Irański poker: kto i o co gra?

Źródło: National Iranian-American Council
Źródło: National Iranian-American Council

Spór wokół irańskiego programu atomowego media przedstawiają w koncepcji czarno-białej. Zły, zacofany reżim, rządzony przez despotę (Ahmadineżad) nad którym stoi schorowany wariat (Chamenei) dąży do uzyskania śmiercionośnej broni masowego rażenia, by dokończyć dzieła holokaustu, zbombardować amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie, a na końcu – zaatakować Europę. Przeciwstawić temu zagrożeniu stara się grupa odpowiedzialnych państw – w skrócie: Stany Zjednoczone i Unia Europejska, które powstrzymują jednocześnie Izrael od ataku powietrznego na Iran. W charakterze wiecznie niezadowolonych dam zostały obsadzone Rosja z Chinami.

Taki uproszczony obraz z łatwością trafia do ludzi, a w serwisie Onetu czy WP dobrze sprzedają się tytuły w stylu „Iran gotowy do ataku na Europę”. Jak to mawia jeden z polityków – „ciemny lud to kupi”. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej złożona i rozbija się o rywalizację o pozycję na Bliskim Wschodzie, jeśli nie na świecie, jak w przypadku Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Rosji i Chin.

Najwięcej do zyskania w całej grze ma Iran. Jeżeli wybuduje broń atomową, zniweluje przewagę strategiczną Izraela oraz zostanie najpotężniejszym graczem w skłóconym świecie muzułmańskim, kosztem m.in. Egiptu i Królestwa Arabii Saudyjskiej, czyli naturalnych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Już teraz Irańczycy starają się przedstawiać jako obrońcy sprawy palestyńskiej, forując przy tym Hamas. Tak silny Iran byłby skuteczniejszy w mieszaniu w sprawach wewnętrznych Arabii Saudyjskiej i Iraku, a może nawet Afganistanu. Nawet jakby Teheran nie chciał wyprodukować broni atomowej, to – przynajmniej na razie – w jego interesie jest sprawianie wrażenia, jakby “coś było na rzeczy”. Wzrost potęgi politycznej Iranu zupełnie nie jest na rękę Amerykanom, a szczególnie Izraelowi, który ze swojego monopolu atomowego zrobił kluczowe, choć ciche, narzędzie polityki bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie. Amerykanie znaleźliby się w defensywie, podobnie jak zaraz po II wojnie światowej Brytyjczycy. Jakby tego było mało, Iran to ogromne zasoby surowców mineralnych, które przecież zawsze można by zagospodarować inaczej…

Jak zatem widać, najwięcej do stracenia mają Amerykanie i Izrael. Stany Zjednoczone walczą o swoją (i izraelską) pozycję w regionie. Dla Izraela, Iran silny, ofensywny i z autorytetem oznacza kolejne problemy w Palestynie i potencjalne – ze strony Syrii, Libanu, a może nawet Egiptu. „Syjonistyczny reżim” traci monopol i o ile ajatollahowie wiedzą, iż samobójstwem byłoby atakowanie przy pomocy broni atomowej Izraela, o tyle łatwo wyobrazić sobie spadek respektu dla potęgi militarnej „małego szatana”. Gra z dwóch stron jest warta świeczki Izrael i Stany Zjednoczone nie stają przed zagrożeniem militarnym – jak głosi oficjalna wersja – ale politycznym. Dlatego Izrael jest zdolny zrobić wszystko i zaryzykować, byle utrzymać swoją przewagę.

Jeszcze inaczej sprawę widzi Unia Europejska, zwłaszcza Niemcy i Francja. Unia Europejska dąży do stabilizacji sytuacji w tamtym regionie i słusznie kalkuluje, iż irańska broń atomowa z jednej strony, a z drugiej, izraelski atak lotniczy, mogłyby otworzyć puszkę Pandory, co byłoby niekorzystne dla interesów UE (w tym Niemiec i Francji) w tamtym regionie. Poza tym Unii Europejskiej zależy na tym, by odgrywać istotną rolę na arenie międzynarodowej, jako podmiot kształtujący stosunki międzynarodowe. Stąd otwarta krytyka poczynań izraelskich (blokada Strefy Gazy) oraz intensywne działania w sprawie Iranu. Doskonale to widać na podstawie ostatniej decyzji o nałożeniu dodatkowych sankcji. UE potrzebuje też Iranu, chociażby ze względu na wspomniane wcześniej zasoby surowcowe oraz potencjał gospodarczy, ale zbyt silny i atomowy Iran nie jest czymś, czego europejscy przywódcy życzyli sobie w pierwszej kolejności. Na razie relacje handlowe są na tyle nieistotne, iż nałożenie sankcji Europę nie zaboli.

Ciekawą partię rozgrywają Rosjanie. Z jednej strony głośno deklarują, iż Iran powinien się wytłumaczyć ze swoich działań i nie ma prawa do posiadania broni atomowej, a z drugiej dostarczają Teheranowi niezbędnych technologii m.in. do budowy reaktora atomowego oraz chronią przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Rosjanie sprytnie wykorzystują też kwestie niezrealizowanie kontraktu na dostawę systemu S-300, co jakiś czas stwierdzając, że jest to niemożliwe (jak teraz), a innym, że dlaczego mieliby nie zrealizować legalnej, podpisanej zgodnie z prawem, umowy? Moskwa uważa Iran za przeciwwagę dla interesów amerykańskich na Bliskim Wschodzie i interesującego sojusznika. Wzrost jego znaczenia należy jednak zdecydowanie kontrolować tak, by nie stał się samodzielnym mocarstwem, zdolnym do działania bez oglądania się na Rosję. Kreml nie życzyłby sobie na pewno, by Iran żył zbyt blisko z Unią Europejską, gdyż np. wciągnięcie Persów do projektu Nabucco byłoby dla Gazpromu niemiłym, zimnym prysznicem. Normalizacja stosunków między UE/Stanami Zjednoczonymi, a Iranem nie jest w interesie Moskwy i dlatego Rosja będzie się starała trzymać ich od siebie jak najdalej, a do tego świetnie nadaje się spór polityczny.

Najlogiczniejsi są Chińczycy, dla których biznes to biznes. Po pierwsze, oznacza to chęć stabilizacji sytuacji w regionie tak, by różne niepokoje nie wpływały negatywnie na chiński handel, a po drugie, ochronę Iranu przed „twardymi” sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa, ze względu na fakt, iż Persowie są drugim co do wielkości źródłem gazu i ropy dla Chin (15% konsumpcji). Pekin sam sobie w stopę strzelać nie będzie i nie zgodzi się na żadne mocniejsze akcje wobec Iranu, dopóki nie zostaną zagwarantowane jego warte miliardy dolarów interesy. Chińczycy twierdzą zatem, iż będą namawiać do stosowania wszystkich dostępnych pokojowych metod rozwiązywania sporu, dopóki tylko będzie istniała chociażby „1-procentowa szansa” na powodzenie takich działań. Nie chcieliby przecież – cytując Stefana „Siarę” Starzewskiego z „Killerów-2” – „urwać kurze złote jaja”.

Każdy z głównych uczestników rozgrywki wokół Iranu ma wyraźnie zaznaczone interesy i cele, do których dąży, instrumentalnie traktując przy tym interesy społeczności międzynarodowej. Nie ma w tym przypadku ani dobrych, ani złych, a wszystkie te podmioty – może ze wyjątkiem Unii Europejskiej – nie zawahają się złamać prawa międzynarodowego, jeśli jego interesy będą tego wymagały. Partia pokera trwa dalej…

Patryk Gorgol