Amerykańska duma narodowa

Duma narodowa jest czymś tak głęboko zakorzenionym w kulturze Stanów Zjednoczonych, że wymaga nieustannej weryfikacji. Jeśli nie poprzez badanie poparcia społecznego co do poczynań Ameryki na arenie międzynarodowej, to chociaż w postaci patriotycznych sondaży. Z raportu American Enterprise Institute wynika, że Amerykanie w okazywaniu swojej dumy narodowej przypominają despotyczny reżim, z tą tylko różnicą, że robią to z własnej woli.


Amerykańska duma osiągnęła po zimnej wojnie rozmiary kuriozum. Zarezerwowany niegdyś dla imigrantów przybywających do Ameryki w celu zaspokojenia marzeń o lepszym bycie – American dream – jest dziś w równym stopniu pożądany przez obywali USA. Wiara Amerykanów w wyższość ich kultury doprowadziła do masowego eksportu tego, co określa się mianem cywilizacji Zachodu – pop kultury razem z MTV, Mc Donald’sa i wszystkiego co można ująć terminem American way of life.

Poczucie dumy z bycia Amerykaninem osiągnęło swój szczyt po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Stany Zjednoczone przykryły flagi w kolorze białym, czerwonym i niebieskim, na samochodach widniały naklejki z przeróżnymi hasłami, głównie peany na cześć Ameryki i wezwania do zjednoczenia społecznego, ludzie spontanicznie intonowali hymn na ulicach. W tych dniach – jak pisał francuski Le Monde – „wszyscy byli Amerykanami”.

W połowie 2002 roku Gallup Institute pytał obywateli Stanów Zjednoczonych: „jak dumny jesteś z bycia Amerykaninem?”. Respondenci w przytłaczającej większości – 90% – oznajmili, że są bardzo dumni (25%) i ekstremalnie dumni (65% i aż od 10% więcej w porównaniu ze styczniem 2001 roku). Jedynie 1% ankietowanych nie był w ogóle dumny z bycia Amerykaninem. Po ataku na Irak w 2003 roku procent obywateli skrajnie dumnych ze swojego kraju wzrósł do 70%. To liczby nieosiągalne w innych państwach.

Przez następne lata tendencja nieznacznie zawracała, ale co charakterystyczne – ogólny odsetek Amerykanów dumnych ze swojego kraju praktycznie się nie zmieniał; zmieniały się natomiast nastroje i spadała liczba obywateli skrajnie zadowolonych ze swojego państwa przy jednoczesnym wzroście liczby osób bardzo dumnych. Nieznacznie wzrósł także odsetek osób, które w ogóle nie były dumne z bycia Amerykaninem (w porywach wskaźnik ten osiągnął 3%). Diabeł tkwi jednak w szczegółach.

Rok 2008 stał pod znakiem pamiętnej kampanii prezydenckiej Baracka Obamy i związanymi z jego osobą nadziejami. Rok później Amerykanie wystawili mu opinię: odsetek skrajnie dumnych ze swego kraju po raz pierwszy w XXI wieku spadł poniżej 50%. To niewątpliwie wynik odwrócenia biegunów w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych, zwrócenia się w stronę dialogu, zbliżenia z Rosją i osłabienia pozycji Ameryki na „globalnej szachownicy”. To wyraz strachu amerykańskiej prawicy przed utratą dominującej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie (Republikanie zapominają przy tym, że to karkołomna polityka Busha doprowadziła do konieczności przedefiniowania polityki zagranicznej przez jego następcę), przyzwyczajonej do rządzenia, a nie współrządzenia.

Amerykanie stają się coraz bardziej świadomi politycznie i wyraźnie odczuwają osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie. Jedną z przyczyn zwrotu amerykańskiej opinii publicznej proponuje David J. Kramer na łamach „Washington Post”: „Obawialiśmy się, że rząd Obamy będzie prowadzić politykę Rosja na pierwszym miejscu. Jest gorzej – prowadzi politykę Tylko Rosja, zaniedbując a nawet porzucając inne kraje w regionie”.

Wyraża się to również w innej statystyce: zaledwie połowa Amerykanów jest dumna, że ich prezydentem jest Barack Obama, a 39% wstydzi się tego faktu. To tyleż samo smutne, co budujące. Prezydentowi Obamie nie grozi bowiem upadek z dużej wysokości jaki przydarzył się jego poprzednikowi. George’a W. Busha popierało na początku 2002 roku 82% obywateli, a wstydziło się go jedynie 8%. Pod koniec drugiej kadencji statystyki były niemal odwrotne.

Powyższe dane wyrażają osadzone w konkretnym czasie sympatie wobec określonych liderów. Najważniejsza wciąż pozostaje jednak duma narodowa i wcale nie dziwi w tym zestawieniu raport Fox News, według którego aż 80% Amerykanów uważa Stany Zjednoczone za najwspanialszy kraj w historii. Ponadto sondaż przeprowadzony w 2010 roku przez PEW Institute dowodzi, że ponad połowa Amerykanów afiszuje się ze swoim patriotyzmem i narodową tożsamością w postaci flagi (w domu, biurze, na samochodzie). Amerykanie stanowią pod tym względem fenomen porównywalny do junt wojskowych i autokratycznych reżimów skażonych skrajnym nacjonalizmem, a robią to przecież dobrowolnie.

Narodowa duma zobowiązuje. Choć Stany Zjednoczone odczuwają spadek znaczenia międzynarodowego, Amerykanie gotowi są przywdziać kamasze i ruszyć na front w wypadku wojny. Mniej więcej 70% obywateli deklaruje gotowość walki w obronie Stanów Zjednoczonych. Nie oznacza to jednak, że Stany Zjednoczone byłyby w stanie wystawić armię w liczbie 216 milionów, ale miło jest się rozkoszować taką iluzją po drugiej stronie Oceanu.

Bez względu na to, czy wpływ na patriotyczne postawy Amerykanów ma popkultura (bohater komiksów Kapitan Ameryka i inni), propaganda, czy faktyczne poczucie wielkości związane z pozycją Stanów Zjednoczonych i mesjanistycznym mitem narodu, rządowa misja, która dziś żyje już własnym życiem – ma się doskonale. Czy możliwe byłoby przeszczepienie tego wzorca do innych państw, np. do Polski? Raczej nie; amerykańska duma osadzona jest w namacalnych realiach, w weryfikowalnych danych ekonomicznych i militarnych, w znanej i pamiętnej historii oraz we wciąż realnych marzeniach. Nasza z kolei, ociera się wciąż o martyrologiczną historię, wybujałą – ułańską – fantazję albo strach przed sąsiadami. Czyżby więc w Ameryce triumfował geograficzny determinizm Friedricha Ratzela? Z pewnością triumfuje on w Polsce, gdzie los osadził Polaków pomiędzy strefami wpływów Niemiec i Rosji.