American Dream w Afryce

W Rwandzie odbyły się w poniedziałek drugie od ludobójstwa w 1994 r. wybory prezydenckie, w których przytłaczającą większością głosów zwyciężył obecny prezydent Paul Kagame.

Paul Kagame i George W. Bush; źródło zdjęcia: wikipedia

Choć dopiero dziś Centralna Komisja Wyborcza ogłosiła zwycięstwo Kagame, przygotowania do jego ponownego zaprzysiężenia rozpoczęły się już kilka tygodni temu. Nikogo w Rwandzie nie zdziwiła ani nieprzeciętnie wysoka frekwencja, ani wynik 93 proc. poparcia. Usta tych, którzy kwestionowali wynik zamknęły pozytywne opinie prawie półtora tysiąca niezależnych obserwatorów. Dziwić może się jedynie reszta świata, która nie bez przyczyny pamięta Rwandę jako kraj dogłębnie skonfliktowany.

Naród wybrany

Konflikt to przeszłość, mówi Kagame i nakreśla nową wizję przyszłości swojego narodu. Bo dziś Rwanda to afrykański odpowiednik American dream, snu o lepszym jutro, który stopniowo się spełnia. W ciągu 16-sto letniej kadencji Kagame (najpierw jako wiceprezydenta, potem prezydenta) dochód narodowy Rwandy zwiększył się dwukrotnie, ludzie uzyskali dostęp do żywności, wody pitnej i edukacji. Kobiety stanowią niemal połowę deputowanych w parlamencie, a wskaźniki korupcji systematycznie spadają (według Transparency International republika Rwandy jest dziś najmniej skorumpowanym państwem na kontynencie). To już nie Afryka dzika, bo zgodnie z rządowym planem, w przeciągu kilku lat każdy uczeń będzie miał swojego laptopa.

Co sprawia, że Rwanda, kraj, który zaledwie kilkanaście lat temu przeszedł przez jedno z najbardziej brutalnych ludobójstw w historii, może być dziś wzorem do naśladowania dla innych państw w Afryce? Kagame, który pochodzi z prześladowanego niegdyś plemienia Tutsi, zna odpowiedź. – Jest w nas siła by razem ulepszać ten kraj! – entuzjastycznie mówi do tłumnie zgromadzonych wyborców, a dziennikarzom tłumaczy, że całe społeczeństwo Rwandy ma wspólny cel – odbudowę kraju. Ci, którzy przeżyli wydarzenia roku 1994, doświadczyli najgorszego i teraz mogą już tylko odbić się od dna. W dłuższej perspektywie Kagame chce uczynić Rwandę afrykańskim Singapurem, regionalnym centrum technologicznym i usługowym, wzorem do naśladowania dla innych krajów na kontynencie.

Nic za darmo

I choć istnieje szansa na powodzenie tego odważnego planu, to niepodobnym byłoby zignorować kosztorys realizacji Rwandan dream. Ludzie uwielbiają Kagame, ale dobrze słyszalne są głosy opozycji, która oskarża go o autokratyczne rządy, stosowanie represji politycznych, łamanie praw człowieka oraz nieprawidłowe przeprowadzanie wyborów. Faktem jest, że Kagame rządzi Rwandą niepodzielnie. Koalicja trzech wiodących partii zajmuje w jednoizbowym parlamencie 78 procent miejsc, i śladem drugiej osoby w państwie, premiera Bernarda Makuzy, z zasady przychyla się do stanowiska Kagame. Sam Makuza jest politykiem bezpartyjnym, bo partia z ramienia której ubiegał się o urząd, została oskarżona o promowanie idei ludobójstwa i zdelegalizowana.

Trudno takiemu układowi sił cokolwiek zarzucić, tym bardziej, że ma pełne błogosławieństwo społeczeństwa. Ale obrońcy praw człowieka określają niedawne wybory prezydenckie jako farsę, i zastrzegają, że to nader eufemistyczne określenie. Trzej rywale Kagame są ściśle związani z jego środowiskiem politycznym, a ich udział w wyborach był jedynie niezbędną formalnością. Prawdziwi kontrkandydaci mogli pochodzić jedynie z opozycji, a ta w większości dawno opuściła już kraj, niekoniecznie na własne życzenie. Victoire Ingabire, liderka opozycyjnej partii Zjednoczonych Sił Demokratycznych, nie zdołała zarejestrować swojej kandydatury do prezydentury bo postawiono jej oskarżenie zaprzeczania ludobójstwu z 1994 r. i w oczekiwaniu na wyrok sądu jest w areszcie domowym.

W trakcie kampanii wyborczej ok. 30 stacji radiowych, lokalnych gazet i stacji telewizyjnych zostało zamkniętych z powodu nie spełniania „standardowych wymogów”. Nic więc dziwnego, że media, które zdołały przetrwać, uparcie milczą na temat powiązań Prezydenta ze sprawą zamachu na życie byłego generała Armii, a także śmierci dziennikarza, który zaangażował się w śledztwo. Media zależne od władzy państwowej odegrały w historii kluczową rolę, kiedy w 1994 r. podporządkowane rządowi stacje radiowe zachęcały do przemocy wobec plemienia Tutsi, co zaowocowało śmiercią 800 tysięcy ludzi. Porównanie dzisiejszej roli mediów w Rwandzie do tej sprzed 16 lat jest okrutne, ale uzasadnione, bo trudno uwierzyć w całkowite pojednanie zwaśnionego społeczeństwa, w którym obok siebie żyją oprawcy i ich ofiary.

Pan i władca

Porównanie Rwandy do Singapuru nie jest bezpodstawne, nawet jeśli przyjąć, że marzenie o technologicznej potędze to tylko czcze mrzonki. Kluczem do sukcesu Azjatyckich tygrysów były silne rządy niemal w pełni popierane przez naród, co w niektórych przypadkach zakrawało na autorytaryzm. Kagame udowodnił, że potrafi zachować w kraju ład i harmonię, jest przecież prezydentem wszystkich, nie tylko Tutsi czy Hutu, a to niewątpliwa zasługa. Sęk w tym, że żaden z singapurskich prezydentów nie był nigdy oskarżony ani o eliminowanie opozycji, ani współudział w morderstwie.

Aleksandra Konopka