Ofensywa neokonserwatystów

Po drugiej stronie Oceanu nie opadł jeszcze kurz, jaki powstał po medialnej burzy w związku ze złożami minerałów, które spoczywają pod ziemią w Afganistanie. Ich wartość szacuje się na trylion dolarów, a najcenniejszą zdobyczą zdaje się być lit. Informacje o bogactwie afgańskich złóż nie są jednak żadną nowością. Powstały w oparciu o wieloletnie badania sowieckich naukowców, z czasów gdy ZSRR prowadziło z Afganistanem wojnę. Raport na temat tych złóż opublikował także Bank Światowy jeszcze w 2004 roku. Na fali tych doniesień kolejne punkty zbiera głównodowodzący wojsk amerykańskich w Afganistanie David Petraeus. A gdyby wygrał kolejne wybory? Jest to możliwe.

Zły czas Obamy

Sygnał jaki wysyła Petraeus do Amerykanów brzmi mniej więcej tak: „Wspierajcie mnie, w przeciwnym razie ten cienias Obama ucieknie z Afganistanu, a łapę na złożach położą Chińczycy”. Trochę racji w tym jest, chiński rząd już zaciera ręce. W marcu tego roku ChRL przejęła kopalnię miedzi w Afganistanie. Nie bez powodu media przywołały afgańskie złoża na rok przed zapowiedzianym wycofaniem amerykańskich wojsk z tego kraju. Celem jest mobilizacja elity finansowej Wall Street, lobby przemysłowego i innych podmiotów, którym zależy na przedłużeniu okupacji Afganistanu. W myśli neokonserwatywnej ostateczne opuszczenie Afganistanu daleko wykracza poza rok 2011. Afganistan stanowi nieoficjalną arenę walki o wpływy pomiędzy mocarstwami. Ilekroć wskazówka nastrojów administracji Karzaja przechyla się na stronę chińską, Obama leci do Kabulu albo zaprasza prezydenta Afganistanu do Waszyngtonu.

Prezydent Obama zmaga się z licznymi problemami, tak w kraju jak i za granicą. Płaci też cenę za swój wizerunek, za bezideologiczny produkt PR jakim się okazał. Więcej jest Amerykanów przeciwnych jego rządom, niż tych, którzy go wspierają. Tymczasem Petraeus cieszy się poparciem rzędu 56 proc. Inny generał, z którym porównań głównodowodzący amerykańskich wojsk w Afganistanie pewnie nigdy nie uniknie, miał w pierwszych czterech latach swej kadencji poparcie na średnim poziomie 70 proc. Nie do Dwighta Eisenhowera porównuje się jednak Petraeusa, lecz do feldmarszałka Hindenburga, ale o tym później.

David Petraues jest pupilem neokonserwatystów. Nie dlatego, że odznacza się wyjątkowo konserwatywną myślą, ale dlatego, że łatwo nim sterować. Neokonserwatyści chcą mieć w Białym Domu marionetkę i jedyne co się liczy, to aby była popularna. Jedną kukiełkę już mieli w tym stuleciu. Najwidoczniej nie wzbogacili się wystarczająco na jej rządach i dwóch wojnach, które po ich myśli wywołała. Najbardziej wpływowi publicyści prawicy: Charles Krauthammer, Robert Kagan i Bill Kristol, dbają o to, aby nadać Petraeusowi odpowiedniego wizerunku. Biorąc pod uwagę malejące poparcie dla Obamy, Petraeus pojawił się na scenie w odpowiednim momencie.

Przez armię na szczyt

Kariera wojskowa Petraeusa nie powinna być przeszkodą do sięgnięcia po najwyższy urząd w państwie. Wobec panujących obecnie nastrojów antypolitycznych w Stanach Zjednoczonych, może mu nawet pomóc. Ludzie czują się zawiedzeni politykami. Być może zawierzą komuś spoza politycznej elity zawodowych kłamców. Szczegolnie, że po stronie Petraeusa jest kilka atutów. Z odgrzebanymi przez media złożami minerałów w Afganistanie na czele. Republikanie nie chcą prowadzić wojny kulturowej z Demokratami. Zbyt wiele ich kosztowała w ostatnich wyborach. Skupiają się na pieniądzach i straszeniu Chinami.

Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie fanatyków, polityków o skrajnych poglądach. Dlatego w kontekście walki o władze nie mówi się już praktycznie o McCainie. Interesem neokonserwatystów są afgańskie minerały warte trylion dolarów. Po co mieliby wobec tego wystawiać kandydata o wyraźnie nakreślonych poglądach społecznych, których nie akceptuje połowa obywateli? Sarah Palin także jest poza grą. Mówi się o niej, że jest „imbecylem”, a kto chciałby mieć taką prezydent? Zresztą imbecyla w Białym Domu też już mieli. Potrzebny jest Petraeus, który będzie cicho siedział w prezydenckim fotelu i wypełniał dyrektywy neokonów. Teoretycznie stanowi on mniejsze zagrożenie dla Demokratów, nie planuje bowiem forsować przełomowych ustaw socjalnych, zmniejszających wolność obywateli. Faktycznie jednak, stanowi zagrożenie o wiele większe.

Niebezpieczeństwo kryje się w ideologicznej bazie neokonserwatystów. To oni stali za inwazją na Irak. Medialne donosy o afgańskich złożach noszą ich odciski palców. Republikanie mogą stanowić pożądaną alternatywę dla wszystkich tęskniących za potężną Ameryką i jednobiegunowym światem. Złudnie jednak liczyć, że zmieniły się interesy konserwatystów. Ich filozofia pozostaje niezmieniona: korporacjonizm, obsesyjna żądza pieniądza i surowców (nawet jeśli kosztem suwerennych państw), militaryzm, unilateralizm, egoizm międzynarodowy oraz imperializm w najczystszej – rzymskiej wręcz – postaci.

Hindenburg w Białym Domu

Wojsko bywało w przeszłości drogą do prezydenckiego fotela w Stanach Zjednoczonych. Washington, Jackson, Harrison, Taylor, Grant, Garfield, Theodore Roosevelt i Eisenhower – wszyscy zaczynali karierę w armii. Liberałowie za Oceanem nie widzą jednak żadnych podobieństw między byłymi prezydentami Ameryki a Davidem Petraeusem. Uparcie porównują go do Hindenburga: feldmarszałek był przede wszystkim wojskowym, a nie politykiem. Był stworzony do posłuszeństwa i wykonywania rozkazów. Oznaczało to, że jego rządy w Republice Weimarskiej cechowały się antyparlamentaryzmem i antydemokratyzmem. W rezultacie w kraju panował chaos, ciągły stan nadzwyczajny i co chwilę zmieniający się kanclerze. Ostatecznie do władzy doszedł Adolf Hitler. Analogiczny scenariusz przewidują Demokraci w Stanach Zjednoczonych, jeśli do władzy dojdzie Petraeus. Nie mówią jedynie, kto będzie amerykańskim Hitlerem.

Michał Gąsior