Amerykański apartheid

Pod koniec kwietnia Arizona wprowadziła najostrzejsze w Stanach Zjednoczonych prawo imigracyjne. Podpisana przez republikańską gubernator Jan Brewer ustawa (Senate Bill 1070), przegłosowana uprzednio przez stanowy parlament, traktuje każdego nielegalnego imigranta jak przestępcę, który może zostać skazany na półroczny pobyt w więzieniu i karę grzywny.

W świetle amerykańskiego prawa federalnego nielegalni przybysze poddawani są dodatkowo ekstradycji. Nowe prawo stanu Arizona przewiduje także karanie osób, które pomagają nielegalnym imigrantom, udzielając im schronienia bądź przewożąc ich autem. Ponadto każdy podejrzany o nielegalny pobyt na terenie stanu będzie mógł zostać wylegitymowany przez policję. Ten ostatni zapis budzi obawę, że policja w Arizonie zacznie traktować ludzi na podstawie profilu rasowego.

Latynosi w Arizonie

Imigracja uwypukla dwoistość (żeby nie powiedzieć hipokryzję) Ameryki. Narodowe motto Stanów Zjednoczonych brzmi: „E pluribus unum” – jedno uczynione z wielu. Odnosi się do różnorodności etnicznej, religijnej i kulturowej, na której zbudowano potęgę Ameryki. Stany Zjednoczone są krajem imigrantów, który dławi paniczny lęk przed imigrantami mogącymi zburzyć ład i porządek.

Historia pogranicza meksykańsko-amerykańskiego umownie zakończyła się w 1853 roku, kiedy w obliczu bankructwa gen. Santa Anna sprzedał południową Arizonę Stanom Zjednoczonym za 15 milionów USD. Meksykanie zawsze uważali te ziemie za swoje i osiedlając się w Arizonie tworzyli zamknięte społeczności, w których kultywują swój język, obyczaje i tożsamość – pewnie i tą, która łączy ich z Pancho Villą – bohaterem rewolucji meksykańskiej, który w 1916 roku spalił miasto Columbus w Nowym Meksyku i zabił kilku „gringos”.

Latynosi o meksykańskim rodowodzie stanowią 30% populacji Arizony. Przez granicę meksykańsko-amerykańską przybywa do Ameryki kilkaset osób dziennie, spośród których część przemyca narkotyki albo – w szerszym obrazie – przemoc. Histeryczna panika republikanów w Arizonie bardziej przypomina racjonalizm genetyczny (natywizm) niż racjonalizm ekonomiczny (powoływanie się na straty budżetowe jakie przynosi ochrona socjalna nielegalnych imigrantów). Natywizm amerykański nie jest zjawiskiem nowym, a jego korzenie sięgają lat trzydziestych XIX stulecia. Mianownik pozostał jednak ten sam – antyimigracyjna ksenofobia napędzana poczuciem zagrożenia. Nie ulega wątpliwości, że ofiarami nowej ustawy imigracyjnej w Arizonie godzi przede wszystkim w obywateli Stanów Zjednoczonych pochodzenia latynoskiego.

Głosy sprzeciwu

Jednym z pierwszych krytyków nowego prawa imigracyjnego Arizony był prezydent Barack Obama, który stwierdził, że ustawa godzi w „podstawowe poczucie sprawiedliwości właściwe Ameryce” i nakazał resortowi sprawiedliwości zbadać zgodność ustawy z fundamentalnymi prawami człowieka gwarantowanymi przez konstytucję.

Stanowe uniwersytety tracą studentów. Uczniowie wyższych uczelni protestują na ulicach największego miasta w stanie – Phoenix. Nikogo nie szokują transparenty z napisem „Arizona New Nazi State” (Arizona Nowy Stan Nazistowski). Rzecznicy college’ów przyznają, że otrzymują coraz więcej telefonów od aplikantów, którzy rezygnują ze studiów w Arizonie.

Czarnoskórzy prawodawcy alarmują, że nowa ustawa o imigrantach przypomina Prawa Jima Crowa, które po wojnie secesyjnej miały za zadanie ograniczyć prawa byłym niewolników i przyczyniły się do pogłębienia separacji pomiędzy ludnością białą i czarną na stopniu lokalnym (w zależności o hrabstw i stanów, które wprowadziły to prawo). Najczęściej słyszanym wobec tego słowem jest ostatnio oparty na segregacji rasowej „apartheid”, co pozwala myśleć, że Arizona uczyniła krok uwsteczniający ją o półtora wieku.

Żydzi z kolei porównują Arizonę do nazistowskich Niemiec, które przed wybuchem II wojny światowej nakazywały Żydom noszenie dokumentów i znakowały ich. Reprezentant społeczności żydowskiej Jared Polis dodał, że Arizona jest na dobrej drodze, aby stać się „stanem policyjnym”.

Gubernator stanu Virginia Bob McDonnell wyraził obawę, że „ustawiczne noszenie ze sobą dokumentów w celu udowodnienia amerykańskiego obywatelstwa przywołuje w pamięci inne reżimy, które nieszczególnie przyczyniły się do obecnej kondycji demokracji”. Burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg ostrzegł, że Ameryka „popełnia narodowe samobójstwo” nie uchwalając wspólnego wszystkim stanom prawa imigracyjnego i dopuszczając do inicjatyw, które „szkodzą państwu”.

Nowa ustawa kryminalizująca nielegalnych przybyszów wpływa negatywnie na gospodarkę stanu Arizona. Hotelarze informują o odwołanych rezerwacjach na masową skalę, a najgorsze zdaje się dopiero pukać do drzwi Stanu Wielkiego Kanionu. Protestujący wzywają wszelkiej maści firmy i zrzeszenia o nieorganizowanie na terenie Arizony konferencji i spotkań biznesowych. Tego typu wydarzenia są źródłem sporych dochodów, a działanie przeciwników nowej ustawy nastawione jest na wymuszenie zmiany prawa poprzez atak na czuły punkt władzy – finanse.

Amerykańska polityka wobec imigrantów z południa

„Stany zbudowały swoją potęgę gospodarczą rękami imigrantów, ale od lat dwudziestych XX stulecia panowała powszechna zgoda, że napływ imigrantów należy ograniczyć, tak aby gospodarka mogła ich wchłonąć i aby nie odbierali miejsc pracy obywatelom amerykańskim”. Imigracja, szczególnie nielegalna, nasiliła się w latach 80-tych XX wieku i na ogromną skalę trwa do dziś. Polityka imigracyjna Stanów Zjednoczonych stoi przed ogromną próbą ze względu na implozję demograficzną. „Przyrost naturalny się zmniejsza, a ludzie żyją dłużej. Rezultatem jest starzenie się społeczeństwa i spadek liczby młodych pracowników. Oznacza to, że nie później niż w 2020 roku Stany Zjednoczone zaczną borykać się z brakiem rąk do pracy, pogłębiającym się przez całą dekadę, i żeby wypełnić tę lukę, będą potrzebowały imigrantów”.

O istocie latynoskiej imigracji w Stanach Zjednoczonych niech świadczy fakt, że miejsce debaty publicznej zajmowało w ostatnich latach mianowanie hiszpańskiego językiem urzędowym oraz wprowadzenie dwujęzycznej wersji hymnu narodowego. Portorykanie w Nowym Jorku, Kubańczycy w Miami ze swoim Calle Ocho, Meksykanie na terenie Teksasu, Nowego Meksyku, Arizony, Illinois czy Kaliforni tworzą potężne lobby mające niemały wpływ na politykę wewnętrzną USA.

Najbardziej adekwatnym do obecnych realiów, a przy okazji dalekowzrocznym podejściem władz do Latynosów, wyróżniał się prezydent Ronald Reagan. Twierdził, że „demonstrują oni znaczenie ciężkiej pracy”, a tworzone przez nich społeczności o wspólnych wartościach wzbogacają Amerykę.

Rzeczywiście Latynosów cechuje ciężka praca (o czym świadczyć może ich niski procent bezrobocia), a prowadzone przez nich przedsiębiorstwa rosną trzykrotnie szybciej niż wynosi krajowa średnia. Reagan miał również rację odnośnie wartości gloryfikowanych przez latynoską społeczność, do których należą wiara i rodzina. Większość Latynosów w Stanach Zjednoczonych opowiada się przeciwko aborcji, a za małżeństwo uznaje jedynie związek pomiędzy mężczyzną i kobietą.

Gołym okiem widać, że Latynosi współdzielą znaczną część swych poglądów z republikanami. Reagan zwykł mawiać o nich, że „są konserwatystami, tylko jeszcze tego nie wiedzą”. Upłynęły dwie dekady, a spuścizna prezydenta, który wyrzucił komunizm „na śmietnik historii” zdaje się być zapomniana.

Liczbę Latynosów w Stanach Zjednoczonych szacuje się na 45 milionów, albo – w języku polityki – 10% elektoratu republikanów. Po kwietniowej burzy spowodowanej nowym prawem imigracyjnym w Arizonie atmosfera tylko gęstnieje, a słowa takie jak „rasizm” padają na okrągło pod adresem republikańskiej legislatywy, co w obliczu zbliżających się wyborów do kongresu może całkowicie pogrzebać amerykańską prawicę.

Stany Zjednoczone są specyficznym państwem. Jako mocarstwo mogą pozwolić sobie na olbrzymi margines błędu w polityce zagranicznej, czego w polityce wewnętrznej nie mogą. Są bardzo wrażliwe na wewnętrzne wstrząsy, podobnie jak wrażliwy jest elektorat, który reaguje na wszelkie ruchy partii, rządu centralnego oraz władz lokalnych.

Liczby nie kłamią

Wobec toczonej za Oceanem debaty publicznej nad koniecznością ustanowienia nowego prawa federalnego dotyczącego imigrantów, ośrodki badań opinii publicznej takie jak Instytut Gallupa, zapytały Amerykanów o ich stosunek do przybyszów. Połowa ankietowanych uważa, że obecny poziom imigracji powinien zostać zmniejszony, a 14% jest zdania, że Stany Zjednoczone cierpią na deficyt rąk do pracy i mają za mało imigrantów. Na pytanie o stosunek do imigracji 58% pytanych udziela odpowiedzi pozytywnej, co jest wyraźnym spadkiem w porównaniu z ubiegłymi latami, jednakże daleko jeszcze do nastrojów, które ujawniły się po atakach z 11 września 2001 roku, innymi słowy – nie ma tragedii.

Z drugiej strony Bellwether Research przedstawia dane dotyczące poparcia dla nowego prawa w Arizonie: 62% ankietowanych popiera ustawę imigracyjną, a 9% twierdzi nawet, że jest zbyt łagodna. Gdyby od kilku tygodni media w Stanach Zjednoczonych nie bombardowały opinii publicznej antyrasistowskimi hasłami, wyniki odzwierciedlające prawdziwe postawy Amerykanów mogłyby być jeszcze bardziej okrutne dla nielegalnych imigrantów.

Tendencja prowadząca do zahamowania imigracji udziela się wszystkim frakcjom politycznym: Republikanom, Demokratom oraz politykom niezależnym, z tą tylko różnicą, że u republikanów przybiera to większą skalę. Fakt ten stawia ogromny znak zapytania nad ubiegłoroczną zapowiedzią Baracka Obamy o planach przeprowadzenia w 2010 roku debaty dotyczącej amnestii dla nielegalnych imigrantów i umożliwienia im w przyszłości uzyskania obywatelstwa amerykańskiego. Możliwe jednak, że na fali oburzenia „rasistowskim” prawem imigracyjnym, Demokraci uzyskają niezbędną większość w kongresie i pod koniec roku dokonają nowelizacji w prawie federalnym, ale i oni są wewnętrznie skłóceni w tej kwestii.

Problem imigrantów staje się polem rywalizacji nie tyle ugrupowań, co ideologii. Jedna z nich przekonuje, że nielegalni imigranci kosztują skarb państwa grube miliardy i należy się ich pozbyć. Druga z kolei uważa, że nielegalni przybysze – jak wszyscy inni ludzie – napędzają gospodarkę poprzez konsumpcjonizm, a powszechna amnestia sprawiłaby, że budżet Stanów Zjednoczonych zostałby poważnie zasilony podatkami wielu milionów imigrantów, którzy pracując na czarno nie rozliczają się z fiskusem. Poza mainstreamowymi pomysłami na rozwiązanie kwestii imigrantów, istnieje jeszcze szereg mniej popularnych. Na uwagę zasługuje koncepcja imigracji opartej na potrzebach rynku. Imigranci przybywaliby do Ameryki legalnie na czasowy kontrakt (coś jak umowa o dzieło) z możliwością zostania na stałe w przypadkach określonych w ustawie (gdyby takowa powstała).

Sport przeciwko rasizmowi

Koszykarski parkiet rzadko, jeśli kiedykolwiek, bywa areną manifestacji politycznych. Za Oceanem toczą się aktualnie boje o mistrzostwo w zawodowej lidze koszykówki NBA. W geście solidarności z latynoską mniejszością koszykarze Phoenix Suns zagrali 5 maja w koszulkach z napisem „Los Suns”. Właściciel klubu Robert Sarver uzasadnia swoją decyzję, twierdząc, że jest to forma manifestacji przeciwko nowemu prawu imigracyjnemu, które nie jest odpowiednim sposobem radzenia sobie z nielegalną imigracją. Sarver obawia się ponadto konsekwencji ekonomicznych, jakie dla biznesu z Arizony może przynieść reakcja reszty kraju na ustawę. „Mam nadzieję, że rząd federalny znajdzie ogólnonarodowe rozwiązanie tego problemu” – dodaje Sarver.

Manifestacja miała szczególną wymowę dla mieszkających w Arizonie Meksykanów ze względu na datę. Piąty maj (Cinco de Mayo) jest świętem upamiętniającym zwycięstwo Meksyku nad wojskami francuskimi w bitwie pod Pueblą w 1862 roku. Obchody tego dnia mają większe znaczenie w Stanach Zjednoczonych niż w Meksyku ze względu na kulturowo-edukacyjny charakter święta. Cinco de Mayo czci meksykańskie dziedzictwo latynoskich mieszkańców Stanów Zjednoczonych, podobnie jak Dzień Św. Patryka, czy Oktoberfest. Tego typu manifestacje etnicznej i narodowej jedności są szczególnie silne na emigracji, gdzie tożsamość narodowa i ciężar pochodzenia są elementami konsolidacyjnymi.

Konsekwencje w skali makro

Poszczególne stany w obrębie Unii bojkotują prawo imigracyjne Arizony nawołując do powstrzymania się od inwestycji w Arizonie i kontaktów z władzami stanu. Inicjatywa pochodzi bezpośrednio od radnych i burmistrzów takich miast jak Los Angeles, San Francisco, czy Waszyngton, którzy twierdzą, że należy stanowczo sprzeciwić się praktykom jawnie godzącym w prawa człowieka i zasady równości obywateli. Arizonie grozi odłączenie od Unii Stanów Zjednoczonych. Jeśli nie prawne, to przynajmniej moralne.

Tymczasem podobna ustawa powstaje już w Texasie. Jeśli rząd federalny nie zareaguje dostatecznie szybko, może dojść do poważnych naruszeń godności osobistej obywateli Stanów Zjednoczonych, którzy będą się czuli szykanowani za śniady kolor skóry. Jeśli wierzyć w prawdziwość powiedzenia, że historia lubi się powtarzać, a pewne zjawiska w dziejach występują cyklicznie, i mając na uwadze ostatnie wydarzenia, które pokazują jak bardzo podzielone są Stany Zjednoczone w kwestii tak fundamentalnej dla swojej egzystencji jak imigracja, można by doszukać się w tym znamion wiszącej w powietrzu secesji. Trudno jednak uwierzyć, że tak przedsiębiorczy naród jakim są Amerykanie mógłby w XXI wieku postawić ideologię ponad rozsądek ekonomiczny i wynikające z wystąpienia z Unii konsekwencje.

Michał Gąsior