Afryka spływa krwią

Wiele kilometrów od naszych granic trwają wojny, w niejasnych okolicznościach znikają przeciwnicy rządu, a lokalnymi drogami suną sznury uchodźców.

Uchodźcy uciekający przed wojną są częstym widokiem w Afryce (Źródło: Photobucket.com)
Uchodźcy uciekający przed wojną są częstym widokiem w Afryce (Źródło: Photobucket.com)

Tysiące dzieci, kobiet i mężczyzn giną w trakcie konfliktów, które zwykło się określać jako „zapomniane”. Ich dramat rozgrywa się z dala od kamer światowych mediów. Te, zaprzątnięte „modnymi” tematami nie chcą przybliżać dramatów peryferyjnych regionów, małych państw i odległych ludów. Granica między „zapomnianym”, a „nagłośnionym” konfliktem jest zresztą płynna. Podobnie rozmyta jest granica między tym, co już jest wojną, a tym co można scharakteryzować przez eufemizm „napięta sytuacja”.

Piekło na ziemi

Wśród regionów szczególnie często nawiedzanych wojnami złowrogie pierwsze miejsce należy do Afryki. Wojenny walec przetoczył się przez Liberię, Wybrzeże Kości Słoniowej, Demokratyczną Republikę Konga, Angolę, Burundi, Somalię, Sudan i Ugandę.

Polityka na Czarnym Lądzie latami budowana była na braku pozytywnych wzorców legalnego przejmowania władzy i tradycji społeczeństwa obywatelskiego – za co często znaczną winę ponoszą kraje europejskie, w tym dawni kolonizatorzy. Zamiast demokracji i dobrobytu była bieda, analfabetyzm, powszechna korupcja i… całkiem sporo broni, o którą dbali sponsorzy ze Wschodu i Zachodu, liczący na lojalność bez oglądania się na detale takie jak, demokracja i prawa człowieka. Gdy skończyła się zimna wojna, dawne reżimy pozbawiane zewnętrznego wsparcia zaczęły się chwiać. Część upadła, oddając władzę tym, którzy z dużą trudnością budują dziś demokrację, ale spora część odchodząc, pogrążyła swe dawne włości w politycznym niebycie. Przez kontynent przetoczyła się fala wojen sukcesyjnych, w której stronami najczęściej były plemiona i klany.

Czarny holokaust

Dziś Afryka chce wyjść z dekad naznaczonych przemocą, nie jest to jednak łatwe. Najlepiej widać to na przykładzie Demokratycznej Republiki Konga. Wojna, która trwa tam od 1994 roku, pochłonęła ponad 3 mln istnień ludzkich i wciąż nie została całkowicie zakończona. Co prawda na głównej osi konfliktu walki ucichły, lecz w poszczególnych prowincjach wciąż trwa „brudna”, cicha wojna. Wschodnia część Konga stanowi dziś istne conradowskie „jądro ciemności” – ziemię niczyją, na której zezwierzęceni żołnierze każdej ze stron mordują, gwałcą i ograbiają miejscową ludność.

Wymienianie wszystkich milicji i organizacji walczących ze sobą we wschodnim Kongo nie ma sensu. Z dużym uproszczeniem można jednak powiedzieć, że wszyscy walczą tam ze wszystkimi. Niestety, ofiarą padają najczęściej bezbronni cywile. Zdemoralizowani, źle wyszkoleni i opłacani żołnierze czy to wojsk rządowych czy ugrupowań rebelianckich mordują, gwałcą i rabują bez skrupułów. Cywile pozbawieni jakiejkolwiek ochrony są dla nich łatwym łupem.

Na tym jednak nie koniec złych wiadomości. Każda ze zbrojnych grup działających w Kongu porywa dzieci. Są one zamykane w specjalnych obozach i za pomocą bicia, narkotyków i indoktrynacji szkolone na bezwzględnych zabójców lub mięso armatnie. Dzieci „służą” także do innych rzeczy. W Kongo masowe gwałty na dziewczynkach są dokonywane przez wszystkie strony. Jest to wynik demoralizacji żołnierzy i ich zupełnej bezkarności. Z drugiej jednak strony, miejscowe milicje traktują masowe gwałty jako jedną z podstawowych form prowadzenia walki, stosowaną aby sterroryzować i złamać ludność cywilną. Dlatego gwałtom towarzyszy często niesłychana brutalność przejawiająca się w okaleczaniu i mordowaniu ofiar. Inną formą przestępczości seksualnej jest porywanie dziewcząt przez zbrojne grupy i zmuszanie ich do pełnienia roli seksualnych niewolnic poszczególnych żołnierzy. Rezultatem tego procederu jest nie tylko osobista tragedia zgwałconych ale i gwałtowne rozprzestrzenianie się AIDS oraz innych chorób przenoszonych drogą płciową.

Koszmarna bezsilność

Niestety, sytuacja w Demokratycznej Republice Konga nie budzi dziś większego zainteresowania świata. Kiedy wojna miała jeszcze charakter międzynarodowy, mediacja ze strony ONZ i państw afrykańskich okazała się na tyle skuteczna by doprowadzić do wycofania obcych wojsk z terytorium Konga i skłonienia głównych stron konfliktu do przerwania ognia. Gdy jednak najważniejsi aktorzy zaprzestali walki, zainteresowanie spadło. Miejscowa ludność może więc liczyć tylko na siebie.

Co prawda, w Demokratycznej Republice Konga stacjonuje kontyngent sił pokojowych ONZ znany jako MONUC, liczy on jednak jedynie 15 tys. słabo wyposażonych żołnierzy. Pozbawieni ciężkiego sprzętu, rozproszeni na ogromnym obszarze nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa miejscowej ludności, sami zresztą padają często ofiarą ataków ze strony rozmaitych bojówek. Szczególnie wyraźnie widać ich bezsilność w prowincji Ituri, gdzie nie są w stanie zahamować międzyplemiennych walk. Nie lepiej wygląda sytuacja w rejonie miasta Bunia. Żołnierze ONZ często przyglądali się bezczynnie, jak grupy paramilitarne napadają tam na ludność cywilną. Do historii hańby przejdzie dzień, podczas którego rebelianci napadli na pobliską wioskę, spalili żywcem kilkunastu mieszkańców, mimo że żołnierze ONZ stacjonowali zaledwie 200 metrów dalej. Niezbyt chwalebnym pozostanie także podbój ważnego strategicznie miasta Bukavu przez paramilitarny oddział Tutsich. Gdy rebelianci maszerowali w stronę miasta, błękitne hełmy wycofały się stamtąd, choć rozkazy mówiły wyraźnie, że mają bronić ludności cywilnej, również przy użyciu siły. Zabito wówczas dziesiątki ludzi, a kilkaset kobiet i dzieci padło ofiarą gwałtu.

Lista zarzutów wobec błękitnych hełmów jest zresztą dłuższa. Swego czasu BBC ustaliło, że pakistańscy oficerowie misji pokojowej ONZ w Kongo handlowali z rebeliantami. Najpierw odebrali lokalnym milicjom broń, a potem wymieniali ją na złoty kruszec. Sprzedajne błękitne hełmy ostrzegały też rebeliantów, gdzie i kiedy mają być przeciw nim prowadzone operacje. ONZ zdecydowała się na zamknięcie wewnętrznego śledztwa w tej sprawie, twierdząc, że głównym powodem był brak świadków. Tymczasem dwóch szefów bojówki Frontu Narodowej Integracji o pseudonimach „Kung-Fu” i „Smok” publicznie przyznaje, że otrzymywało pomoc od wojsk ONZ. Sekretarz Generalny Narodów Zjednoczonych Ban Ki Mun zapewnił, że ONZ ukarze winnych. Martin Plaut, który w głównej mierze odpowiada za wykrycie sprawy, nie ma jednak złudzeń. Według niego sprawa ucichnie, ponieważ Pakistańczycy są zbyt ważni dla misji, żeby ryzykować ich stratę.

Błękitne seksmisje

MONUC skompromitował się również w innej sferze. Wedle oficjalnych raportów, jego żołnierze dopuszczali się licznych gwałtów na kobietach i dziewczynkach. Znacznie częściej miały jednak miejsce przypadki wymuszania seksu, polegające na korzystaniu z dramatycznej sytuacji kobiet. Wegetujące w obozach dla uchodźców musiały płacić ciałem za niezbędne do przeżycia koce, niewielkie ilości żywności czy pieniądze o równowartości jednego dolara. Błękitne hełmy zajmowały się też kręceniem filmów pornograficznych, w tym z udziałem dzieci. Skandal ten odbił się w Afryce dość głośnym echem. Wycofano do domu kontyngent z RPA, a pozostali żołnierze otrzymali zakaz utrzymywania jakichkolwiek stosunków intymnych z miejscowymi kobietami.

Zarzuty wobec żołnierzy sił pokojowych ONZ pojawiły się w Kongo już w 2003 roku, co postawiło tę organizację w niezwykle kłopotliwej sytuacji. Ówczesny Sekretarz Generalny Kofi Annan był w najwyższym stopniu oburzony, kiedy dowiedział się, że żołnierze ONZ są oskarżani o dokonywanie gwałtów oraz molestowanie kongijskich kobiet i dzieci. Ogłosił „politykę zerowej tolerancji” dla takich przestępstw. Narzędziem realizacji tej polityki stał się kodeks postępowania pracownika misji pokojowych. Wylicza się w nim, jakie działania wobec uchodźców i mieszkańców obozu są zabronione. Karą za „nadużycie” jest natychmiastowe wyrzucenie ze służby. Sekretarz Generalny ONZ zobowiązał się co roku publikować raport na temat przestępstw o charakterze seksualnym. Wedle jego meldunków, od tamtej pory liczba wypadków wykorzystywania seksualnego systematycznie spada. Nie wszyscy jednak podzielają ten pogląd. – Żołnierze stali się po prostu ostrożniejsi. Dbają, by nic się nie wydostało poza teren obozu. Proceder cały czas trwa – mówi Steve Crawshaw, dyrektor londyńskiego biura Human Rights Watch. – To, co dociera do mediów, to tylko wierzchołek góry lodowej – dodaje Kenneth Cain, były pracownik ONZ.

Krzysztof Głowacki