Perski hegemon

Mimo gróźb wspólnoty międzynarodowej pod adresem Teheranu, pozycja geopolityczna Iranu wciąż ulega wzmocnieniu.

Swego czasu w auli Uniwersytetu Kairskiego Barack Obama mówił o potrzebie otwarcia dialogu między Ameryką i wyznawcami islamu. Podkreślał, że nie da się przerwać „błędnego koła podejrzeń i niezgody” bez szczerej debaty o problemach dzielących obie strony. Prezydent USA stwierdził, że do napięć między światem zachodnim a muzułmanami doprowadzili ekstremiści islamscy oraz że chce nowego początku we wzajemnych relacjach. Przyznał, że napięcia między obu stronami „zostały podsycone przez kolonializm, który odmówił muzułmanom ich praw i przez zimną wojnę, podczas której kraje muzułmańskie były traktowane jako podległe, bez zwracania uwagi na ich własne aspiracje”. – Podobnie jak muzułmanie nie pasują do stereotypu okrutnych, USA nie są samolubnym imperium – przekonywał. Amerykański prezydent uznał też, że Iran powinien mieć dostęp do pokojowych technologii jądrowych, ale musi zobowiązać się do nierozprzestrzeniania broni atomowej. – Jakikolwiek wyścig zbrojeń na Bliskim Wschodzie może doprowadzić do ogromnego zagrożenia – ostrzegł Obama.

Kairskie przemówienie przywódcy USA nie spotkało się z aprobatą na Bliskim Wschodzie. Głosy sprzeciwu pojawiły się nawet w samej Ameryce. Wielu konserwatystów jeszcze przed wyjazdem Obamy do Egiptu powtarzało, że sama idea wystąpienia w Kairze jest błędna, bo stwarza wrażenie słabości Ameryki w obliczu islamistycznego przeciwnika. Treść prezydenckiej mowy nie zmieniła tych ocen. – Przemówienie Obamy jest powtórzeniem jego dawnych wypowiedzi w nowym opakowaniu. To próba przypodobania się islamistom, powiedzenia im tego, co chcieliby usłyszeć. Z tymi ludźmi należy walczyć, a nie ich przepraszać – stwierdził prawicowy komentator i dyrektor think tanku Forum Bliskowschodnie Daniel Pipes.

Niewykorzystane zwycięstwo

Niestety, słowa Pipesa okazały się prorocze. Najlepiej widać to na przykładzie Iranu, którego pozycja geopolityczna wciąż ulega wzmocnieniu. Wydarzeniem, które w ostatnim czasie w szczególnym stopniu wpłynęło na umocnienie się roli i znaczenia Teheranu, okazała się izraelska kampania militarna w Strefie Gazy. Choć formalnie celem operacji „Płynny Ołów” było zmniejszenie potencjału bojowego Hamasu i zlikwidowanie permanentnego zagrożenia atakami rakietowymi na obszar południowego Izraela, to w szerszym ujęciu strategicznym Izrael dążył do osłabienia pozycji politycznej Hamasu w strukturach Autonomii Palestyńskiej i stworzenia tym samym warunków dla przywrócenia do władzy ruchu Fatah.

W toku operacji władze izraelskie popełniły jednak szereg strategicznych błędów, z których najważniejszymi były zbyt późne wprowadzenie do walki sił lądowych, a następnie zbyt wolne tempo ich działań i unikanie walk w Gaza City. W efekcie, Tel Awiw zmuszony był pod presją międzynarodową przerwać swą kampanię, jeszcze przed zrealizowaniem najważniejszych celów. Przyczyniło się to do dalszego utrwalenia wrażenia – powstałego w regionie bliskowschodnim po wojnie libańskiej w 2006 roku – że państwo żydowskie nie jest już wszechmocną potęgą militarną. Iran zaś, jako główny patron i sponsor „zwycięskiego” Hamasu, umocnił się w roli głównego islamskiego orędownika „sprawy palestyńskiej”.

Nieudana izraelska operacja w Strefie Gazy wpłynęła na umocnienie się regionalnej pozycji Iranu także poprzez odwrócenie kilku ważnych dla Izraela procesów geopolitycznych w regionie, których kontynuacja w poważnym stopniu zagrażała strategicznym interesom Teheranu wobec Lewantu. Najważniejszym z takich procesów był zarysowujący się przełom w relacjach między Izraelem a Syrią. Rozmowy między Tel Awiwem a Damaszkiem – jedynym sojusznikiem Iranu w regionie Bliskiego Wschodu – prowadzone za pośrednictwem Turcji i dotyczące uregulowania wzajemnych relacji obu wrogich państw, mogłyby doprowadzić do niemal zupełnego zlikwidowania wpływów irańskich w regionie Lewantu. Syryjczycy zerwali jednak ten proces w reakcji na działania izraelskie w Gazie. Także pozostająca dotychczas w tradycyjnie dobrych relacjach z Izraelem Turcja znacznie schłodziła swe relacje z państwem żydowskim.

Jawne prowokacje

Obecnie decydenci z Teheranu czują się wyjątkowo pewnie. Niedawno irańska rakieta wyniosła na orbitę pierwszego satelitę. Data wystrzelenia satelity „Omid” nieprzypadkowo zbiegła się z obchodami 30. rocznicy rewolucji islamskiej. Rozkaz do odpalenia pocisku, który wyniósł „Nadzieję” na orbitę, wydał sam prezydent. – Dziś z boską pomocą, działając na rzecz sprawiedliwości i pokoju, Islamska Republika Iranu oficjalnie rozpoczyna obecność w kosmosie – cieszył się Mahmud Ahmadineżad, przemawiając do narodu w państwowej telewizji.

Szef dyplomacji w Teheranie Manuszehr Mottaki podkreślił, że satelita ma służyć wyłącznie celom pokojowym. – Satelity są niezbędne do gromadzenia danych na temat środowiska, klimatu i innych informacji, których potrzebujemy dla technologicznego, rolniczego i ekonomicznego rozwoju – tłumaczył Mottaki, podkreślając, że „każdy kraj powinien mieć prawo do korzystania z najnowocześniejszych technologii”. Zachodni eksperci są jednak innego zdania. Uważają, że skoro rakieta Safir-2, która umieściła satelitę na orbicie, ma zasięg do 250 kilometrów, to znaczy, że Iran ma już technologię, którą może wykorzystać do stworzenia międzykontynentalnych rakiet z głowicami jądrowymi.

Wystrzelenie satelity poruszyło także przywódców państw europejskich. Zwłaszcza, że doszło do niego dzień przed spotkaniem dyplomatów z UE, USA, Rosji i Chin w Niemczech, poświęconym irańskiemu programowi atomowemu. Rzecznik MSZ w Paryżu Eric Chevallier oświadczył, że Francuzi z niepokojem patrzą na rozwój technologii, która może być wykorzystana w produkcji rakiet balistycznych. Głos w całej sprawie zabrały również USA. – Umieszczenie na orbicie okołoziemskiej irańskiego satelity to dla nas powód do dużego zmartwienia – powiedział rzecznik Departamentu Stanu, Robert Wood. Powtórzył, że rezolucja 1718 Rady Bezpieczeństwa ONZ zakazuje Iranowi wszelkiej działalności związanej z produkcją rakiet.

Strach przed zagładą

Najbardziej zaniepokojeni są jednak Izraelczycy. – Ta próba pokazuje, że Irańczykom udało się poczynić znaczne postępy w rozwoju technologii. Jeśli nikt ich nie powstrzyma, to za dwa, trzy lata będą w stanie uzbrajać rakiety w głowice nuklearne – twierdzi prof. Gerald Steinberg, ekspert ds. wojskowych z Uniwersytetu Bar-Ilan w Tel Awiwie.

Iran ma już ponad sto rakiet balistycznych Szahab 3, czyli trzy razy więcej niż rok temu. Pociski te zdolne są przenieść prawie tonę ładunku wybuchowego na odległość do 2 tys. km, a więc mają w swoim polu rażenia Izrael. Lot z Iranu do Tel Awiwu zajmuje im około 11 minut. Mogą zmieniać kurs w końcowej fazie lotu, co utrudnia ich zestrzelenie.

Izraelskim remedium na Szahaby jest system obrony przeciwrakietowej Arrow, który powstał we współpracy z Amerykanami. Jest on porównywalny z systemem Patriot. Kilka lat temu podczas testów Strzała zestrzeliła klona rakiety Szahab 3. Teraz Izraelczycy muszą liczyć się z tym, że będą musieli zestrzelić sto szahabów naraz. Zresztą pilnie się do tego przygotowują. Na pustyni Negew na południu kraju działa nowa baza radarowa. Jej personel stanowi 120 Amerykanów. Radar ma wykrywać irańskie rakiety natychmiast po ich odpaleniu, dając Izraelczykom kilka dodatkowych minut na reakcję i przygotowanie antyrakiet. Izrael ma także zagwarantowany przez Baracka Obamę „parasol atomowy”. Oznacza to, że jeśli Iran zrzuci na Izrael bombę atomową, USA odpowiedzą zmasowanym atakiem atomowym na Iran.

Czas nagli

Opisane zagrożenie wcale nie jest hipotetyczne. – Amerykański satelita odkrył tajny ośrodek badawczy w Iranie, gdzie prawdopodobnie są testowane rakiety dalekiego zasięgu – napisał 11 kwietnia 2008 roku „The Times”. Zdaniem cytowanych przez brytyjski dziennik ekspertów, ze zdjęć satelitarnych wynika, że Irańczycy w ciągu pięciu lat mogą skonstruować pociski balistyczne o zasięgu 6 tys. kilometrów!

Wykryty przez satelitę nieznany wcześniej ośrodek badawczy mieści się około 230 kilometrów na południowy wschód od Teheranu. Jego związki z programem rakietowym ujawniło pismo „Jane’s Intelligence Review” po przestudiowaniu zdjęć z satelity Digital Globe QuickBird. Dokładna analiza fotografii wykazała, iż Iran podąża dokładnie tą samą ścieżką, co Korea Północna, a więc prowadzi program kosmiczny, pozwalający na zdobycie doświadczenia w technologii budowy rakiet dalekiego zasięgu. Cytowany przez „Timesa” inspektor oraz naukowiec z amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology Geoffrey Forden powiedział, że na zdjęciach znajduje się zbudowany w ostatnim czasie budynek, którego kształt i rozmiar przypomina obiekt północnokoreański, w którym montowano pociski dalekiego zasięgu Taepodong.

Świat niepokoją także ostatnie wypowiedzi irańskich władz i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. – Iran rozpoczął montaż sześciu tysięcy zaawansowanych technologicznie wirówek do wzbogacania uranu – oświadczył niedawno Mahmud Ahmadineżad. MAEA w swym raporcie na temat postępów irańskiego programu nuklearnego stwierdziła zaś, że w Natanzie Iran testuje 12 ulepszonych wirówek typu IR-2 do gazowej separacji izotopów uranu. To zła wiadomość dla Izraela, bo IR-2 może prowadzić proces wzbogacania uranu dwa do trzech razy szybciej niż P-1.

Persowie coraz silniejsi

Co ciekawe, nie tylko Izrael jest w odwrocie. Również strategiczny układ sił między USA, a Iranem przechyla się coraz wyraźniej na korzyść Teheranu. Irańczycy niezwykle skutecznie rozgrywają kartą iracką: ostatnie miesiące to znaczny spadek aktywności radykalnych ugrupowań szyickich w Iraku, powiązanych z Teheranem oraz niemal całkowite „uśpienie” komórek irańskich służb bezpieczeństwa ulokowanych w tym kraju. Celem jest utwierdzenie Waszyngtonu w przekonaniu, że sytuacja w Iraku umożliwia praktycznie całkowite wycofanie sił amerykańskich. W łonie kierownictwa irańskiego zwyciężyło najpewniej przekonanie, że wyjście Amerykanów z Iraku i umożliwienie im skupienia głównego wysiłku strategicznego w Afganistanie będzie dla Iranu korzystniejsze, niż podtrzymywanie przez Teheran irackiej rebelii w celu „uwiązania” sił USA nad Tygrysem i Eufratem.

Iran staje się także przysłowiowym „języczkiem u wagi” w odniesieniu do rozwoju sytuacji na obszarze afgańsko-pakistańskim. Pogarszająca się sytuacja operacyjna sił międzynarodowych w Afganistanie i niewielkie szanse na szybką poprawę stanu rzeczy sprawiają, że niektórzy członkowie NATO zaczynają poszukiwać rozwiązań mających zapewnić szybką perspektywę wycofania swych sił z teatru działań wojennych. Jednym z takich rozwiązań, rozważanych coraz głośniej, jest dopuszczenie Iranu do udziału w rozwiązaniu kwestii afgańskiej. W myśl tej koncepcji, Iran – jako posiadający poważne wpływy polityczne, historyczno-cywilizacyjne i religijne wśród części grup etnicznych Afganistanu – podjąłby się współpracy w stabilizowaniu sytuacji w tym kraju wraz z siłami ISAF, głównie poprzez wymianę informacji wywiadowczych, ale także udostępnienie swego terytorium dla potrzeb zabezpieczenia logistycznego misji ISAF.

Krzysztof Głowacki