W kleszczach terroru

Tysiące mieszkańców Tajlandii zgromadziło się na modlitwy o pokój w różnych miejscach Bangkoku, gdzie od dwóch miesięcy dochodzi do najpoważniejszych aktów przemocy we współczesnej historii kraju

The Hindu, foto AP

W kleszczach terroru

Obok mantr tysiąca mnichów buddyjskich słychać było także modły muzułmańskich imamów, chrześcijańskich księży i kapłanów hinduistycznych. Modlono się w wielu miejscach stolicy Tajlandii, gdzie w ubiegłym tygodniu zginęły dziesiątki osób i spalono kilka budynków.

Mimo iż obecnie zapanował spokój, niebezpieczeństwo wybuchu zamieszek wciąż wisi w powietrzu. Iskrą prowadzącą do kolejnych aktów przemocy może być nakaz aresztowania byłego premiera Tajlandii Thaksina Shinawatry za „terroryzm”. Przebywający na uchodźstwie Thaksin zaprzeczył, by był „mózgiem terrorystów” i sabotował negocjacje między rządem i „czerwonymi koszulami”, czyli swoimi zwolennikami. Szef państwa, Abhsit Vejjajivy, jest jednak innego zdania i nie zamierza iść na żadne kompromisy. Ostatnio oświadczył, że siły bezpieczeństwa nie ustąpią i będą nadal działać na rzecz uśmierzenia protestów. „Rząd musi postępować naprzód. Nie możemy ustąpić. To, co robimy jest z korzyścią dla kraju. Nie możemy pozostawić kraju w rękach uzbrojonych grup” – powiedział Abhsit Vejjajivy.

Społeczne wrzenie

Obecnie w Bangkoku i 23 innych prowincjach obowiązuje godzina policyjna. Za jej nieprzestrzeganie grozi kara do dwóch lat więzienia lub grzywna do 40 tys. bahtów (1,2 tys. dolarów). Stan wyjątkowy jest jak najbardziej uzasadniony. Kilka dni temu w Bangkoku demonstranci zaatakowali giełdę papierów wartościowych, centra handlowe, biurowce, hotele i sklepy. Podpalono również kino, kilka banków i siedzibę instytucji nadzorujących sieć elektryczną. Protestujący zwrócili się także przeciwko miejscowym mediom, które oskarżają o sprzyjanie władzom. Zaatakowano na przykład siedzibę telewizji Channel 3, podpalając zaparkowane przed nią samochody. Jednocześnie uruchomiono system przeciwpożarowy i doprowadzono do zalania budynku. Zamieszki wybuchły również w miastach Udon Thani i Khon Keon na północnym wschodzie Tajlandii. Na tym jednak nie koniec. W prowincji Ubon Ratchathani demonstranci palili na drogach opony. Jedna z grup próbowała wedrzeć się do bazy wojskowej, ale rozpierzchła się, gdy żołnierze oddali strzały ostrzegawcze. Ogółem w starciach zginęło kilkanaście osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

O co chodzi?

Protestujący, zwolennicy Zjednoczonego Frontu na rzecz Demokracji przeciwko Dyktaturze, to przede wszystkim populiści, ale także ludzie o umiarkowanych i demokratycznych poglądach, którym wyjątkowo nie podoba się premier Abhisit Vejjajiva. Ich zdaniem jego rząd zyskał władzę dzięki podejrzanym machinacjom, jak nazywają porozumienie o stworzeniu większości w parlamencie.

„Czerwone koszule” demonstrują od 14 marca, ale kryzys trwa znacznie dłużej. Zaczął się w 2006 roku, gdy wojsko obaliło premiera Thaksina Sinawatrę, miliardera, który dorobił się na telekomunikacji. Thaksin cieszył się wielkim poparciem uboższych warstw społeczeństwa, ponieważ zainicjował politykę pomocy dla biednych. Szybko jednak wszedł w konflikt z establishmentem, a zwłaszcza z dworem królewskim i armią. Zarzucane mu nadużywanie władzy i nepotyzm stały się pretekstem do bezkrwawego puczu, w wyniku którego Thaksin znalazł się na przymusowej emigracji.

W 2007 roku armia oddała władzę cywilom, ale sytuacja polityczna się komplikowała. Rządy obejmowali zarówno zwolennicy Thaksina, jak i jego przeciwnicy. Obecny premier Abhisit Vejjajiva jest przeciwnikiem Thaksina. Nienawidzące Vejjajivy „czerwone koszule” 14 marca ruszyły na stolicę, żądając rozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów. Na początku maja rząd zgodził się na wcześniejsze wybory 14 listopada, ale swoją ofertę wycofał. Potem było jeszcze kilka innych prób pokojowego załagodzenia protestu. Niestety, wszystkie spaliły na panewce.

Wciąż niebezpiecznie

Od chwili rozpoczęcia protestów, w starciach „czerwonych koszul” z wojskiem zginęło niemal 70 osób, a ponad dwa tysiące zostało rannych. Mając to na uwadze, premier Abhisit Vejjajiva powiedział w wystąpieniu telewizyjnym, że „wierzy, iż uda się zakończyć to, co się dzieje, i przywrócić pokój i porządek”. Nie ma jednak pewności, że to już ostatni akord protestów antyrządowych, a nie początek jeszcze intensywniejszych zamieszek. Zwłaszcza w obliczu ostatnich zdarzeń. Otóż, niedawno zmarł raniony przez snajpera słynny generał Seh Daeng. Wojskowy, komandos słynny z akcji w Laosie, Kambodży i na indonezyjskiej wyspie Aceh, był strategiem „czerwonych koszul”.

Do zaostrzenia sytuacji mogą się również przyczynić „żółte koszule”, czyli członkowie tajlandzkiego ruchu rojalistycznego. Ostatnio dali oni rządowi „ultimatum czasowe” na zakończenie kryzysu w państwie. – Mamy nadzieję, że do siedmiu dni rząd podejmie środki przeciwko terrorystom Thaksina. Jeśli nie, sprawimy, że nasz głos zostanie usłyszany w celu ochrony pokoju rodziny królewskiej – oświadczył Parnthep Pourpongpan, przedstawiciel Ludowego Sojuszu na rzecz Demokracji. Nie jest to dobry prognostyk na przyszłość.