Nacjonalizm – rosyjska choroba

Rosję zwykło się kojarzyć z cywilizacyjną chorobą – pijaństwem. Uzależnionych od wódki jest około 3 milionów Rosjan. To tak, jakby wszyscy mieszkańcy Warszawy i Łodzi byli alkoholikami. Dodatkowo z przepicia umiera rocznie 80 tysięcy osób. Nie to jest jednak zagrożeniem dla rosyjskich władz, dla jedności terytorialnej kraju i dla bezpieczeństwa w Europie. Jest nim natomiast radykalny nacjonalizm.


Diagnoza

Przez stulecia decydenci na Kremlu szukali ideologii, która mogłaby scalić zróżnicowane etnicznie i religijnie społeczeństwo. W przeszłości sięgano po okcydentalizm, komunizm, antyzachodni eurazjatyzm (ros. jewrazijstwo), czy prawosławie. Nową, choć w rzeczywistości starą jak sama Ruś, ideologią narodową Rosji jest nacjonalizm.

Richard Pipes przekonuje: „Rosja zwraca się w stronę nacjonalizmu, bo czuje się upokorzona. Mimo że dzisiejszej Rosji nie powinno się porównywać do faszystowskich Niemiec, to pewne symptomy wzrostu rosyjskiego nacjonalizmu przypominają czasy republiki weimarskiej w Niemczech. Rozpad Związku Radzieckiego był dla Rosjan tym, czym pokój wersalski dla Niemiec. Dziś Rosjanie są słabi i biedni, dlatego zwracają się ku hasłom, które przekonują ich, że nadal są potęgą”.

Skompromitowany w ideologicznej walce z Zachodem komunizm zastąpiono nacjonalizmem. Potęgowały go separatystyczne ciągoty byłych republik radzieckich i obecnych kaukaskich republik Federacji. Wyprodukowany na Kremlu nacjonalizm o zabarwieniu szowinistycznym, zdawał się początkowo jednoczyć wszystkich radykałów w kraju, szczególnie, że wspomagany był szeroko zakrojoną propagandą, która tworzyła alternatywną historię nauczaną w szkołach. Z czasem jednak doszło do pomieszania wszystkich ideologii.

Specyfiką współczesnego nacjonalizmu w Rosji jest fuzja sprzecznych idei: imperializmu-prawosławnego (Trzeci Rzym i dziedzictwo Bizancjum), komunizmu, komuno-faszyzmu, imperializmu gospodarczego, szowinizmu i ksenofobii. Jego twórcami nie są jednak władze państwowe, a radykalne ugrupowania, które do wrogów zaliczają również rezydentów Kremla i lojalny im aparat siłowy. Tym ostatnim mają szczególnie dużo do zarzucenia.

Jak wynika z raportu Moskiewskiego Biura Praw Człowieka, rosyjscy nacjonaliści mają pod bronią ponad 50 tysięcy skinheadów (dla porównania polska armia zawodowa liczy 100 tysięcy). W przeszłości radykałowie działali głównie w obronie kulturowej i etnicznej jedności Rosjan, atakując cudzoziemców. Dzisiaj tworzą równoległe do kremlowskich struktury władzy z własnymi formacjami zbrojnymi, a ich przywódcami zostają często weterani wojenni, czy byli agenci wywiadu wojskowego – GRU.

Atak wirusa

Na przełomie maja i czerwca grupa młodych nacjonalistów z Dalekiego Wschodu (Kraj Nadmorski) wysłała władzom Rosji ostrzeżenie. Zirytowani korupcją trawiącą ciało służb mundurowych, rzucili wyzwanie systemowi: chwycili za broń i urządzili polowanie na milicjantów. Sprawców napadu na posterunek milicji i winnych zabójstwa dyżurnego, schwytano po dwóch tygodniach. Problem jednak nie zniknął.

„Natychmiast przystępujcie do formowania oddziałów partyzanckich w celu likwidacji zdrajców ojczyzny” – głosi nadany w Internecie apel „do wszystkich, którym drogi jest honor”. Socjologowie spekulują, czy odpowiedzialni za wydarzenia w Ussuryjsku „leśni bracia” nie należeli do jednej z ultraprawicowych grup, które przychyliły się do wezwania „Armii Rosyjskiej na Dalekim Wschodzie”.

Jeśli wierzyć rosyjskim internautom, nie będzie to odosobniony przypadek. Zdaniem ekspertów oraz osób, które popierają niedawny wybryk radykałów, proceder ten spowodowany jest buntem przeciwko wszechwładzy aparatu siłowego Rosji, korupcji, degrengoladzie i niskiemu morale funkcjonariuszy milicji i samej władzy.

Opinie te nie są przesadzone. Obowiązkiem milicji jest pilnowanie porządku, czuwanie nad bezpieczeństwem obywateli i zapobieganie łamaniu prawa; w tym wyłapywanie nielegalnych imigrantów. Tymczasem rosyjski system przedkłada interes własnej kieszeni nad interes narodowy. Kiedy milicjant zaprowadzi schwytanego nielegalnego emigranta na posterunek, dostanie zwykłą – przeważnie skromną – pensję i historia ma swój finał na komendzie. Może go jednak wypuścić w zamian za łapówkę. Nie raz i nie dwa. To samo tyczy się „ochrony” przestępców i tolerowania ich ekscesów. Wydanie mafioza, czy deportowanie emigranta to dobrowolne pozbawienie się dodatkowego źródła dochodów (diengi, diengi).

Paradoks ten jest niebezpieczny nie tylko ze względu na olbrzymią skalę jego występowania w Rosji, ale także dlatego, że jeśli praworządny obywatel zgłosi się na komendę ze skargą na łamiącego prawo przestępcę – milicja nie zrobi nic w celu ukarania winowajcy. Kto by się dobrowolnie pozbawiał przychodu pochodzącego z haraczu? W efekcie zarówno przestępcy jak i milicjanci czują się wszechmogący i stojący ponad prawem. Stąd bunt przeciwko aparatowi siłowemu, który ponadto dla sportu lubi wyżyć się na zwykłych obywatelach.

Epidemia

Primorskij Kraj, rosyjski Daleki Wschód

Internauci niemal jednogłośnie poparli działania radykałów z Dalekiego Wschodu. Wielu deklarowało chęć przyłączenia się do akcji wymierzonych przeciw milicji, a sieć zdominowała była przez głosy sympatii wobec partyzantów, którzy sprzeciwili się korupcji władzy. Społeczeństwo masowo poparło bandytów, którzy dokonali zbrodni, rabunku i narazili na niebezpieczeństwo obywateli, co może świadczyć o tym, za jaką kategorię ludzi uważa się w Rosji funkcjonariuszy aparatu siłowego (nasze rodzime hasła o złodziejach i agentach to przy tym pikuś).

Reakcja rosyjskich „netizens” – obywateli Internetu – jest wymowna i nie powinna zostać zignorowana. Jest to reprezentatywna grupa społeczna, która ma jasno sprecyzowane postawy i opinie. Z wypowiedzi na rosyjskich forach przebijają takie głosy: „Jestem po stronie partyzantów. Na miano bandytów zasługują dranie w mundurach”, albo „Ludzie mają dosyć takich stróżów prawa. Obawiam się, że mogą to być dopiero pierwsze jaskółki”.

Charakter podobnego ruchu w Polsce jest diametralnie inny. Młodzież bazgrząca po ścianach „HWDP”, czy „JP” to zwykły trend, moda. Większość z nich nie miała w życiu styczności z policją i niechęć do służb bezpieczeństwa przejmują od pewnych subkultur. W Rosji z kolei niechęć do milicji wynika z doświadczeń własnych i nie zamyka się w kręgach kryminalnych – jest powszechna.

Siłę rosyjskich nastrojów oraz niebezpieczeństwo jakie z nich wynika, obrazuje komentarz: „Żeby Rosja zapłonęła, za broń nie musi chwycić co drugi mieszkaniec, wystarczy 3-4 procent. Z kilkoma milionami zdesperowanych mężczyzn żadne struktury siłowe sobie nie poradzą”. Rodzi się pytanie, czy akcja „leśnych braci” to margines, czy zapowiedź rewolucji. Nie trzeba mieć przy tym genów Nostradamusa, żeby przewidzieć konsekwencje jakie miałoby dla Europy przejęcie władzy w Rosji przez skrajnych nacjonalistów, którym przyświecałyby hasła panslawizmu i Trzeciego Rzymu.

Władza w odpowiedzi na pojawienie się partyzantów zareagowała we właściwy sobie sposób: naprężyła mięśnie, a do boju wysłała wozy opancerzone. Kreml zdaje się wyznawać amerykańską zasadę i nie prowadzi negocjacji z terrorystami (co zresztą udowodnił chociażby w Biesłanie). To jedynie zaostrza dyskurs w Internecie. „Jeśli państwu rosyjskiemu sądzone jest powstać, to partyzanci będą patronami ulic i placów, postawimy im pomniki” – pisze rosyjski futurolog Maksym Kałasznikow.

Szansa na zmianę społecznych nastrojów jest niewielka. Bardziej prawdopodobna jest eskalacja nacjonalizmu antypaństwowego, spowodowanego bezkarnością i nadużywaniem władzy przez funkcjonariuszy milicji. Zresztą, jak każdy inny, miecz którego używa władza jest obosieczny. „Bezprawie rodzi bezprawie. Tam, gdzie prawo nie działa, gdzie istnieje tylko brutalna siła ze strony państwa, przeciwdziałanie temu też przybiera formę brutalnej siły” – tłumaczy emerytowany generał służb bezpieczeństwa.

Poszukiwanie lekarstwa

Kto jest rzeczonym wirusem? Ultraprawicowi partyzanci, wobec których władza nie użyła „chyba tylko broni jądrowej”, pijaństwo czy zdemoralizowana milicja? To trochę jak próba odpowiedzi na pytanie: co jest gorsze, rak czy AIDS? Wydaje się, że wirusem narodu rosyjskiego są i jedni i drudzy, ale to nacjonaliści stanowią większe zagrożenie dla władzy na Kremlu, a tym samym dla bezpieczeństwa w Europie. Z punktu widzenia komentatora siedzącego wygodnie w fotelu w Warszawie, rosyjska milicja jest mniejszym złem. Doświadczenia praktyk rodzimego ZOMO i milicji epoki PRL-u, determinują jednak zrozumienie nienawiści wobec rosyjskiego aparatu siłowego, który funkcjonuje w oderwaniu od jakiejkolwiek moralności i skutecznie utrudnia codziennie życie obywateli Federacji.

Receptę na pijaństwo Kreml już wymyślił. Latem ma zostać wprowadzone zarządzenie, zakazujące sprzedaży alkoholu w nocy – władze lokalne regionów będą jednak mogły uchylać ten zakaz wedle własnego uznania. Ponadto – czego uczy historia – prohibicja sprzyja kontrabandzie i nielegalnej produkcji. Obawiam się wobec tego, że walka z nacjonalizmem w postaci jeżdżących po ulicach wozach opancerzonych, przyniesie podobny rezultat jak leczenie objawowe alkoholizmu, czyli odwrotny od zamierzonego.