Wybory w Chile – koniec strachu przed Pinochetem?

Cały świat, a zwłaszcza Ameryka Południowa, spoglądał z zainteresowaniem na ostatnie wyniki wyborów prezydenckich w Chile, kiedy do władzy, z poparciem ponad 51 proc., doszedł pierwszy od ponad dwudziestu lat kandydat prawicy, Sebastian Pinera. Nie dziwi fakt, iż stało się tak wbrew dominującym obecnie trendom lewicowym, jakie można zaobserwować od początku XXI wieku w państwach Ameryki Łacińskiej. Ciężko jednak nie dojść do wniosku, że jest to fenomen w kraju, gdzie przez siedemnaście lat żelazną ręką rządził prawicowy dyktator, Augusto Pinochet. Dyktator znienawidzony przez ludność nie tylko za prześladowania polityczne, nieprzestrzeganie praw człowieka i swobód obywatelskich, ale także za twardy neoliberalny kurs, jaki obrał w polityce gospodarczej. Człowiek, który doszedł do władzy w wyniku krwawego zamachu stanu, jakiego dokonał z pomocą wojska i sił międzynarodowych, obalając i doprowadzając do śmierci uwielbianego przez naród Salvadora Allende, do dziś uważanego za bohatera narodowego.

Druga strona chilijskiego cudu gospodarczego


Sebastian Pinera w triumfalnym geście; źródło: nydailynews.com

Faktem jest, że reformy Pinocheta uzdrowiły chilijską gospodarkę i doprowadziły nawet do tak zwanego „chilijskiego cudu gospodarczego”. Prawdą jest również to, że wśród społeczeństwa nigdy nie cieszyły się one poparciem, ani nawet zrozumieniem. Po wdrożeniu reform pod wodzą amerykańskich ekonomistów, Chicago Boys, skupionych wokół Miltona Friedmana, wzrost gospodarczy w latach siedemdziesiątych oscylował wokół 7 proc. rocznie, a dochód brutto wzrósł z 7 do 35 proc. Niestety inne statystyki pokazują drugą, brutalną stronę neoliberalnych przekształceń, wedle których bezrobocie z poziomu około 4 proc. wzrosło do 33 proc. Dodatkowo, w czasie kryzysu w latach osiemdziesiątych, kiedy pękła bańka kredytowa, w skrajne ubóstwo popadła jedna trzecia mieszkańców Chile.

Co zaszło w obrębie społeczeństwa, że na najważniejszy urząd w państwie wybrano prawicowego miliardera, prywatnie brata jednego z prominentnych działaczy rządu Pinocheta? A jednak, prawica powróciła do władzy po latach skazania na polityczną izolację, gdy krajem rządzili nieprzerwanie kandydaci koalicji Concertacion, najpierw chadecy, a następnie socjaliści. Kandydat prawej strony, w którą od upadku reżimu przez dwadzieścia lat bało zwrócić się chilijskie społeczeństwo, okazał się dla ludzi lepszą alternatywą niż jego przeciwnicy. Głównym kontrkandydatem Pinery był piastujący w latach 1994-2000 urząd prezydenta Eduardo Frei, którego ojciec – w przeszłości również prezydent i działacz opozycji demokratycznej – został zamordowany w wyniku spisku politycznego. Szanse miał też socjalista Marco Enríquez–Ominami, również syn działacza opozycyjnej podziemnej partyzantki, zamordowanego przez tajną policję Pinocheta – DINA.

Sebastian Pinera, zdaniem większości komentatorów, niewiele ma wspólnego z niedemokratycznym obliczem, jakie nieodmiennie od czasów dyktatury przybierała w oczach wyborców prawica. To dynamiczny, wykształcony na Zachodzie biznesmen, działacz umiarkowanej, odcinającej się zresztą od dziedzictwa Pinocheta, Odnowy Narodowej. Jednak, co podkreślają przeciwnicy, chilijska prawica nigdy tak naprawdę nie uwolni się od niechlubnego spadku, jaki zapisał przyszłym pokoleniom generał. I rzeczywiście, pomimo odcinania się od starej prawicy, Pinera doszedł do władzy za poparciem koalicji składającej się i z Odnowy Narodowej i z zatwardziałej postpinochetowskiej Unii Demokratycznej Prawicy. Dodatkowo, tuż przed wyborami wyszło na jaw, że spotykał się potajemnie z byłymi wojskowymi, którym obiecał zahamowanie rozpoczętych za prezydentury Eduardo Frei’a śledztw przeciwko zbrodniom z okresu dyktatury.

Koniec entuzjazmu wobec demokratów

Nasuwa się pytanie, gdzie podziało się ogromne poparcie, jakim od tylu lat cieszyli się chadecy, a potem socjaldemokraci. Poparcie, które najlepiej uosabiała Michelle Bachelet, kiedy po jej zwycięstwie w wyborach prezydenckich w 2006 r. tłumy wyległy świętować na ulice. A przecież w czasie trwania jej kadencji nie dochodziło do żadnych kryzysów, czy też sytuacji, które zmuszałyby rządzących do podejmowania niepopularnych decyzji. Wręcz przeciwnie, Bachelet, jak i jej poprzednicy, rozpoczęła cykl wielu politycznych ruchów, które przyczyniły się do umocnienia chilijskiej demokracji. Z konstytucji wykreślono niedemokratyczne zapisy, a na straży konstytucji przestało stać wojsko. Rozpoczęto rozliczenia z pinochetowskimi zbrodniarzami, pozbyto się dożywotnich, mianowanych jeszcze przez generała senatorów, przyznano odszkodowania ofiarom reżimu, zalegalizowano rozwody.

Również wzrost gospodarczy utrzymywał się co roku na poziomie kilkuprocentowego wzrostu. Nie podejmowano także żadnych rewolucyjnych działań. Być może właśnie ten fakt, utrzymanie za wszelką cenę „status quo”, zniechęciło w końcu wyborców do rządów Concertacion. Chile jest bowiem jednym z najdynamiczniej rozwijających się pod względem gospodarczym państw w Ameryce Południowej, posiadającym jedno z najniższych zadłużeń zagranicznych i jedno z najwyższych PKB w tym rejonie świata. Jednak, jest to również kraj, gdzie wskaźnik Giniego – mierzący poziom nierówności społecznych między ludźmi – jest jednym z najwyższych na świecie. W rękach prywatnych pozostają wszelkie dobra publiczne jak służba zdrowia i edukacja, a także woda, gaz i energia elektryczna. Wiadomo również, że do pozytywnego wizerunku Chile na świecie przyczynia się wielka otwartość kraju na inwestycje zagraniczne. Związane jest to z zachowanym jeszcze z czasów dyktatury ustawodawstwem, praktycznie zwalniającym firmy z płacenia podatków. Te zajmujące się wydobyciem miedzi opłacają co najwyżej trzyprocentową stawkę za prawo eksploatacji górniczej. Podobna sytuacja dotyczy przemysłu leśnego, a także rybnego, zmonopolizowanego przez kilka dużych przedsiębiorstw. Fundusze emerytalne, za których reformę odpowiedzialny był brat obecnego prezydenta, José Pinera, w żadnym stopniu nie zostały rozwinięte. Niestety znacznie na tym tracą przechodzący obecnie na emeryturę. Wedle przewidywań, duża część społeczeństwa i tak nie osiągnie prawa do emerytury minimalnej, z powodu trudności w systematycznym płaceniu składek, gdyż przeciętny Chilijczyk zmienia pracę kilka razy w roku. Dodatkowo, ci którzy pozostali w systemie repartycyjnym, a są to głównie uprzywilejowane przez Pinocheta służby mundurowe, pobierają nawet trzykrotnie wyższe emerytury, niż będą wynosić te pobierane z funduszy prywatnych. Nie sposób nie zauważyć, że przyczyniają się do tego w znacznym stopniu zarządy, które pobierają od swoich klientów najwyższe na świecie prowizje kształtujące się nawet na poziomie 20 proc. ich oszczędności.

Jak się okazuje, dwudziestoletnie rządy koalicji prawdopodobnie nie były łagodzącym lekiem na trapiące zwykłych ludzi bolączki. Nie ma wątpliwości co do tego, że w kraju rozmontowany został w końcu brutalny, niedemokratyczny reżim, ale zmiany jakie zaszły w sferze gospodarczej były wyłącznie kosmetyczne. Być może ciągłe utrzymywanie bardzo liberalnego kursu było przyczyną ostatecznego zniechęcenia wyborców lewicy, bądź co bądź, wyjątkowo w tym decydującym momencie podzielonej. Warto podkreślić, że koalicja postanowiła wystawić w wyborach 67 – letniego chadeka Frei’a, pomimo sprzeciwu młodej, bardziej radykalnej i nastawionej na zmiany części jej działaczy. Doszło do politycznych nieporozumień, a młody socjalista Ominami wystartował w rezultacie jako kandydat niezależny, w drugiej turze popierając, ale z wielkim niesmakiem, kandydata Concertacion.

Demokratyczna dojrzałość czy społeczny marazm?

Wielu komentatorów podkreśla przełomowy charakter marcowych wyborów, jako moment, w którym społeczeństwo chilijskie dało wyraz swojej dojrzałości demokratycznej, odrzucając raz na zawsze wlokące się za nim od lat widmo Pinocheta. Może być i tak, że społeczeństwo chilijskie zniechęcone brakiem wyraźnych zmian i zmęczone politycznymi perturbacjami w łonie samej elity, tym razem po prostu odmówiło poparcia tym, którym udzielało go przez dwadzieścia ostatnich lat. Najlepiej ukazuje to 40–procentowa frekwencja wyborcza w kraju, gdzie obowiązuje przymus wyborczy.

Być może uzasadnione okażą się także te pozytywne reakcje publicystów na wybór Pinery. W ostatnim czasie głośno mówiło się o słowach prezydenta potępiających reżim Pinocheta, po tym jak w obronie dyktatora tradycyjnie stanął jego brat – Jose. Być może balast przeszłości, jaki pozostawił po sobie generał nie będzie dla prawicy już tak ciężki do zrzucenia, jak to się zawsze wydawało.