Niderlandy mówią: w prawo zwrot!

Benelux skręca w prawo. W Belgii zwyciężyła partia otwarcie nawołująca do secesji Flandrii, a w Holandii najbardziej prawdopodobny kandydat na premiera Mark Rutte, aby utworzyć silny rząd, zmuszony będzie zawiązać koalicję z prawicowym populistą Geertem Wildersem.

Król jest nagi

W ubiegłą niedzielę Belgowie wybierali skład parlamentu. Przedterminowe wybory spowodowane były dymisją premiera Yves’a Laterme, który niezdolny był do rządzenia wobec rozpadu koalicji. Z batalii o miejsca w Izbie Reprezentantów i Senacie zwycięsko wyszły prawicowe ugrupowania flamandzkie. Największe poparcie uzyskał nacjonalistyczny Nowy Sojusz Flamandzki (NVA), który wzywa do secesji północnej, niderlandzkojęzycznej części kraju. We francuskojęzycznym południu najwięcej głosów otrzymała centrolewicowa Partia Socjalistyczna.

Separatystyczne nastroje w Belgii od lat spędzają sen z powiek mieszkającym a południu Walonom, którzy wykorzystują rząd centralny do dystrybucji zarobionych przez Flamandów pieniędzy do francuskojęzycznej części kraju. Mieszkańcom północy – jak łatwo się domyśleć – taki stan rzeczy nie odpowiada. We Flandrii uważa się powszechnie, że Walonowie są leniwi (duże bezrobocie na południu kraju), rozrzutni (szczególnie jeśli wydają pieniądze Flamandczyków) i mniej przedsiębiorczy, a Belgia jako państwo narodowe jest nonsensem.

W obawie przed wiszącym od dłuższego czasu widmem podziału kraju, obowiązki mediacyjne przyjął na siebie król Albert II. Konsultacje mają na celu zachować jedność Belgii. Fiasko koalicji rządowej flamandzkich nacjonalistów z walońskimi socjalistami jest bardzo prawdopodobne, szczególnie, że Partia Socjalistyczna opowiada się nie tylko za podtrzymaniem królestwa Belgii, ale również za utrzymaniem transferu świadczeń socjalnych z Flandrii do Walonii. Jeśli wykorzystane zostaną wszystkie możliwości dyplomatycznego porozumienia obydwu koalicjantów, ten sztuczny twór jakim jest Belgia najpewniej się rozpadnie. W tym przypadku król Albert II Koburg jest nagi i bezsilny.

Trudno dziwić się głosom, które kwestionują sens istnienia Belgii, skoro lider zwycięskiej NVA Bart de Wever zapowiedział już, iż nie zostanie premierem kraju, którego nie uznaje, a poprzedni premier – Yves Laterme – osiem razy składał dymisję w ciągu zaledwie trzech lat, ze względu na nietrwałość wszystkich koalicji rządowych. Według najbardziej optymistycznego scenariusza, w najbliższych miesiącach Belgia stać będzie w obliczu licznych reform, zwiększających autonomię Flandrii. W najgorszym wypadku (dla Walonów) – Flandria zwiększy sobie autonomie w pełni, tworząc odrębne państwo, stanie się członkiem Unii Europejskiej i odetnie pępowinę sąsiadowi z południa.

Kolebka współczesnego libertynizmu pada łupem konserwatystów

Czerwcowe wybory w Holandii – również przedterminowe – stały pod znakiem kryzysu ekonomicznego, przestępczości i problemów z muzułmańską imigracją. Zwyciężyła centroprawicowa Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) zdobywając 31 mandatów w 150 – osobowej Tweede Kamer. Największe szansę poprowadzenia rządu ma jej lider Mark Rutte. O jeden mandat mniej zdobyła Partia Pracy, przez którą upadł poprzedni rząd Jana Belkenendego, a skrajnie prawicowe ugrupowanie Geerta Wildersa zasiądzie na 24 fotelach Izby.

Chcąc utworzyć rząd o spójnych poglądach, Rutte będzie musiał zaprosić do rządzenia Geerta Wildersa – radykała, politycznego pariasa oraz islamofoba, który stwierdził, że islam jest „koniem trojańskim Europy”. Holandia, kolebka libertarianizmu dokonała wyraźnego zwrotu w prawo, być może z faktycznego strachu przed muzułmanami i przestępczością. Czy stała się przy okazji na tyle radykalna żeby zaakceptować w rządzie osobę o poglądach Wildersa?

Sytuacja w holenderskim parlamencie jest trudna, a utworzenie skutecznego rządu może być mrzonką. Jeszcze nigdy największa partia nie zdobyła tak małej liczby mandatów. Dodatkowo umowa koalicyjna w Holandii jest przeważnie bardzo szczegółowa i formalna, co może zabrać politykom wiele miesięcy.

Czas jednak nagli i Mark Rutte nie może pozwolić sobie na zwłokę. Gra toczy się o uchwalenie budżetu na rok 2011. Lider Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji musi przedstawić projekt budżetu w połowie września na uroczystym otwarciu parlamentu. Budżet jest aktem olbrzymiej wagi i wymaga ogromnego nakładu czasu i energii. Jeśli więc Rutte nie uformuje dość szybko koalicji, to praca nad budżetem przypadnie ustępującemu rządowi Balkenende.

Na takiej sytuacji najwięcej zdaje się zyskiwać Geert Wilders, którego Mark Rutte musi traktować poważnie w kontekście tworzenia rządu z koalicjantem o małej polaryzacji ideologicznej w stosunku do zwycięskiej VVD.

Zamach na wolność?

Holenderskie społeczeństwo jest bardzo podzielone, o czym świadczy liczba partii, które weszły do parlamentu, a także ich zróżnicowanie poglądowe. Wyborcy są przeważnie bardzo przywiązani do swoich ideałów i zmiana, która dokonała się w ostatnich wyborach, świadczy o tym, jak silnym bodźcem są bieżące problemy, które targają Holendrami

Holandia była podzielona już w okresie Złotego Wieku. Protestanckie państwo otworzyło swoje granice, przyciągając innowierców z całej Europy dzięki gwarancjom wolności wyznaniowej. Dziś historia trochę się mści na dobrodusznych liberałach z Niderlandów. „Koń trojański”, którego wpuścili nie tylko obwiniany jest za rosnącą przestępczość w kraju, ale również o podbieranie Holendrom miejsc pracy.

Współczesny świat jest dość odporny (i oporny) na wstrząsy i jakby niechętnie dostrzega pewne znaki. Żeby obudzić Amerykanów, potrzebna byłą śmierć trzech tysięcy ofiar pogrzebanych w gruzach World Trade Center (choć Demokraci do dziś wydają się być nieprzekonani co do natury radykalnego islamu). Serie zamachów terrorystycznych na Bali nie przekonały Australijczyków, zamach w Madrycie – Hiszpanów, w Londynie – Brytyjczyków, w Biesłanie i Moskwie – Rosjan. Holendrom wystarczyła śmierć jednego człowieka.

Kiedy w 2004 roku zamordowano radykalnego liberała Theo van Gogha, Holendrzy zrozumieli jakim zagrożeniem dla ich kraju jest niekontrolowana wolność religijna połączona z otwartością na imigrację. W liście przybitym do ciała van Gogha zamachowiec pisał: „Wiem na pewno, o Europo, że zostaniesz zniszczona”. Obecne w parlamencie ugrupowania prawicowe, wyciągnęły z tej historii lekcję.

Wątpliwe, aby próby ograniczenia imigracji o wyznaniu mahometańskim i chęć kontroli meczetów, spotkały się z ostrą krytyką w Holandii (może poza samymi zainteresowanymi). Czyżby Holendrzy doszli do wniosku, że w swej tolerancji przekroczyli zdrową i dającą poczucie bezpieczeństwa granicę? Czyżby wzorowali się na poczynaniach australijskiego premiera Kevina Rudda, który problem z imigrantami skwitował dosadnie: „To jest nasz kraj. Na naszej ziemi obowiązuje nasz styl życia. I każdy ma możliwość cieszenia się tym wszystkim. Natomiast tych wszystkich, którzy się uskarżają, jęczą, których skręca na widok naszej flagi, roty ślubowania, wiary chrześcijańskiej czy naszego stylu życia zachęcam do odważnego skorzystania z jeszcze jednej wielkiej australijskiej wolności: prawa do opuszczenia kraju”. Myślę, że zarówno Mark Rutte jak i Geert Wilders podpisaliby się pod tym obiema rękami.

Poza tulipanami, wiatrakami i drużyną narodową Oranje, Holandia kojarzy się przede wszystkim z wolnością i tolerancją – także względem wyznań religijnych. Czyżby obraz ten miał niebawem ulec zmianie?