Bliskowschodnie rozmowy pokojowe – krok do przodu czy PRowa zagrywka?

Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oraz prezydnet USA, Barack Obama, podczas spotkania w Białym Domu (Zdjęcie: ivarfjeld.wordpress.com)
Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oraz prezydnet USA, Barack Obama, podczas spotkania w Białym Domu (Zdjęcie: ivarfjeld.wordpress.com)

Od początku września wznowione zostaną bezpośrednie rozmowy pomiędzy Izraelczykami, a Palestyńczykami. Poza Amerykanami oraz tzw. Kwartetem Bliskowschodnim, w osiągnięciu pokoju pomóc mają król Jordanii oraz prezydent Egiptu, Hosni Mubarak. Z izraelskiej strony, premier Netanjahu, a z palestyńskiej, Mahmud Abbas, pozytywnie odnieśli się do propozycji rozmów, które mają doprowadzić do powstania niepodległej Palestyny.

PRowo zwycięzcą na dziś są Barack Obama i Hillary Clinton, którzy włożyli dużo energii w namowy do wznowienia rozmów pokojowych. Trzeba uczciwie przyznać, iż obecna administracja amerykańska, mające poważne problemy wewnętrzne, robi dużo więcej niż poprzednia, aby rozwiązać ten kilkudziesięcioletni konflikt. Mówienie jednak o sukcesie, w momencie gdy do zawarcia pokoju jest równie daleko, jak wcześniej, byłoby naginaniem rzeczywistości – Obama go osiągnie dopiero, gdy obie strony podpiszą układ pokojowy. Na razie nie ma się czym ekscytować, bo to tylko słowa.

Problem z osiedlami
Negocjacje mają rozpocząć się bez warunków wstępnych, czyli w formule, jaką proponowali wcześniej Izraelczycy. Oznacza to, iż Palestyńczycy ulegli naciskom ze strony Stanów Zjednoczonych i zrezygnowali ze swojego sztandarowego żądania – złożenia przez Izrael deklaracji, że nie będzie tworzył nowych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, w tym we wschodniej Jerozolimie. Obecne moratorium na rozbudowę osiedli kończy się pod koniec września, Izraelczycy nie chcą się zobowiązać do jego przedłużenia, a w dodatku nie dotyczy ono właśnie osiedli we wschodniej Jerozolimie i okolicach. Jednocześnie palestyńska strona deklaruje, ze jeżeli po upływie moratorium, Izrael ponownie zacznie budować nowe osiedla, Palestyńczycy zerwą rozmowy.

Jeszcze nie wznowiono rozmów, a sytuacja już jest na ostrzu noża. Możliwości są dwie – albo amerykańska dyplomacja jest na tyle naiwna i nie potrafi wyciągać wniosków z historii tego konfliktu, iż nie przewiduje uderzenia o tę górę, albo istnieje cicha umowa, że Izrael nie będzie robił takich kroków, a jedynie pozostawi sobie oficjalnie taką furtkę. Nie ulega wątpliwości, że jest to podstawowy problem dla samego odbycia rozmów pokojowych, więc bez jego rozwiązania, nie ma mowy o skutecznym dialogu. Należy pamiętać, ze Mahmud Abbas zgodził się na rozmowy bez warunków wstępnych, które nie gwarantują palestyńskich interesów i dalsze jego upokarzanie byłoby fatalne w skutkach.

Sceptycy czy realiści?
Premier Netanjahu zapowiada, że zadziwi wszystkich sceptyków. Historia rozmów uczy jednak, że to, co lider Likudu nazywa sceptycyzmem, jest najzwyklejszym realizmem.

Nie rozwiązano przecież problemu rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, a także obecności tam izraelskich osadników. Około 280 tysięcy Izraelczyków żyje w 121 legalnych osiedlach na Zachodnim Brzegu Jordanu (dane: BBC)‏, kolejne 190 tysięcy Izraelczyków żyje w osiedlach we wschodniej Jerozolimie (dane: UE)‏, a ponadto istnieje ponad 100 „dzikich” osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu (dane: BBC)‏. Bez rozstrzygnięcia tego problemu rozmowy nie pójdą naprzód, a obie strony mają małe pole manewru – rządząca koalicja nie może zostawić osadników, bo to naturalny elektorat nie tylko Likudu, ale przede wszystkim religijnej partii Szas oraz Naszego Domu Izrael, które są uczestnikami rządzącej koalicji. Rządowi partnerzy Netanjahu wcale nie potrzebują pokoju, bo nie na nim zbijają polityczny kapitał. Analogicznie jak Hamas.

Oczywiście, przyznać trzeba, że to właśnie prawicowi politycy, Menachim Begin (pokój z Egiptem) oraz Ariel Szaron (jednostronne wycofanie się Izraelczyków ze Strefy Gazy) potrafili przejść od słów do czynów, ale w obecnej konfiguracji politycznej będzie to niezwykle trudne. Życie podpowiada jedno rozwiązanie, które mogłoby uwiarygodnić Netanjahu – zerwanie koalicji z partią Szas i Nasz Dom Izrael oraz zawarcie jej z Kadimą, przy jednoczesnym utrzymaniu w rządzie Partii Pracy.

Zawracie pokoju wymaga bolesnych kompromistów zarówno od Palestyńczyków, jak i Izraelczyków. Palestyńczycy muszą się pogodzić z faktem, że nie otrzymają całego Zachodniego Brzegu Jordanu, a Izraelczycy z sytuacją, że nie będzie tam kilkuset tysięcy osadników. To elementarz.

Nie słychać też o możliwościach rozwiązania innych problemów, takich jak status Jerozolimy – kompromis, na dzień dzisiejszy, byłby bolesny politycznie dla obu stron. To samo tyczy się innych aspektów, takich jak połączenie Strefy Gazy z Zachodnim Brzegiem Jordanu, którego braku nie wyobrażają sobie Palestyńczycy, a który byłby ograniczeniem suwerenności Izraela (np. autostrada eksterytorialna). Co z wodą na Zachodnim Brzegu Jordanu? Izraelczycy, cierpiący na jej brak, po prostu ją odpuszczą? I jak rozwiązać kolejny „drobiazg” – Hamas w Strefie Gazy? Przecież hamasowcy nie zaakceptują porozumienia i nazwą go zdradą, a negocjujących Palestyńczyków – „syjonistycznymi pachołkami”. A co z prawem do powrotu, którego domagają się Palestyńczycy, a który byłby bombą, która wykończyłaby Izrael i właśnie dlatego nie będzie zgody na ten postulat? Jeśli odszkodowania, to jak wysokie?

To wszystko? Niestety nie. Pozostaje jeszcze kwestia neutralizacji Palestyny, bo potencjalni terroryści mogliby bez problemu ostrzeliwać z nowego państwa cały Izrael, a z drugiej strony, trudno wyobrazić sobie zgodę Palestyńczyków na to, by w ich nowym kraju nie było broni ciężkiej. Wątpliwe też, by Izraelczycy nie chcieli wpływać na system polityczny nowego państwa – woleliby coś w rodzaju oświeconej dyktatury niż demokracji, w której szybko popularność mogłyby zdobyć skrajne ugrupowania.

Przy determinacji stron, powyżej przedstawione problemy są do przeskoczenia, przede wszystkim jednak wymagają niesamowitego politycznego poświęcenia, na które politycy – z jednej i drugiej strony – mogą nie być gotowi. Tylko sprawiedliwe porozumienie doprowadzi do pokoju i jeżeli uda się je zawrzeć – mieszkańcy Izraela i Palestyny będą mieli wątpliwości, czy drugiej stronie nie oddano za dużo. Przy części problemów negocjujące strony cechuje niemal zerowa manewrowość. Sceptycyzm jest zwyczajnym realizmem, a – jak powszechnie wiadomo – lepiej się mile zaskoczyć niż nieprzyjemnie rozczarować.

PRowa zagrywka?
Być może odbywają się jakieś tajne rozmowy, a think tanki wymyśliły rozwiązania do problemów, które nakreśliłem powyżej, ale brakuje na ten temat informacji. Wznowienie rozmów można porównać do tego dowcipu o ślepym koniu, który pytany o swój udział w następnych zawodach odpowiada, że nie widzi przeszkód. Podobnie Abbas i Netanjahu, nie widzą przeszkód, by negocjatorzy się spotykali. Plus z tego taki, że zmniejszy się międzynarodowa krytyka, a i George Mitchell, wysłannik Obamy na Bliski Wschód, da im trochę spokoju. Tymczasem nie ma żadnej gwarancji, że te rozmowy przyniosą efekty, a strony konfliktu nie cierpią na nadmiar determinacji.

Ciekawa jest teza postawiona przez „Financial Timesa”, który twierdzi, ze te rozmowy to polityczna farsa, potrzebna Demokratom ze względu na zbliżające się wybory, a cała operacja zakończy się fiaskiem, bo obie strony nie są w stanie lub nie chcą osiągnąć porozumienia. Rzeczywiście, informacje, jakie posiadamy, raczej nie skłaniają do przesadnego optymizmu, jednak przyszłoroczna porażka rozmów również sprowadziłaby na administrację amerykańską krytykę, a więc na jedno wyjdzie.

Postęp jest tylko techniczny i polega na tym, że dojdzie do bezpośrednich rozmów. Merytorycznie, konflikt znajduje się w tym samym miejscu. Obama stoi przed wyzwaniem doprowadzenia do sukcesu rozmów i ma na to rok czasu. Gdyby to mu się udało, być może dostałby następną nagrodę Nobla – tym razem zasłużenie.