Ukraińska przesada

Dantejskie sceny w ukraińskiej Radzie Najwyższej towarzyszyły ratyfikacji umowy przedłużającej stacjonowanie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie do 2042 roku (z opcją na kolejne pięć lat). Na sali obrad scenariusz niczym z azjatyckich parlamentów, coś potocznie zwanego wolną amerykanką. W Kijowie spotkali się demonstranci wspierający rząd i prezydenta (a więc także umowę z Rosją) oraz ci popierający opozycję (sprzeciwiający się przedłużeniu stacjonowania floty na Krymie).

Podpisaniu przez Ukrainę układu o przedłużeniu stacjonowania floty czarnomorskiej na Krymie towarzyszyła awantura polityczna w ukraińskim parlamencie (Zdjęcie: STV.com/Gleb Garanich)
Podpisaniu przez Ukrainę układu o przedłużeniu stacjonowania floty czarnomorskiej na Krymie towarzyszyła awantura polityczna w ukraińskim parlamencie (Zdjęcie: STV.com/Gleb Garanich)

Flota za tańszy gaz

W zamian za prolongatę korzystania ze strategicznie ważnego portu Rosjanie zgodzili się obniżyć Ukrainie cenę za sprzedawany jej gaz. Dzięki temu ukraiński budżet, znajdujący się w opłakanym stanie, zyska niezbędną kroplówkę, a rządzący Ukrainą zyskają pewne atuty w negocjacjach z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Niższe ceny rozliczanego w dolarach amerykańskich gazu ziemnego to dla Ukrainy prawdziwe wybawienie z krótkoterminowych kłopotów finansowych. W sytuacji, gdy kolejna większość rządowa nie zamierza przeprowadzić żadnych istotnych reform, niższe ceny kluczowego surowca pozwalają przetrzymać jakiś czas bez bolesnych cięć, których nikt nie chce. Ani władza, ani społeczeństwo nie dojrzały jeszcze do prawdziwych zmian.

Dla Rosji sytuacja stawała się dramatyczna. Gdyby umowa z Ukrainą wygasła, Flota Czarnomorska musiałaby się wynieść w 2017 roku – jednak nie bardzo wiadomo gdzie, gdyż Rosjanie nie posiadają odpowiedniej alternatywnej bazy dla swojej floty. Czy mogliby zostać na Krymie bez nowej umowy, wbrew woli ukraińskich władz? Trudno dziś o tym gdybać, ale scenariusz naruszenia suwerenności Ukrainy wydawał się  mało prawdopodobny. Rosjanom upiekło się i ich flota pozostanie na Krymie przez kolejne lata.

Sukces Rosji, ale Ukraina nadal niepodległa

W związku z ukraińsko-rosyjskim porozumieniem  pojawił się w Polsce szereg komentarzy w iście alarmistycznym tonie: Ukraina przestała być suwerenna, tracimy Ukrainę, Rosja przejmuje Ukrainę etc. Przy okazji dało się także usłyszeć oskarżenia skierowane w stronę polskiego rządu, który rzekomo sprzedaje Ukrainę na ołtarzu poprawy stosunków z Rosją. Choć wszystko składa się w piękny obraz, warto uporządkować sytuację i powiedzieć, co się dzieje: Ukraina potrzebowała gotówki – dzięki obniżce ceny gazu zaoszczędzi sporo pieniędzy. Rosji zależało na przedłużeniu stacjonowania jej floty w Sewastopolu. Obie strony miały więc coś, na czym im zależało. I po prostu się dogadały. Pragmatyczny deal.

Przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie to strategiczny sukces Rosji. Jeśli chce odgrywać istotną rolę w basenie Morza Czarnego, musi utrzymywać silną flotę i posiadać rozbudowaną bazę. Moskwa wykorzystała z jednej strony słabość Ukrainy (trudna sytuacja finansowa), a z drugiej sprzyjające okoliczności polityczne (nowi prezydent i rząd o nastawieniu raczej prorosyjskim), ale ustępstwo Ukrainy nie jest równoznaczne z jej całkowitą kapitulacją i rezygnacją z suwerenności. Ukraina nie stała się dzisiaj rosyjskim gubernatorstwem.

Zaskakujące jest tylko to, że nowe ukraińskie władze ustąpiły Rosji, w priorytetowej dla niej sprawie, w tak szybkim tempie. Nie wynikało to raczej z prorosyjskich skłonności Janukowycza, a z fatalnej sytuacji finansowej Ukrainy. Rosjanie zagrali twardo, a Ukraińcy najwidoczniej uznali, że nie ma sensu się stawiać, że mogą tutaj ustąpić. Jednocześnie Kijów zapewnia Unię Europejską, że Ukraina będzie szła w stronę integracji z Europą, a nowy budżet na 2010 rok jest krokiem w tym kierunku. Interesy Ukrainy leżą w coraz większym stopniu na Zachodzie i obecne władze zdają sobie z tego sprawę.

Dyrektywy dla Warszawy

Polska także nie przehandlowała Ukrainy z Rosją. Takie oskarżenia są niedorzeczne. Polskie wpływy w Kijowie są obecnie niewielkie, a polityka Warszawy zależy od samookreślenia się przez Ukrainę. Powinniśmy dbać w Brukseli o podtrzymanie europejskiej oferty dla Ukrainy, dbając przy tym – już samodzielnie – o dobre relacje z głównymi ukraińskimi ugrupowaniami politycznymi. Poprzednio postawiliśmy zdecydowanie na jedną opcję (Pomarańczowych) i zakończyło się to spektakularną klęską.

Bardziej realistyczne podejście do stosunków międzynarodowych pozwoliłoby niektórym uniknąć zbędnych emocji i egzaltowania się z byle powodu. Rosja zyskała, Ukraina częściowo zyskała, a częściowo straciła, ale dzisiejsza ratyfikacja umowy o stacjonowaniu Floty Czarnomorskiej nie jest decyzją o dobrowolnej wasalizacji Ukrainy. Wiktor Janukowycz nie będzie klękał przed Dmitrijem Miedwiediewem i całował go w pierścień, a Kijów nie staje się moskiewskim satelitą.

Dualistyczne podejście do Zachodu

Co najwyżej marzenia o NATO zostały poważnie odłożone w czasie, ale czy realnie rzecz biorąc, to bardziej Polacy śnili o ukraińskim członkostwie w Pakcie. Teraz można porzucić już te mrzonki, a sytuacja stała się bardziej klarowna. Jednocześnie nie można łączyć integracji z NATO z integracją z UE, gdyż obie kwestie są przez Ukraińców traktowane rozłącznie. Kijów potrzebuje bliższej współpracy gospodarczej z Europą (Zachodem), natomiast nie odczuwa jeszcze potrzeby bliższej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa z tym samym Zachodem. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej dla naszej polityki zagranicznej.

Piotr Wołejko