Energetyczne marzenia Obamy

Niemal od początku XX wieku Stany Zjednoczone tworzyły liczne wzorce. Powielał je początkowo świat zachodni, ale po rozpadzie Związku Radzieckiego na piętnaście kawałków i chwilowym wygaśnięciu globalnego konfliktu ideologicznego, Ameryka stała się wzorem dla całego świata. Eksportowała swoją kulturę masową przy pomocy MTV i „złotych łuków” McDonald’s, tworzyła podwaliny współczesnych ideologii politycznych (neokonserwatyzm, libertarianizm) i ekonomicznych (neoliberalizm, keynesizm, monetaryzm).

Linfen - najbardziej zanieczyszczone miasto świata; źródło: time.com

Innowacyjność technologiczna dała Ameryce przewagę militarną nad resztą świata, a Amerykanom zapewniła poczucie wyższości i przypieczętowała pogoń za american dream. Kto, obserwując rozkwit patentów na życie made in USA, był w stanie przewidzieć, że w XXI wieku to Stany Zjednoczone będą czerpać wzorce z zewnątrz? Który z najbardziej wybujałych fantastów domyślił się, że wzorem dla amerykańskich decydentów w kwestii czystej energii staną się Chiny, których miasta należą do najbardziej zanieczyszczonych na ziemi?

Paliwa kopalne

„Przez lata mówiliśmy o konieczności zakończenia wieku uzależnienia Ameryki od paliw kopalnych. Droga ku temu wciąż była blokowana – nie tylko przez lobbystów sektora energetycznego, ale także przez brak politycznej odwagi i szczerości” – powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama, komentując wyciek ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej. Roztoczył przy tym ocierającą się o mitologię wizję Ameryki, napędzanej energią odnawialną. Z wielu względów pomysł ten jest mrzonką.

Paliwa kopalne pochłaniają około 85% zapotrzebowania Stanów Zjednoczonych na energię. Według przewidywań U.S. Energy Information Administration (EIA), agencji statystyczno-analitycznej przy Departamencie Energii USA, konsumpcja energii w Ameryce wzrastać będzie o 0,5% rocznie do 2035 roku, co w efekcie zwiększy zużycie energii o 14% w porównaniu z rokiem 2008. Nawet jeśli urzeczywistnią się optymistyczne scenariusze, użycie paliw kopalnych pochłaniać będzie niemal 80% całościowego zapotrzebowania na energię w Stanach Zjednoczonych, a to oznacza stały – największy na świecie – apetyt na ropę naftową i gaz ziemny.

Błędne koło

Lewicowe lobby, które podnosi alarm przed skutkami globalnego ocieplenia, postuluje zmniejszenie zużycia energii poprzez urządzenia energooszczędne, bardziej wydajne żarówki, czy też samochody o mniejszej emisji gazów cieplarnianych i zredukowanym spalaniu. Jest to całkiem rozsądna wizja, ale pomija dane demograficzne i ekonomiczne. Do 2035 roku w sposób istotny wzrośnie liczba mieszkańców Ameryki (z niecałych 309 milionów do ponad 390), liczba domostw (ze 113 milionów do 147) oraz liczba pojazdów spalinowych (z 231 do niemal 300 milionów). Pomimo rosnącego użycia alternatywnych źródeł energii, do 2035 roku pokryją one jedynie 11% zapotrzebowania Stanów Zjednoczonych na energię. Biorąc pod uwagę, że niektóre z czystych źródeł energii wymagają do pomocy paliw kopalnych oraz, że ich zastosowanie ma istotne ograniczenia, Stany Zjednoczone tkwią w błędnym kole i skazane są na poszukiwanie nowych złóż ropy i gazu, przy jednoczesnym rozwijaniu technologii pozyskujących energię z nowych źródeł. Tym bardziej, że emisja gazów cieplarnianych – zdaniem EIA – do 2035 roku wzrośnie niemal o 9%.

Pozytywna strona kataklizmu

Poza oczywistymi negatywami niedawnego wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej w postaci skażenia flory i fauny Oceanu Atlantyckiego i innych skutków, które środowisko naturalne dopiero odczuje, zauważyć należy jeden zasadniczy pozytyw. W środowiskach polityków i naukowców dojdzie wreszcie do debaty na temat alternatywnych źródeł energii i konieczności prowadzanie badań nad ich pozyskaniem. Może to zaowocować zwiększeniem budżetu na ten cel, co mogłoby się nie wydarzyć, gdyby nie ten niefortunny wyciek ropy i powstały wokół niego szum. Taka terapia szokowa niekiedy otwiera oczy decydentów na problemy, które wydają się odległe z punktu widzenia prezydenckiego fotela w Białym Domu, szczególnie jeśli w niedalekiej przeszłości podejmowano z tego miejsca decyzje raczej o inwazjach na suwerenne państwa w celu zdobycia paliw kopalnych, niż szukaniu alternatywnych źródeł energii.

Echo Peak Oil

Administrację Obamy zaczyna spowijać uzasadniony strach, że kopalne źródła energii są na wyczerpaniu. Tyczy się to nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale całego świata. Niedawno potwierdził to prezydent USA przyznając pośrednio rację autorowi teorii „peak oil” – Marionowi Kingowi Hubbertowi. Obama twierdzi, że szczyt wydobycia ropy naftowej jest powodem, dla którego wierci się obecnie głębiej i dalej od brzegów w jej poszukiwaniu.

Ropa naftowa powoli się kończy i kończyć się będzie tym szybciej, im większa będzie jej konsumpcja. Nieodnawialność gazu i ropy implikuje ponadto stale rosnące ceny surowców energetycznych, co poza oczywistymi skutkami w skali globu, ma również pomniejsze skutki w skali lokalnej. Otóż administracja Obamy podwoiła wydatki na rozwój inicjatyw zdrowego trybu życia tj. jazdy na rowerze i spacerowania. Łącznie wyda na to w 2010 roku 1.2 miliarda dolarów, a cel tego przedsięwzięcia jest tyleż szczytny, co pragmatyczny i wynika ze strachu przed kończącymi się zasobami ropy naftowej. Intencją tego działania jest zachęcenie ludzi do odejścia od poruszania się samochodami, co w efekcie ma zmniejszyć zużycie nieodnawialnych surowców energetycznych, a Stanom Zjednoczonym pozwoli „kupić” nieco czasu na znalezienie alternatyw dla paliw kopalnych. Podobny cel będą mieć podwyżki cen ropy w nadchodzących latach jak i zwiększenie samego podatku od „czarnego złota”.

Być jak Chiny

Barack Obama z zazdrością spogląda w stronę Chin. Państwo Środka – zdaniem prezydenta USA – odchodzi od paliw kopalnych na rzecz czystej energii. Tymczasem dane są nieco mniej optymistyczne. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) surowce nieodnawialne (ropa, gaz i węgiel) pochłaniają 87% chińskiego zapotrzebowania na energię (to więcej niż zużywa Ameryka). Chiny konsumują połowę światowego wydobycia węgla, a liczby te rosną w tempie 10% rocznie. Stany Zjednoczone nie mają czego zazdrościć Chinom w tej kwestii.

Stany Zjednoczone wydają miliard dolarów dziennie na import ropy naftowej. Co prawda Chiny są w pierwszej trójce importerów tego surowca, ale w szybko zbliżają się do Ameryki, więc i w tym względzie nie ma im czego zazdrościć. Chiny, które wkroczyły na drogę rozwoju i kapitalistycznej gospodarki, prędzej czy później i tak przegonią Amerykę w konsumpcji paliw kopalnych. Skąd więc ta chęć bycia jak Chiny?

Kwintesencja polityki

Odpowiedź jest prosta: Stany Zjednoczone wcale nie chcą być jak Chiny, a wszystkie tego typu stwierdzenia to nic innego jak typowa dla polityków zasłona dymna, która odwraca uwagę od prawdziwych problemów. Być może faktycznie Barack Obama zazdrości Chinom tempa ich wzrostu, ale przecież podobnie było z Japonią w latach dziewięćdziesiątych. Poza tym cykle ekonomiczne determinują zahamowanie tego procederu w niedalekiej przyszłości i zgotować mogą Chinom potężne załamanie ekonomiczne.

Jeśli wierzyć George’owi Friedmanowi, Stany Zjednoczone są w pierwszym stadium rozwoju cywilizacyjnego i są państwem barbarzyńskim. Chiny z kolei to cywilizacja stara jak świat, po przejściach i z historią. Gdyby odnieść wiek obydwu kultur do cyklu rozwojowego człowieka, można by uznać, że Stany Zjednoczonego są w najlepszym razie na etapie przechodzenia mutacji, podczas gdy Chiny wykaraskały się właśnie z kryzysu wieku średniego i ładnie się starzeją. Może właśnie tego zazdrości Obama Hu Jintao?

Też nie. Problemem jest sam Obama, ale trudno liczyć, że się do tego przyzna. Zapowiedziane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych zawieszenie na czas sześciu miesięcy drylowania na głębokościach – ze względu na wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej – jest nieuzasadnione i powinno zostać znacznie skrócone. Poszukiwanie surowców energetycznych nie tylko tworzy nowe miejsca pracy, ale przede wszystkim – z geopolitycznego punktu widzenia – uniezależnia USA od importu surowców. Ponadto paliwa kopalne są niezbędne z punktu widzenia gospodarki i społeczeństwa.

Pomimo niehumanitarnych i egoistycznych przesłanek wojny w Iraku, Bushowi juniorowi należy oddać dbałość o dostęp do surowców energetycznych i – co może wydać się nieco kontrowersyjne – dalekowzroczność. Jakże krótkowzroczne na tym tle są poczynania prezydenta Obamy, który lawirując między lewicową poprawnością, a prawicowym faworyzowaniem korporacji, nie potrafi określić swojego stanowiska w sprawie energetyki. Trochę alternatywnych źródeł, trochę importu. Nieco poszukiwań głębinowych i odrobina rezerw w Ameryce. A w tle widmo „peak oil”.

Wszystko jasne

Szukając dziury w całym, dochodzę do wniosku, że Obama zazdrości Chinom ustroju politycznego. Być może prezydent Stanów Zjednoczonych również chciałby autorytarnie zadecydować o przyszłości swojego kraju, przeforsować swoje stanowisko odnośnie paliw kopalnych (wierzę w to, że jakieś ma, tylko skrzętnie je skrywa) albo siłą zdobyć irańskie złoża. Nic z tego. Nieszczęśliwy Obama musi liczyć się z Kongresem, nastrojami społecznymi, opinią międzynarodową i walką o reelekcję. Takiemu to źle; i nawet sny o energetycznym Eldorado jakieś nijakie.

Michał Gąsior