Warto przycisnąć Chiny ws. Korei Północnej

Staranne dochodzenie prowadzone przez Południową Koreę przy współpracy z międzynarodowymi ekspertami wykazało ponad wszelką wątpliwość, iż za zatonięciem okrętu wojennego Południa w pobliżu wód znajdujących się pod jurysdykcją Północy stoi reżim Kim Dzong Ila. Zebrane dowody wskazują na torpedę, jako przyczynę zatonięcia. Torpedę wystrzelił północnokoreański okręt podwodny. W wyniku zaskakującego i pozbawionego podstaw polityczno-militarnych ataku zginęło blisko 50 marynarzy Południa.

Milczenie Pekinu

Mimo tego szokującego aktu morskiego terroryzmu, kilka tygodni po zatopieniu okrętu, prezydent i premier Chin zgotowali gorące przyjęcie przywódcy Korei Północnej, goszcząc Kim Dzong Ila na chińskich salonach. Po ujawnieniu ostatecznych wyników dochodzenia przez władze w Seulu, o których informowałem za pośrednictwem Dyplomacji na Facebooku, Pekin nabrał wody w usta, a w zasadzie schował głowę w piasek niczym struś i czeka. Na co? Aż minie szum i oburzenie, a potem wszystko jakoś wróci do normy. Standardowa taktyka Pekinu wobec problemów międzynarodowych jest bardzo skuteczna. Teraz jednak można by troszeczkę podgrzać ziemię, po której stąpają Chińczycy.

Wbrew obawom wyrażonym w dzisiejszym komentarzu redakcyjnym Washington Post, administracja Obamy wcale nie musi traktować Chińczyków z nabożeństwem godnym przenoszenia cennej wazy z dynastii Ming, bo liczy na wsparcie Pekinu w sprawie sankcji na Iran. Pomijając fakt, iż żadne sankcje nie powstrzymają Iranu, a te obecnie przygotowywane są rozmyte i smakują niczym piąta woda po kisielu, nie należy łączyć problemu irańskiego z północnokoreańskim. Nie chodzi przecież o program atomowy Phenianu, a o ewidentny akt terroru wymierzony w Koreę Południową.

Przykręcić śrubę Pekinowi

Hillary Clinton właśnie wybiera się do Pekinu i powinna tam postawić sprawę ostro. Pekin jest patronem Phenianu (o relacji patron-klient w wykonaniu tych dwóch państw pisałem w bieżącym miesiącu) i wielokrotnie bronił reżim Kima przed sankcjami i potępieniem międzynarodowym. Jako patron, a więc także i sponsor Północy, Chińczycy stoją przed bardzo poważnym problemem wizerunkowym. Pokojowy wzrost, odpowiedzialna potęga, globalny gracz – piękne hasła, które władze w Pekinie starają się łączyć z Chinami, są niekompatybilne z postępowaniem Chin, czego najlepszym przykładem jest milczenie w sprawie zatopienia okrętu Południa.

Nie da się bowiem pogodzić wspierania i obrony nieobliczalnego reżimu w Północnej Korei z byciem odpowiedzialną potęgą, która nikomu nie zagraża i chce aktywnie uczestniczyć w rozwiązywaniu problemów o skali globalnej. Gdyby odpowiednio rozegrać sprawę pod względem public relations, można by pobudzić nieufność wobec Chin wśród państw Azji Południowo-Wschodniej. Czy Amerykanie przestaną cackać się z Pekinem i wykorzystają nadarzającą się okazję?

Poważny problem o globalnej skali

W sprawie południowokoreańskiego okrętu chodzi jednak o dużo więcej niż o doraźny zysk USA. Jeśli bowiem, na co się zanosi, zatopienie fregaty pozostanie bez poważniejszej reakcji, konsekwencje mogą być bardzo poważne. Stonowana odpowiedź jest uzasadniana tym, że nikt nie chce konfliktu i wojny (a działanie Północy to według prawa międzynarodowego casus belli). Północ jest uzbrojona po zęby, wojna się nie opłaca. Problem w tym, że jutro Kimowi może przyjść do głowy, aby odpalić jedną z wielu rakiet wymierzonych w Seul, stolicę Południa, i zabić tym samym dziesiątki, a może i setki południowokoreańskich cywilów. I co wtedy? Też woda w usta, ruki pa szwam i wzywanie do podjęcia rezolucji przez Radę Bezpieczeństwa ONZ?

Przykład bezkarności Kima może rozlać się na inne niespokojne regiony świata. Jeśli bowiem atakujący posiada podobny do atakowanego potencjał (czyli nie uderza w jedną z potęg), może z dużym prawdopodobieństwem zakładać brak reakcji ofiary. Kolejnym krokiem jest szantaż, w którym jedno państwo zagrozi innemu wyrządzeniem konkretnej szkody i żądanie koncesji, by groźba nie została spełniona. Pozostające na papierze rezolucje, do których i tak daleko, będą wówczas warte tyle, ile papier, na których je spisano.

Tego wydarzenia nie można zlekceważyć

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie wzywam do interwencji militarnej w Korei Północnej. Jest jasne, że wojna Południa (z udziałem USA) z Północą byłaby straszliwą katastrofą, w wyniku której zginęłyby setki tysięcy ludzi. Jednak w obliczu ostatnich „dokonań” Kim Dzong Ila należy zareagować zdecydowanie i kategorycznie. Jednym z elementów tej reakcji powinno być wywarcie istotnej presji na podtrzymujące reżim w Phenianie Chiny.

Bez Pekinu nie uda się powściągnąć Kima. Może to być trudne nawet z chińską pomocą. Kłopot w tym, że Chiny na razie traktują nieobliczalność Północy niezbyt poważnie. Jeśli zapłacą za to wizerunkiem, a co za tym idzie, politycznymi wpływami w regionie, mogą zmienić podejście. Z korzyścią dla świata i dla siebie.

Piotr Wołejko