Rzecz o wojnie i gdzie jej szukamy

Amerykańska wizja i strategia militarna przekształca się na naszych oczach. Wielka wojna między potęgami wydaje się dziś mało możliwa, trąci myszką, nie pasuje do współczesnego świata z bombami atomowymi w arsenale głównych rozgrywających oraz siecią gospodarczych zależności, jako czynnikami skutecznie zniechęcającymi do poważnej rozróby – i dobrze.

Czterej jeźdcy apokalipsy: Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć. Drzeworyt Albrechta Dürera z końca XV wieku (Źródło: Wikipedia)
Czterej jeźdcy apokalipsy: Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć. Drzeworyt Albrechta Dürera z końca XV wieku (Źródło: Wikipedia)

Źle jednak, że jej miejsce zajmuje inna wizja, która narodziła się z horrendalnego błędu, jakim był atak na Irak i kontrproduktywnej strategii budowania państwa w Afganistanie. Po niemal dekadzie zmagań ze skutkami tamtych decyzji, nowa wizja stanowiąca, że największe zagrożenie naszego świata pochodzi z tzw. państw upadłych jest niczym innym jak dalszym brnięciem w kłopoty, a nawet kreowaniem następnych. To tragiczny paradoks, że dwie błędne decyzje, które nie powinny były się zdarzyć, ani już nigdy powtórzyć, najpierw stworzyły problem militarnego radzenia sobie z tzw. państwami upadłymi, wyniosły go na pierwszy plan, a teraz stanowią pełnoprawną wykładnię do reinterpretacji tego, jak siła militarna ma być używana w XXI wieku.

Ataki z 11 września 2001 roku – główne wydarzenie, które pociągnęło za sobą wspomniane wyżej reakcje – były potwornymi czynami kryminalnymi na równi z innymi aktami terroru znanymi nam z własnej historii świata Zachodu. Z przestępstwem kryminalnym nie walczy się wysyłając armię na drugi koniec świata, nie rewiduje się całej strategii wojskowej, nie zrzuca się bomb na obce kraje, nie zmusza się mieszkańców dalekich państw, regionów, członków innych kultur do diametralnej zmiany ich dotychczasowego życia. W przygniatającej większości ci ludzie nie mają nic wspólnego z popełnionym przestępstwem. Za kryminalistami wysyła się służby specjalne, wyspecjalizowane oddziały do walki z przestępczością zorganizowaną, koordynuje się międzynarodowe działania policyjne. Ludzie, którzy dokonali zamachów z 11 września żyli wśród nas – w świecie zachodnim. W tym jednak przypadku retoryka administarcji George’a W. Busha narzuciła inne rozumienie sytuacji: to jest wojna – taki ton nadał debacie publicznej Bush, a neokonserwatywny ideolog Norman Podhoretz stwierdził w tytule swojej książki, że mamy IV wojnę światową. Po dekadzie bombardowania tego typu schematem myślenia trudno nam dziś przełamać się i pomyśleć o wydarzeniach sprzed dziewięciu lat, jako czynie kryminalnym, nawet jeśli jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta USA – Obamy – był zakaz używania przez jego współpracowników słowa „wojna”.

Co kilka lat dwaj amerykańscy politolodzy Robert Art i Kenneth Waltz publikują uaktualniony zbiór najważniejszych esejów autorstwa szerokiego grona specjalistów dotyczący kwestii stosowania siły wojskowej w polityce światowej – „The Use of Force: Military Power and…”. Książka nie koncentruje się tylko na ostatnich trendach w myśli strategicznej, lecz daje perspektywę całego poprzedniego stulecia. Co w kontekście historycznym uderza najbardziej w lekturze najnowszej – siódmej – edycji zbioru?

Pojawiły się nowe eseje, które w znaczny sposób rozbudowały sekcje książki dotyczące zewnętrznej interwencji w konfliktach wewnętrznych państw oraz radzenia sobie z powstaniem, rebelią i terroryzmem. Jednym z nowych autorów w zbiorze został David Kilcullen – świeża gwiazda amerykańskiej myśli militarnej, specjalista ds. powstań, rebelii i tzw. wojny asymetrycznej.

Kilcullen jest Australijczykiem, byłym oficerem armii australijskiej, którą opuścił w 2005 roku, aby wkrótce potem stać się zapleczem intelektualnym amerykańskiego generała Davida Petraeusa. To im przypisywany jest pomysł fali zmasowanego ataku na irackie bojówki w 2007 roku, którego wykonanie ogłoszono za wielki sukces. Ten sam manewr Amerykanie próbują przeprowadzić teraz w Afganistanie – zeszłej jesieni Obama zdecydował o wysłaniu tam kolejnych tysięcy żołnierzy. Wojna trwa.Use of Force

Wojna trwa, a idee Kilcullena wprowadzane są w życie: żołnierze mają być jak najbliżej ludzi, nawiązywać kontakty, chronić ich szlaki komunikacyjne, budować lokalne społeczności (bo najwyraźniej wcześniej Afgańczycy takich nie mieli), przekonywać, że rząd centralny z Kabulu nie jest wcale taki zły. Budowa nowego wspaniałego narodu w toku – praca wre.

Praca wre w amerykańskiej armii do tego stopnia, że starciła ona szerszą wizję strategicznego znaczenia miejsca, w którym się znalazła, i zdolność krytycznej oceny sensu zadań, jakie tam wykonuje za radą Kilcullena. W najnowszym wydaniu magazynu Foreign Affairs (maj/czerwiec) Sekretarz Obrony Robert Gates stwierdził, że największe zagrożenie Stanów Zjednoczonych w najbliższym czasie będzie pochodzić z państw, w których rządy nie są zdolne do wykonywania swoich zadań. Jak przekonuje Gates w dalszej części artykułu jednym ze sposobów pomocy ma być szkolenie policji danego kraju, która będzie w stanie wesprzeć Amerykanów w zaprowadzaniu porządku – kolejny pomysł z elementarza Davida Kilcullena. Jak takie pomysły będą działać w obcej kulturze, obcej tradycji, historii, rozumieniu porządku? Sześć miliardów dolarów wydali już Amerykanie na stworzenie afgańskiej policji – jak podał marcowy Newsweek w specjalnym raporcie, program jest totalną klapą, żeby nie powiedzieć bezsensem.

To, w czym amerykańska armia na pewno jest słaba i czego nie powinna robić, to budowa państw obcych kulturowo, stwierdził kiedyś politolog Stephen Walt, którego esej również pojawił się w zbiorze „The Use of Force”. Wygląda jednak na to, że bardzo ważnym elementem zmodernizowanej armii Stanów Zjednoczonych XXI wieku będą takie właśnie działania na peryferiach świata w państwach upadłych – największym zagrożeniu Ameryki, wedle słów Roberta Gatesa. Zadziwiające, jak udowadnia Walt w swoim eseju (i książce „Taming American Power”) to właśnie obecność amerykańskich wojsk na obcych ziemiach jest głównym źródłem niechęci do Stanów Zjednoczonych w wielu zakątkach świata.

Fakt, że perspektywa wielkiej wojny między mocarstwami wydaje nam się dziś mniej możliwa, nie oznacza, że strategia skoncentrowana na jej zapobieganiu starciła na znaczeniu. Wręcz przeciwnie – świadczy o tym, że działa bardzo dobrze i trzeba nadal ją prowadzić z najwyższą atencją szczególnie w obliczu wzrastających ambicji państw azjatyckich, które należy mitygować dotychczasowymi środkami. To właśnie zadanie powinno zostać priorytetem strategii militarnej USA. Problemy wywodzące się z państw upadłych są innego rodzaju, wymagają odpowiednio skoordynowanych działań wielu krajów, ale nie są one startegicznym zagrożeniem istnienia dzisiejszej Ameryki, czy ogólnie Zachodu.

George W. Bush błędnymi decyzjami wykreował problem Iraku i Afganistanu – po dziewięciu latach naprawiania jego decyzji niektórzy stratedzy tak głęboko nanurzyli się w problemach państw upadłych, że biedny, mało znaczący kraj, zamieszkany przez dumnych ze swojej tradycji i historii ludzi, którzy chcą żyć po swojemu i nie znoszą widoku obcego żołnierza z karabinem w rękach, stał się naraz głównym problemem naszego świata i podstawą do przeorientowania strategii militarnej największego mocarstwa. Nie tędy droga, Ameryko. Nie tędy droga, Zachodzie. Konkurencja rośnie gdzie indziej.

Jan Barańczak