W Rosji nie ma żadnej rewolucji

Życzliwe gesty rosyjskich władz związane z katastrofą smoleńską, wywołały mylne wrażenie, że na naszych oczach Kreml przepoczwarza się w altruistycznego motyla. Tymczasem to co obserwujemy w Rosji nie jest rewolucją, tylko ewolucją – wynikiem zaplanowanej zmiany w polityce zagranicznej, która nastawiona jest na powolną integrację z Unią Europejską oraz na powrót do dawnej strefy wpływów.

Nic nie ma za darmo

Projekcja „Katynia” Andrzeja Wajdy w państwowej telewizji rosyjskiej oraz przyznanie przez prezydenta Miedwiediewa, że za katyńską zbrodnią stało NKWD, nie były pomyślane jedynie na ocieplenie relacji Kremla z Polską. Był to efekt uboczny, choć wdrożony z premedytacją, rosyjskiej strategii narodowej. Głównym celem nowej polityki Kremla jest zysk, w większości generowany przez Gazprom, a bliższe stosunki pomiędzy podmiotami rynkowymi, którym przyświecają wartości takie jak szczerość i zaufanie, sprzyjają kształtowi finalnych porozumień. W myśl tej strategii: im bardziej przyjacielskie będą związki pomiędzy Polską a Rosją, tym lepszy biznes ubije Kreml na sprzedaży gazu do Polski.

Strategia energetyczna Kremla oraz jej nieodłączny element szantażu, stały się centralnym punktem rosyjskiej dyplomacji w 2003 roku. Mniej więcej od tamtego czasu Rosja lobbuje na rzecz powstania kartelu gazowego na wzór OPEC, w którym Kreml pełniłby rolę przewodnią, i dzięki któremu mógłby narzucać korzystne dla siebie ceny światowego gazu.

Polska stała się języczkiem u wagi rosyjskiej strategii energetycznej od chwili, gdy ogłoszono znalezienie w Polsce złóż gazu łupkowego. Ewentualna eksploatacja bogatych złóż pozbawiłaby Rosję poważnego kontrahenta, który importuje ok. 13 milionów m3/rok i zapewnia dodatni bilans handlowy ze sporą nadwyżką.

W polityce, tak jak w interesach, nic nie jest za darmo. Ustępując w symbolicznych dla Polski kwestiach historycznych, Kreml liczy, że polski rząd będzie bardziej skory do wymiernych ustępstw w kwestiach ekonomicznych i obronnych. To igranie na polskim poczuciu przyzwoitości może zdać egzamin, któż bowiem rzucałby Rosjanom kłody pod nogi mając w pamięci ckliwe gesty pojednania? Łatwo jest w tej atmosferze zapomnieć o narodowym interesie Polski.

Czego boi się Kreml?

Istnieje szereg przeszkód dla pełnego sukcesu energetycznego Rosji. Do głównych należą: badania nad alternatywnymi źródłami energii oraz budowa rurociągów gazowych niezależnych od woli Kremla (przede wszystkim Nabucco). Troska Moskwy nie kończy się jednak na energii. W interesie narodowym Rosji leżą także: ograniczenie działalności Stanów Zjednoczonych w strefie wpływów Moskwy, zahamowanie dalszego rozwoju NATO i przesuwania granic Paktu pod granicę rosyjską (Ukraina i Gruzja) oraz przedefiniowanie wizji Unii Europejskiej, w której znalazłoby się miejsce dla Rosji.

Rosja wyraźnie ciąży ku zachodowi. Choć Rosjanie mają problem z jednoznacznym określeniem swojego dziedzictwa kulturowego, bliżej im do Europy, z którą łączą ich wspólne interesy niż do Chin, których na Kremlu panicznie się boją. Ocieplenie relacji z Polską przez wyjaśnienie długoletnich kwestii spornych, które ciążyły na sumieniach obydwu krajów, nastawione jest także na rosyjskie członkostwo w Unii, o którym z pewnością w Rosji się myśli. Polska jest bowiem największym krajem Zjednoczonej Europy z byłej strefy wpływów Związku Radzieckiego, który mógłby blokować dążenia akcesyjne Rosji.

Podejrzliwość z jaką Kreml patrzy na Państwo Środka jest uzasadnione. Chiny są kolosem, ale kolosem na glinianych nogach. Ciągły wzrost w obecnym tempie jest niemożliwy i zaprzecza ekonomicznym cyklom. Można go jeszcze kilka lat sztucznie stymulować, ale potem nastąpi nie tyle spowolnienie, co załamanie. Głównymi przyczynami będą demografia Chin i – co pozornie wydaje się śmieszne – brak rąk do pracy. Już dziś spekuluje się, że Chiny będą sprowadzać siłę roboczą z Afryki, albo przynajmniej że Afryka stanie się chińską fabryką. Wobec tego można uznać, że Chiny to „Japonia na sterydach”. Japończycy mieli swoją bańkę spekulacyjną w latach 90tych i do dziś się z niej nie wykaraskali. Z Chinami będzie podobnie, a to pieniądze trzymają ten kraj w ryzach, a nie ideologia, która od dawna nie ma nic wspólnego z komunizmem. Jeśli więc nastąpi załamanie gospodarki w Państwie Środka to zadrży cała struktura chińskiego społeczeństwa. Obydwa filary, na których opiera się chiński reżim – ogromna biurokracja i aparat bezpieczeństwa – już dziś są zagrożone. Potęga Chin znajduje się na wschód od Pekinu, nad wybrzeżem. Wybrzeże to ciąży ku Zachodowi oraz jego pieniądzom i niewiele wspólnego ma z wyzyskującym go rządem centralnym. Możliwe więc, że odpowiedzią Pekinu na groźbę rozpadu wewnętrznego będzie cykliczna już izolacja Chin (nie całościowa, bo surowce energetyczne dalej trzeba będzie sprowadzać z Afryki) albo zwrot w polityce zagranicznej i przeobrażenie się w państwo handlowe, porzucając marzenia o mocarstwowości. Istnieje też szansa, że dalszy rozwój handlu sprzyjać będzie umacnianiu się pozycji Chin na arenie międzynarodowej w myśl geoekonomii, co w efekcie zaostrzy apetyt Państwa Środka na surowce i w naturalny sposób uczyni z Syberii cel strategiczny, budząc do życia uśpiony w Chinach nacjonalizm. Trzecią możliwą drogą jest podział Chin w wyniku wewnętrznych wstrząsów, który przyczyni się do masowej emigracji ludności chińskiej między innymi do Rosji. Targana swoimi własnymi problemami etnicznymi Rosja mogłaby takiej próby nie przetrzymać.

Rosyjska „heroina”

Rosyjski gaz działa jak heroina – uzależnia. Na dłuższą metę jednak strategia kremlowskiego zastraszania dostawami surowców nie będzie przynosić powodzenia. Premier Putin był najgorętszym zwolennikiem strategii narodowej spod znaku „gaz palny zamiast broni palnej” przy użyciu Kreml & Gazprom Co. Niemniej jednak na światowym rynku nie może sobie pozwolić na takie szachowanie innych państw z prostego względu. Rosyjski wzrost gospodarczy, a co za tym idzie byt państwowy (przecież Federacji Rosyjskiej grozi całkowity rozpad w przypadku większego załamania gospodarki) uzależnione są od sprzedaży gazu. Znaczy to ni mniej ni więcej, że broń jest obosieczna i Rosja jest w równym stopniu uzależniona od swoich kontrahentów, co oni od niej. Jeśli Kreml zacznie prowadzić politykę jawnie agresywną w kwestii dostaw gazu, kraje zastraszane będą wolały wydać więcej i brać ów surowiec z Norwegii, Bliskiego Wschodu, Afryki, czy Kanady. Co ważniejsze, coraz większą popularnością cieszy się LNG, a tego Rosja wytworzyć nie potrafi – przynajmniej w pojedynkę – a 49% udziałów z pola Sztokman (przeznaczonego do wydobycia LNG) posiadają Total i Statoil, a jeśli brać pod uwagę, że to one odpowiedzialne będą za rosyjski LNG, łatwo się domyśleć, że zysk dla Kremla będzie znacznie uboższy. Ponadto z chwilą zakończenia budowy Nabucco, ceny gazu w Europie przestaną być monopolizowane przez Gazprom, a to odbierze Rosji argument do energetycznego szantażu.

Rosyjska „heroina” uzależnia nie tylko zagranicznych importerów gazu. Ponad 70% eksportu Rosji stanowią surowce energetyczne; Rosja jest pierwszym na świecie eksporterem gazu ziemnego i drugim sprzedawcą ropy naftowej. PKB Rosji liczony według parytetu siły roboczej faktycznie jest na poziomie Wlk. Brytanii i Francji, z tą tylko różnicą, że 2009 rok Rosja zamknęła z 8% stratą, Niemcy „tylko” z 5%, a Francja straciła 2,2%. Przy liczbach rzędu 2 bilionów USD to spore różnice i świadczą dobitnie na niekorzyść Rosji. Niekorzystna dla Rosji koniunktura jest efektem porzucenia prywatyzacji rosyjskiej gospodarki, niechęć wspierania rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw oraz nastawienie ekonomicznej machiny na eksport. Chcąc uzależnić świat od swoich surowców, Rosja sama się od nich uzależniła, a każdy wstrząs na rynku energetycznym mógłby zniszczyć jej kruchą gospodarkę.

Ewolucja, nie rewolucja

Nie można mówić o rewolucji wobec kraju, w którego jądrze nic się nie zmienia. Rosja wciąż pozostaje autorytarnym reżimem z niemal wodzowską figurą Putina, opozycją w więzieniach, fikcyjnymi procesami, trzema filarami władzy – ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą – skupionymi w jednych rękach oraz korupcją na poziomie Kamerunu, Sierra Leone, czy Zimbabwe. To, co dzieje się w kraju nad Wołgą, można nazwać ewolucją. Cel w polityce zagranicznej Rosji pozostał bez zmian, zmieniły się natomiast środki do jego uzyskania. Rosja chce zachować swą unikalną pozycję w świecie, w którym wciąż traktuje się ją jak spadkobierczynię Związku Radzieckiego ze wszystkimi tego przywilejami (Rada Bezpieczeństwa ONZ, G7 itd.). Oficjalny zwrot nastąpił 30 października 2009, kiedy prezydent Miedwiediew potępił w Dniu Pamięci Ofiar Totalitaryzmu zbrodnie sowieckiego reżimu. Dzisiejsze potępianie zbrodni Stalina, zrzucanie go z piedestałów i wymazywanie z listy narodowych bohaterów, jest tego kontynuacją.

Nie ma się co łudzić, że Kreml zrezygnował z imperialnych zapędów. Rosja nadal spogląda na swą dawną strefę wpływów z pozycji głodnego wilka wlepiającego ślepia w bezbronną ofiarę. Nie jest jednak zainteresowana podbojem, jej metody są bardziej wyrafinowane. Przykład dała temu ostatnio Ukraina przedłużając dzierżawę bazy morskiej w Sewastopolu w zamian za rabat na dostawy gazu, od którego Ukraina i tak jest w pełni uzależniona. Kreml ponadto z lubością stosuje starożytną strategię divide et impera – dziel i rządź. Rosja manipuluje swoimi sąsiadami, kształtując nowy – odpowiadający Moskwie – ład.

Uświadomienie sobie nieopłacalności dotychczasowej linii politycznej Kremla dało początek ewolucji. Jej sukces końcowy zależeć będzie od bardzo wielu czynników w tym i trudnych do przewidzenia, bo nie mających bezpośredniego związku z polityką, jak rozwój alternatywnych sposobów pozyskiwania energii, odkrycie nowych złóż ropy i gazu w innych rejonach świata, czy zrobienie użytku z gazu łupkowego w Polsce. Warto wykorzystać to ocieplone oblicze Rosji, pamiętając przy tym o własnym interesie narodowym i przekuć polski potencjał w sukces bez obawy o rosyjski szantaż energetyczny. Tylko czy Polskę stać na nieszablonowe myślenie bez własnej, wewnętrznej, ewolucji?