Imigranci – amerykańska kość niezgody

W Stanach Zjednoczonych od kilku miesięcy toczy się ożywiona debata publiczna na temat nielegalnych imigrantów. Pod koniec kwietnia republikańska gubernator Arizony podpisała ustawę, w świetle której nielegalni imigranci traktowani są jak przestępcy: za niezgodny z prawem pobyt na terenie stanu grozi do pół roku pozbawienia wolności, wysoka grzywna i ekstradycja. Sankcje obejmują również osoby pomagające nielegalnym imigrantom. Nowe prawo Arizony jest w takim samym stopniu krytykowane, co popierane. Głos w tej sprawie zabrali amerykańscy obywatele. Ich zdanie przecięło Amerykę na pół.

Nielegalni imigranci przedostający się przez granicę; źródło: scrapetv.com

Dwie połówki Ameryki

Najnowsze badania Instytutu Gallupa wykazały głęboki i stary jak same Stany Zjednoczone podział wśród Amerykanów na konserwatystów i liberałów. Połowa badanych jest zdania, że priorytetem rządu powinno być powstrzymanie napływu nielegalnych imigrantów do kraju. Druga połowa uważa, że najważniejsze jest wypracowanie spójnego planu wobec milionów nielegalnych przybyszów, którzy przebywają na terenie Stanów Zjednoczonych. Amerykanie zgodni są w jednej kwestii: nielegalni imigranci zbyt wiele kosztują podatników. Wiarę w to, że takie osoby z czasem staną się pełnowartościowymi obywatelami, płacącymi podatki zamiast wyzyskiwać skarb państwa, podziela zaledwie co trzeci Amerykanin.

Zdaniem opinii publicznej problem imigracji jest ważniejszy niż biurokracja rządu federalnego, troska o środowisko naturalne, globalne ocieplenie, korporacjonizm czy dyskryminacja na tle rasowym. Rządowi ustawodawcy mają przed sobą ciężki orzech do zgryzienia; w przyszłej ustawie będą musieli uwzględnić stanowiska obydwu frontów: zarówno tego, który chce szczelnego zamknięcia granic przed nowymi przybyszami, jak i tego, który widzi choćby cień szansy w uregulowaniu prawnym kwestii nielegalnych imigrantów, aktualnie przebywających na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jakiekolwiek decyzje w tej sprawie, nadto faworyzujące jednych bądź drugich, przyczynić się mogą do gwałtownych reakcji społeczeństwa.

Namiastkę tego, co może się niebawem wydarzyć za Oceanem – w przypadku uchwalenia odgórnego nakazu traktowania nielegalnych przybyszów w sposób naruszający liberalną poprawność – można było obserwować w Ameryce pod koniec kwietnia (pisałem o tym tutaj). Po tym jak prezydent Obama uznał, iż treść ustawy godzi w „podstawowe poczucie sprawiedliwości właściwe Ameryce”, do ideologicznego boju ruszyli studenci z Arizony. W Phoenix wywieszono transparent z napisem: „Arizona New Nazi State” (Arizona – nowy nazistowski stan), a olbrzymia rzesza rekrutów na stanowe uczelnie wybrała ostatecznie placówki znajdujące się gdzie indziej. Nowe prawo stanowe Arizony szczególnie godzi w Meksykanów, którzy obawiają się profilowania rasowego i szykanowania za śniady kolor skóry. Latynosów – bo to głównie ich dotyczy nowa ustawa jak i cały problem z imigracją – jest w Stanach Zjednoczonych 47 milionów (ponad 15 proc. populacji USA). W ich obronie stanęło kilka stanów, które potępiły ustawodawstwo Arizony i orzekły, że nie chcą mieć z tym okrytym infamią stanem nic wspólnego.

Z drugiej strony pojawiają się głosy zatroskanych o swoje bezpieczeństwo konserwatystów. Mają one silne podstawy, albowiem kartele narkotykowe ustanowiły rzekomo nagrodę 250.000 dol. za każdego zabitego strażnika na granicy amerykańsko-meksykańskiej. Widok odciętej, ludzkiej głowy, nasadzonej na słup, nie należy do rzadkości na południu Ameryki. Problemem, na który zwracają uwagę Republikanie, jest bierność administracji Obamy. Pomimo istnienia federalnych regulacji odnośnie nielegalnych imigrantów, nie są one przestrzegane, a sankcje za ich łamanie egzekwowane są wybiórczo. To niemoc „człowieka bez ideologii” – jak mówią o Obamie konserwatyści – popchnęła władze stanu Arizona do wzięcia spraw w swoje ręce.

Gdzie jest rząd?

Rząd federalny z prezydentem na czele pozostaje bierny i ogranicza się do polemiki na temat potrzeby kompleksowego rozwiązania kwestii nielegalnych imigrantów. Naród jest coraz bardziej sfrustrowany i zaczyna radzić sobie ze strachem poprzez ustawodawstwo lokalne albo rasizm i agresję wobec imigrantów. Z czego wynika ta niemoc administracji? Posługując się znanym truizmem: gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, albo – jak w tym przypadku – o wyborców.

Wielkimi krokami zbliżają się wybory do Kongresu (2 listopada). Demokraci nie mogą pozwolić sobie na jakąkolwiek niepopularną decyzję jeśli chcą zdobyć większość w obydwu izbach. Przypuszczalnie więc prezydent Obama będzie lawirował przez najbliższe miesiące pomiędzy poprawnością polityczną, a potrzebą rozwiązania kwestii imigrantów, odpowiadającą obydwu frakcjom. Żadne konkrety raczej nie padną – chyba, że tak niewyobrażalne do zrealizowania, jak plan amnestii dla wszystkich imigrantów przebywających w Stanach Zjednoczonych i nadanie im amerykańskiego obywatelstwa. Z punktu widzenia gigantycznego długu narodowego nie byłby to zły pomysł – nagły wzrost liczby podatników o kilkadziesiąt milionów mógłby być niebywale stymulujący dla amerykańskiej gospodarki, która zadłużona jest już na ponad 13 bilionów dolarów.

Rodzi się pytanie, czy łatanie budżetu za pomocą czynnika ludzkiego (w szczególności meksykańskiego), nie okaże się koniem trojańskim Ameryki. George Friedman przekonuje, że pogranicze meksykańsko-amerykańskie stanowić będzie jedną z najważniejszych linii uskokowych światowej geopolityki w XXI wieku. Meksykanie nigdy nie zapomnieli o skutkach wojny z lat 1846-1848, w wyniku której utracili ponad połowę swojego terytorium. Rząd federalny Stanów Zjednoczonych musi wziąć do namysłu najczarniejszy scenariusz, wg którego radykalna część kilkunastomilionowej mniejszości meksykańskiej, mogłaby rozbudzić w południowych stanach nastroje niepodległościowe i przeprowadzić rekonkwistę. Widmo secesji, nawet jeśli nielogiczne z punktu widzenia interesu ekonomicznego zainteresowanych, nie może być traktowane z przymrużeniem oka. Nacjolanizm antykolonialny nie musi być racjonalny. Położenie Stanów Zjednoczonych opisuje puenta: „na północy słaba Kanada, na południu słaby Meksyk, na wschodzie ryby i na zachodzie ryby”. Jedynym zagrożeniem dla jedności terytorialnej Ameryki jest ona sama i drzemiące w niej siły rewolucyjne.

W listopadzie okaże się, czy chłodne kalkulacje Demokratów nastawione na zdobycie Kongresu, były dobrą kartą. W przypadku przegrania wyborów do obydwu izb przez Republikanów, partia urzędującego prezydenta nie będzie mogła winić nikogo prócz siebie. Również w listopadzie zostanie wystawiona ocena rządów Baracka Obamy. Wyjdzie na jaw, czy amerykańskie społeczeństwo potrzebuje silnego lidera o zdecydowanych poglądach, czy akceptuje tzw. NoBamę, który ideologicznie zdaje się być człowiekiem bez poglądów i bez energii do forsowania swoich idei w kraju. Kość niezgody jaką są imigranci, może w obliczu bezczynności prezydenta, stanąć urzędującej administracji w gardle.

Michał Gąsior