Katastrofa w Smoleńsku: coraz mniej zdrowego rozsądku

Kiedy czytam w kolejnych komentarzach, iż jestem rosyjskim agentem FSB, moim idolem jest Władimir Putin i kolejny “prośby” o to, bym napisał w końcu swoją “prawdziwą narodowość” tylko dlatego, iż wykluczam, że tragedia w Smoleńsku to celowa robota Rosjan, nie przejmuję się. Trudno, żebym traktował ludzi, którzy mnie w tak wyrafinowany sposób obrażają, poważnie.

Teorie spiskowe, wyrażane w komentarzach, tekstach, wypowiedziach budzą u mnie zażenowanie połączone z rozpaczliwym śmiechem. Od tego jednak jest wolność słowa, by ją szanować. Panie, panowie, głoście sobie dalej swoje niepoparte dowodami hipotezy.

Problem zaczyna się wtedy, gdy dziennikarze – mający ambicje być opiniotwórczymi, a nawet niejednokrotnie nimi będącymi – zaczynają pisać w podobnym (na całe szczęście: jeszcze z hamulcami) tonie. Wypowiadali się m.in. Tomasz Terlikowski, Bronisław Wildstein i Łukasz Warzecha i działalnością tego ostatniego zajmę się w tym tekście, bo publicysta “Faktu” jest najbardziej aktywną postacią.

Pan redaktor ma zaskakujące hobby – lubi zadawać pytania, nawet gdy odpowiedzi są w zasięgu ręki.

Wyznacznikiem koncepcji nie jest poparcie dla polityki prezydenta, a zdrowy rozsądek

Oddaje głos panu Łukaszowi:

“Niektórzy w gorącej wodzie kąpani zwolennicy Prezydenta Kaczyńskiego wydają się mieć już pewność, że zamach miał miejsce. Jego przeciwnicy z kolei a priori uznali, że na pewno mieliśmy do czynienia z wypadkiem; no, może jeszcze z niewielkim udziałem samego Lecha Kaczyńskiego, który na pewno zmuszał pilotów do lądowania. Obie postawy są nieracjonalne.””

Odniosłem wrażenie, iż pan Warzecha wielokrotnie prosił, aby nie generalizować i nie wrzucać ludzi do jednego worka – np. nie chce być uważany za kogoś, kto występuje w jednym szeregu z osobami twierdzącymi, że to robota Marsjan, współpracujących z Putinem, wspólnie strzelających do Tupolewa z działa jonowego. Jego ocena filmiku z miejsca zdarzenia, jest podobna do mojej.

Pan Łukasz zapomina jednak, że w samolocie nie zginął tylko prezydent Lech Kaczyński, ale również 95 innych osób, często niezwykle wpływowych. Dlaczego jednak wszyscy przeciwnicy śp. prezydenta mają twierdzić, iż to był wypadek z niewielkim udziałem prezydenta w postaci nacisków? Owszem, pojawiały się takie spekulacje, z reguły w komentarzach, obok tych o Marsjanach, filmiku czy intelektualnych analizach wskazujących “kto to zrobił i dlaczego byli to Rosjanie?”. Mówiąc wprost: nie ma dowodów na to, iż prezydent wpływał na pilotów, a jeżeli tak było, to na pewno zapisało się to na czarnych skrzynkach. Zamiast insynuacji, zajmijmy się faktami.

Wsadzanie w ustach przeciwnikom prezydenta poglądów, których nie wypowiedzieli, nie jest uczciwą metodą w żadnej dyskusji. Chociażby dlatego, iż wśród zwolenników Lecha Kaczyńskiego są osoby, którzy wykluczają zamach, ale również ludzie deklarujący się jako jego “nie-zwolennicy” piszą o zamachu. Upraszczanie jest bezsensowne w tym przypadku.

Cui prodest?

Publicysta przedstawia swój bilans strat i zysków.

Zaczynamy znowu od cytatu:

Uprawnia nas do tego nie tylko zasada, że zamach powinien być jedną z hipotez niejako z automatu, ale też czysto hipotetyczne rozważenie zysków i strat, jakie mogłyby dotyczyć potencjalnych sprawców. Polska, przez swoje zaangażowanie choćby w Afganistanie, może się teoretycznie stać celem klasycznych islamskich terrorystów i również tej hipotezy nie można wykluczać.

Na pozór jest to logiczne. Polska angażuje się w Afganistanie i Iraku, więc islamscy terroryści atakują Polskę. Nie ma to jednak sensu.

Islamscy terroryści atakują obiekty cywilne i państwowe w Europie nie po to, by zabijając jakiegoś przywódcę i pozorując wypadek, wyeliminować go ze sceny politycznej. Wtedy, poza prezydentem, trzeba byłoby pomyśleć o zabójstwie premiera i ministra obrony narodowej (którzy również wysyłali wojska do Afganistanu).

Terroryzm to środek do zastraszania społeczeństwa i wywierania na niego nacisku. W skrócie – zaraz po zamachu przyznaliby się do jego popełnienia dla zdobycia rozgłosu w mediach, a służby momentalnie odtworzyłyby przebieg wydarzeń (np. zestrzelenie samolotu przy pomocy pocisku przeciwlotniczego). Podstawową wątpliwością jest jednak, czy np. iraccy rebelianci byliby w stanie coś takiego zorganizować? Bardzo, bardzo, bardzo wątpliwe. Poza tym, istnieje co najmniej kilkudziesięciu polityków, których zabicie byłoby z ich punktu widzenia ważniejsze.

Inna kwestia, że gdyby to była jakaś organizacja terrorystyczna, to prawdopodobnie od razu pojawiłby się głosy, że to tak naprawdę Rosjanie, a tylko upozorowali atak terrorystyczny, więc i tak wrócilibyśmy do punktu wyjścia…

Idziemy dalej. Pan Łukasz nie przesądza, co jest przyczyną wypadku, jednocześnie puszcza jednak oko do zwolenników teorii zamachu, rozpisując się na ten temat na kilka akapitów Jak argumentuje “interes” Rosjan?

Po pierwsze – małe nie oznacza: żadne. Wynik wyborów nie był w żadnym stopniu rozstrzygnięty.

To prawda, sondaże nie dawały prezydentowi szans, ale uważam, iż to bez znaczenia. Lech Kaczyński nie był groźny z punktu widzenia Rosji, chociażby dlatego, iż wpływy Polski w NATO nie są zbyt wielkie. W praktyce, jego poparcie dla Gruzji nie było niebezpieczne dla Rosjan, a śmierć nie dawała żadnej gwarancji zmiany polskiej polityki. Identycznie w kwestii Ukrainy, która – z punktu widzenia Kremla – została “odzyskana”. Protesty w sprawie Czeczenii? Nie bądźmy śmieszni, Polacy milczą w tej kwestii, podobnie jak większość rządów europejskich, a nawet gdybyśmy zgłaszali jakieś uwagi, Rosjanie mieliby je tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Pozostaje jeszcze inny argument. Skoro nie wyeliminowali Saakaszwilego (co obiecywał kiedyś Putin), to czemu mieliby zabijać prezydenta Polski? Zero w tym nie tylko korzyści, ale i sensu.

Po drugie– wraz z prezydentem zginęła znaczna część jego współpracowników, ludzi, którzy mieli do odegrania w polskiej polityce znaczącą rolę, a podzielali poglądy Lecha Kaczyńskiego na politykę zagraniczną oraz innych uczestników polskiego życia publicznego, którzy z rosyjskiego punktu widzenia mogli być problematyczni.

Tak, zwłaszcza politycy Platformy Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. To prawda, że wraz z Lechem Kaczyńskim zginęło szereg jest współpracowników, ale sam prezydent nie był dla Moskwy problematyczny. Doskonale to widać m.in. po tym, jak nas kiwają na Litwie przy Możejkach, czy budowie rurociągu Nord Stream, a także przy kompletnym ignorowaniu zdania polskiego w czasie konfliktu gruzińsko-rosyjskiego.

To straszne, ale ci ludzie, z punktu widzenia interesów Rosji, są zza grobu dużo bardziej niebezpieczni.

A teraz wcielmy się w postać Władimira Putina i zastanówmy się w jakiej sytuacji zdecydowalibyśmy się na tak dramatyczną decyzję, jak celowe spowodowanie wypadku samolotu państwowego? Putin musiałby przegrywać na wszystkich frontach, czego przyczyną byłaby postawa osób lecących samolotem, co więcej, byłaby to jedyna metoda eliminacji, nie można byłoby kogoś otruć (jak np. Litwinienkę) czy nawet wyeliminować politycznie (np. wywołując fałszywą aferę korupcyjną). Istnieje kilkaset sposób na zabicie kogoś, po co powodować wypadek samolotu, który nie daje 100% pewności sukcesu? Zamachowcy musieliby myśleć w ten sposób – podejmują ogromne ryzyko, bo jak się wyda, Rosja będzie skończona jako partner na arenie międzynarodowej, a NATO powinno (ale nie musi) w takim przypadku uruchomić artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego, Wspomnieć można jeszcze o innych konsekwencjach, związanych z Unią Europejską itd.

Trudno wskazać, jak wielkie zyski, przy takim ryzyku, musiałyby się wiązać z zamachem, by zdecydowano się go przeprowadzić. Niech sam czytelnik oceni, czy decyzja o przeprowadzeniu takiej operacji, miałaby sens.

Po trzecie– na pokładzie miał być także Jarosław Kaczyński, który wycofał się w ostatniej chwili. Wszystko to wystarczyłoby jako odpowiedź na pytanie cui prodest.

A korzystna jest informacja idąca w świat, że na rosyjskich lotniskach rozbijają się samoloty rządowe? Czy korzystne dla Rosjan jest nagłośnienie sprawy Katynia? Po co wybierać taki termin? Czy korzystna dla Rosji jest fala spekulacji, że to nie musiał być wcale wypadek?

Czy naprawdę Rosja była w aż tak wielkim zagrożeniu, a atak to był aż tak wielki zysk, by się decydować na taki krok? Co takiego zyskali Rosjanie po wypadku?

Trzeba też pamiętać, że fizyczna likwidacja politycznych przeciwników – coś, co w naszych europejskich głowach może się dzisiaj nie mieścić – nie jest dla rosyjskich elit rządzących niczym niezwykłym. To wręcz część rosyjskiej tradycji politycznej. Mój znajomy powtórzył mi słowa pewnego eksperta od terroryzmu, którego spytał o katastrofę: „Zrób coś tak bezczelnego, żeby nikt nie uwierzył, że to ty zrobiłeś”. W Tu 154M wszyscy byli podani jak na tacy. Gdzieś w Moskwie mogło paść pytanie, czy wolno zmarnować taką okazję.

Tak jest, pan Warzecha niczego nie przesądza, ale trudno uwierzyć w to, iż nie faworyzuje jednej z tez. Później powołuje się na anonimowego eksperta, którego wypowiedź mieści w w koncepcji “brak dowód jest dowodem na to, iż Rosjanie dokonali zamachu” i do przodu. Ile to ma wspólnego z rzetelnością – pozostawiam czytelnikowi do samodzielnej oceny.

Później pan redaktor stawia trzy tezy – pierwszy, iż do wypadku przyczyniło się rosyjskie niedbalstwo (z którą nie polemizuje, bo nie uważam tego za nieprawdopodobny scenariusz), drugi, że Rosjanie “chcieli tylko” utrudnić lądowanie, ale wyszła z tego katastrofa. Druga teza jest niezwykle mało realistyczna. Nie można oczywiście wykluczyć, iż Rosjanie chcieliby zrobić na złość prezydentowi, ale musieliby m.in. wyprodukować sztuczną mgłę, a jak wiemy, to raczej sfera fantazji niektórych zwolenników teorii zamachu. Trzecia teza mówi o bezpośrednich zamachu i jest niedorzeczna.

Następnie krytykuje filmik, za co mu chwała.