Wenezuelski fast food

Hugo Chavez to wybuchowa mieszanka latynoamerykańskich tradycji politycznych a synkretyzm to jego życiowa dewiza. Politykę historyczną (nawiązania do Bolivara) łączy więc z socjalizmem, ostrą krytykę ZSRR z bliskimi relacjami z Rosją, fascynację leninizmem z wprowadzaniem socjalistycznych zmian na drodze pokojowej… Mimo kolorytu jaki otacza „prezydenta” Wenezueli i szczególnej miłości jaką obdarzył swój lud a także świat, z którym komunikuje się przez Twittera, Chavez to przede wszystkim sprytny polityk. Jak będzie wyglądała zatem jego polityczna przyszłość?

McDonaldyzacja polityczna

Ideologiczny tygiel i charakterystyczne przemieszanie wszystkiego ze wszystkim to chleb powszedni Chaveza. W relacjach międzynarodowych wykorzystuje więc wzorce „arabskie” utrzymując swoje wysokie poparcie społeczne w kraju dzięki wykreowanym wrogom zewnętrznym. „Wielki szatan” czyhający na wenezuelskie złoża ropy naftowej to oczywiście Stany Zjednoczone a jego pomagier „mały szatan” to już wenezuelska rzeczywistość czyli niedaleka Kolumbia.

Hugo łączy w sobie najlepsze kreacje światowego show biznesu. Jest więc zimnowojennym Rambo w skórze podpułkownika wojsk spadochronowych, który przeprowadził nieudany zamach stanu przeciw prezydentowi Carlosowi Perezowi… Jest boskim Che, który na czele Ruchu V Republiki walczył o socjalizm w Wenezueli i Robin Hoodem, który skierował zyski ze sprzedaży ropy naftowej na państwową pomoc dla ubogich. W 2002 roku Chavez stał się na dokładkę Chrystusem, którego „rzymskie” wojsko pojmało i niesprawiedliwie sądziło przed niewiernym ludem opozycji. Gdy setki tysięcy zwolenników Chaveza wyszło na ulice stolicy i po dwóch dniach wznowił urzędowanie jako prezydent został dodatkowo ojcem narodu i ulubieńcem ludu. Hugo to także dziecko Rewolucji Francuskiej, które walczy o świeckość państwa z prymasem Jorge Urosem (który stwierdził że Wenezuela pod rządami Chaveza staje się drugą Kubą), ale jednocześnie Marcin Luter pragnący odnowy kościoła. Sam o sobie mówi: „jestem dumnym chrześcijaninem i zarazem marksistą. I jestem pewien, że gdyby Jezus zszedł na ziemię, wymierzyłby mu [prymasowi] baty za te wszystkie kłamstwa”.

Populizm wpędza w kłopoty

Chociaż synkretyzm daje Chavezowi niemal nieograniczone pole politycznego manewru to jednak wielokrotnie wpędza go także w kłopoty. Konflikt z kościołem katolickim osiągnął apogeum w słowach prezydenta, które pozwolę sobie zacytować: „papież nie jest żadnym ambasadorem Chrystusa na ziemi, to jedynie głowa państwa Watykan. Mogą mnie ekskomunikować, nic mnie to nie obchodzi, bo i tak wiem, że Chrystus mnie zbawi.” Owocem ostrej retoryki stała się zapowiedź renegocjacji konkordatu, który jest bardzo korzystny dla Wenezueli, nadaje bowiem prezydentowi prawo inwestytury.

Wymóg wroga zewnętrznego, który zapewnia społeczne poparcie Chavezowi pcha go nieustannie w stronę konfliktu z sąsiednią Kolumbią. Choć PR-owskie wyczucie Hugo nie ma sobie równych i prezydent Wenezueli odpowiednio przygotował się do konfliktu z sąsiadem to jednak sugestie dotyczące wspierania przez niego paramilitarnych organizacji kolumbijskich pozostawiają pewną rysę na jego starannie stylizowanym wizerunku.

Chavez oświadczył, więc światu za pośrednictwem Twittera, że „ niezwykłe chwile przeżyliśmy dziś w nocy. Widzieliśmy szczątki Wielkiego Bolivara”. Ekshumacja bohatera wojen wyzwoleńczych skierowanych przeciw Hiszpanii stała się preludium dla ideologicznej osnowy konfliktu Wenezueli i Kolumbii. Choć Bolivar zmarł oficjalnie na gruźlicę to jednak według Hugo Chaveza wersja ta jest nieprawdziwa, bo bohater został zamordowany przez kolumbijskiego rywala, generała Francisca de Santandera… Aby wygładzić nieco roszczeniowo- konfliktową retorykę prezydent Wenezueli ogłosił zerwanie stosunków dyplomatycznych z Kolumbią i stan gotowości nad granicą z tym krajem w towarzystwie Diego Maradony…

Mimo zręcznych posunięć Chaveza napięte stosunki z Kolumbią, która podjęła drogę reform i centralizacji swojego terytorium pogrążonego do niedawna w anarchii (organizacje paramilitarne FARC i ELN) nie przysłużą się na dłuższą metę jego wizerunkowi. W ślad za kolumbijskimi reformami nastąpi też poprawa koniunktury tego kraju i wzrost swobód obywatelskich. To z pewnością nie umknie oczom Wenezuelczyków.

Na horyzoncie problemy

Pozycja Chaveza nie jest jednak tak silna jakby się to mogło wydawać. Konflikt z Kolumbią to nie tylko zabieg wizerunkowy, ale także próba znalezienia zajęcia dla armii, która odsunęła prezydenta od władzy w 2002 roku. Lud, który pozwolił mu wyjść obronną ręką z puczu jest zmienny i krępuje gospodarcze posunięcia Chaveza żądaniem chleba i igrzysk. Choć w kraju spada bezrobocie i wzrasta płaca minimalna to jednak sukcesy te zależą w znacznej części od cen ropy naftowej na świecie i jej eksportu (50% wpływu do budżetu Wenezueli). Autokratyczny styl sprawowania władzy przez Hugo, umocniony zmianami konstytucji skłania prezydenta do poszukiwania egzotycznych sojuszy politycznych (Białoruś, Iran), które w godzinie próby mogą okazać się iluzoryczne. Proces centralizacji władzy pokazuje, że w kraju nadal istnieje silna opozycja, która obok wojska może stanowić czynnik destabilizujący prezydenta (sprawa prywatnej telewizji Globovision, przegrane referendum dotyczące zmian w konstytucji w 2007 roku).

Hugo, który ubóstwia Simona Bolivara napotyka na problemy natury politycznej także w najbliższym sąsiedztwie, głównie poprzez ideę Wielkiej Kolumbii. Ten federacyjny twór istniejący w XIX wieku przeczy konfrontacyjnej polityce prowadzonej z Bogotą i wskazuje paradoksalnie na wspólne korzenie obu państw. Chavez stara się jednak podkreślać militarystyczną część historii Bolivara i akcentuje przodującą rolę Wenezueli w regionie (to tu urodził się wielki bohater).

Przyszłość rysuje się jednak dla Chaveza niepewnie. Jego silna pozycja jest iluzoryczna, bo polityczny synkretyzm zawsze będzie piętrzył przed nim problemy. Pozycja Kolumbii może z czasem wzrastać a w końcu przy wsparciu USA stać się zbyt silna, by znosić militarne „pohukiwania” Wenezueli. Świat szuka dywersyfikacji źródeł energii i ograniczenia uzależnień jakie wynikają z użycia ropy naftowej a to przecież fundament gospodarki Wenezueli. Również zbyt długie rządy Hugo, które umożliwiła zmiana konstytucji mogą z czasem osłabiać jego pozycję i doprowadzić do puczu. Latynosi są przecież bardzo podatni na zabarwione autorytaryzmem formy rządów, które po jednej, dwóch dekadach zawsze przeradzają się w demokrację. Czy Hugo podzieli ich los?