Rentierzy z Pekinu

Architektura globalnego ładu od czasów zakończenia Zimnej Wojny pozostaje niezmienna. Stany Zjednoczone są potęgą dominującą, natomiast żaden kraj nie jest absolutnym hegemonem. W każdym regionie świata istnieją lokalne mocarstwa, a Amerykanie starają się nie dopuścić do konfliktów pomiędzy regionalnymi potęgami, zachowując przy tym prymat nad innymi. Krytyków tak zwanego Pax Americana nie brakuje, natomiast nikt nie próbuje zmienić tego układu.

Nieszczera krytyka

Pretendentem do odgrywania większej niż dzisiaj roli są Chiny. Dynamicznie rozwijająca się gospodarka, nad którą zachwycają się ekonomiści, politycy i dziennikarze od Władywostoku na wschodzie, po Anchorage na zachodzie i od Narwiku na północy po Johannesburg na południu, pozwala Chińskiej Republice Ludowej szybko nadrabiać zaległości rozwojowe. Siła gospodarki w oczywisty sposób przekłada się na siłę państwa, które może pozwolić sobie na więcej na arenie międzynarodowej. Jeśli XXI wiek ma należeć do Azji, a głównie do Chin, jako najsilniejszej potęgi tego regionu, w Pekinie musi nastąpić istotna zmiana w podejściu do geopolityki.

Aktualnie bowiem chiński smok zachowuje się łagodnie niczym owieczka, a jednocześnie stara się nie wyróżniać z tłumu, czym przypomina kameleona. Chińczycy są wielkimi admiratorami multilateralizmu, czyli systemu zakładającego udział wielu aktorów w podejmowaniu kluczowych decyzji. Irytuje ich amerykańska skłonność do załatwiania spraw po swojemu, bez pytania innych o zdanie. Szczytowym punktem tarć na linii Pekin-Waszyngton w tym zakresie była inwazja na Irak, gdy Amerykanie postawili w zdecydowany sposób na unilateralizm i lekceważyli tych, którzy się do nich nie przyłączyli.

Beneficjenci systemu

Prezydent Obama odwraca unilateralistyczne podejście do stosunków międzynarodowych, powracając do clintonowskiej formuły otwarcia na dialog z partnerami zagranicznymi. Chiny powinny radośnie przystać na propozycję Obamy, jednak współpraca chińsko-amerykańska nie układa się najlepiej. Przyczyną są nie tylko sprzeczne często interesy, ale także podejście Pekinu do globalnego ładu. Chińczycy chcą być traktowani jak pełnoprawny partner, jedno ze światowych mocarstw, a jednocześnie bardzo chętnie odgrywają rolę biednego i zacofanego państwa rozwijającego się, niemalże trzeciego świata.

Dualizm w tej kwestii ma swoje istotne uzasadnienie. Chiny, będąc jednym z największych krytyków Pax Americana, są zarazem jednym z głównych beneficjentów systemu zdominowanego przez Stany Zjednoczone. To Amerykanie dbają o bezpieczeństwo na świecie i ponoszą horrendalne koszty utrzymania sił zbrojnych zdolnych do interwencji w dowolnym miejscu kuli ziemskiej. Stworzony przez Amerykanów globalny system finansowo-handlowy od dwóch dekad intensywnie pracuje na chiński sukces gospodarczy. Zabezpieczeni militarnie i finansowo Chińczycy nie mają żadnego powodu podważać systemu, który zapewnia im stabilny wzrost przy minimalnych kosztach.

Zachowanie Chin można porównać do rentiera, który odcina kupony od posiadanych aktywów, z tym że w chińskim przypadku owym aktywem jest Pax Americana. Chiny nie są oczywiście do końca pasywne. Ich koncepcja regionalizmu, głównie otwarcie na kraje sąsiedzkie, pozwoliło Pekinowi poprawić stosunki z regionalnymi aktorami i rozwinąć wymianę handlową. Główną rolą regionalizmu jest jednak powściągnięcie przeciwników, w szczególności Indii, poprzez ograniczenie ich pola manewru. Zaangażowanie Chin w Afryce czy Ameryce Południowej ma charakter czysto gospodarczy, choć mogłoby stanowić pierwszy krok ku zdominowanemu przez Chiny systemowi międzynarodowemu.

Ameryka zdecyduje za Chiny

Niestety dla entuzjastów tezy o XXI wieku jako stuleciu należącym do Azji, Chiny nie mają zamiaru podważać amerykańskiej supremacji. Jeśli Ameryka jest suwerenem, a Chiny delfinem, do sukcesji jest jeszcze daleko. Nie można wykluczyć także ojcobójstwa, ale również tutaj perspektywa czasowa jest odległa. Zbyt wiele korzyści przynosi Pekinowi obecny układ, by robić cokolwiek więcej ponad czekanie i wykorzystywanie okazji. W ekonomii ukuto nawet odpowiednie pojęcie – free rider problem (moim zdaniem nieudolnie tłumaczy się to na polski jako efekt gapowicza) – które dobrze opisuje zachowanie Państwa Środka na arenie międzynarodowej.

Czy możliwe jest, aby Chiny zaczęły odgrywać większą rolę w polityce światowej i zaangażowały się aktywnie w rozwiązywanie regionalnych lub globalnych problemów? Obama bardzo by sobie tego życzył, ale Pekin nie wykazuje takiego zainteresowania. Na razie Chińczycy przyjęli słuszne założenie, że USA (czy szerzej, Zachód) są na tyle zainteresowane załatwieniem pewnych spraw, że i tak za nie zapłacą. Dopiero poddanie w wątpliwość zasady „i tak zrobią to za nas Amerykanie” wymusiłoby zmianę podejścia Pekinu. Tymczasem, mimo trudności wewnętrznych, Waszyngton wzbrania się przed jakimikolwiek ustępstwami. Amerykanie zdecydują więc za Chińczyków, chyba że ci ostatni zredefiniują założenia swojej polityki zagranicznej.

Piotr Wołejko