kilkadziesiąt lat będziemy wiedzieć, jak rzetelnie ocenić tę sprawę.