Potęga geoekonomii

Globalizację należy rozumieć jako proces, który prowadzi do rosnącej współzależności i integracji państw na płaszczyznach: ekonomicznej, społecznej i kulturowej. Największy wpływ na geopolitykę zdaje się mieć czynnik gospodarczy. Proceder otwierania granic i uwalniania handlu rozpoczął się na dobre po II wojnie światowej, kiedy to powstały bądź podpisane zostały: Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu (GATT), Światowa Organizacja Handlu, traktat z Maastricht, czy Północnoamerykańskie Porozumienie Wolnego Handlu. Po upadku Związku Radzieckiego i całego bloku wschodniego zniesiono bariery dla przepływu kapitału i siły roboczej co przyczyniło się do upowszechnienia swobodnego przepływu towarów. Koncepcja otwarcia rynków – poza oczywistymi przesłankami ekonomicznymi – miała utworzyć z wolnego handlu siłę pacyfikującą[1], a wzajemne powiązania gospodarcze miały prowadzić bezpośrednio do trwałego pokoju. Pojmowanie swobodnej wymiany handlowej jako czynnika pokojowego doprowadziło Thomasa Friedmana do stworzenia odważnej teorii złotych łuków, która mówi, że wojna pomiędzy dwoma państwami posiadającymi restauracje franczyzowej sieci Mc Donald’s jest niemożliwa[2]. Choć teoria ta została obalona chwilę po jej ogłoszeniu, kiedy wojska NATO zbombardowały Belgrad, a Pakistan walczył z Indiami o Kaszmir, trend wymuszania pokoju ze względu na powiązania ekonomiczne pomiędzy państwami wciąż pozostaje żywy.

Zadaniem handlu jest tworzenie dobrobytu, który w zamian ma przynieść pokój. Wobec tego największym zagrożeniem dla światowego porządku w XXI wieku będą państwa trawione przez biedę, pozostające poza globalną siecią wymiany handlowej. Współczesny świat podzielony jest na państwa znajdujące się w „jądrze” oraz na te, które znajdują się w „szczelinie” zglobalizowanego świata[3]. Innymi słowy: można dziś uczestniczyć w globalnej wymianie i czerpać z niej profity, bądź skazać się na biedę i frustrację pozostając poza siecią otwartych rynków (dlatego sankcje gospodarcze stanowią taką siłę niszczącą). To typowy – charakterystyczny dla kapitalizmu – podział na biednych i bogatych, przeniesiony na skalę globalną. Na linii tego podziału, który wytworzyła globalizacja, może dochodzić do konfliktów zbrojnych. Mało prawdopodobne jednak, aby w obecnych czasach miało dojść do wojen pomiędzy zaangażowanymi w wymianę handlową „graczami” na geoekonomicznej szachownicy. Geoekonomiczna szachownica ma wszelkie podstawy ku temu, aby zastąpić nieco anachroniczny już porządek oparty na geopolityce i argumentach siły, albowiem prowadzenie wojen ma sens jedynie wtedy, kiedy przynosi zysk. Konflikty zbrojne mają do siebie to, że zaburzają nieskrępowaną wymianę, a więc uderzają bezpośrednio w gospodarkę, która jest podstawą dobrobytu.

Era globalizacji stała się grobem dla autarkii – państw nastawionych na nacjonalistyczne zaspokajanie produkcyjnych i konsumpcyjnych potrzeb gospodarki przy całkowitym braku importu oraz eksportu. Skoro funkcjonowanie takich tworów jest dziś niemożliwe, można założyć, że wojna prowadzona na dłuższą metę nie leży w interesie wszystkich państw, także tych najbogatszych, ponieważ każdy kraj w mniejszym bądź większym stopniu uczestniczy w wymianie towarów i dóbr. Tak widziana globalizacja jest ziszczeniem snów klasycznych liberałów. Frederic Passy napisał w XIX wieku: „Pewnego dnia upadną wszelkie bariery; pewnego dnia ludzkość, stale jednoczona przez nieustające transakcje, uformuje jeden warsztat [dziś powiedzielibyśmy fabrykę – przyp. autora], jeden rynek i jedną rodzinę. To jest majestat, prawda, szlachetność, niemal świętość doktryny wolnego handlu; z prozaicznej, acz efektywnej chęci bogacenia się wynika sprawiedliwość i harmonia, które wezmą górę nad światem”[4]. Obecny świat z pewnością nie jest jeszcze „jedną rodziną”, ale XXI wiek – wiek ponowoczesny – to wiek, „w którym tradycyjnie definiowane interesy narodowe i polityka siły ustępują miejsca prawu międzynarodowemu, ponadnarodowym instytucjom i dobrowolnemu ograniczaniu suwerenności”[5]. Unia Europejska to w całej rozciągłości twór nowej ery – otwarte rynki, swobodny przepływ ludzi oraz towarów, a do tego niemal całkowita niezdolność do obrony. Warto pamiętać, że obok 27 państw Unii istnieje jeszcze całe mnóstwo krajów, które nie podzielają dekadenckiego samozachwytu Europejczyków wynikającego z bezkrytycznej wiary w liberalne prawidła rynku oraz odejścia od polityki siły po doświadczeniach bestialskiego wieku XX, który zawrócił oświeceniowe przekonanie, że historia płynie w kierunku ciągłego postępu ludzkości. Europejska niechęć do militaryzmu wynika ponadto ze świadomości istnienia niewidzialnego parasola ochronnego, które nad Starym Kontynentem rozłożyły Stany Zjednoczone.

Ekonomiczne niuanse stanowią dziś przedmiot sporu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Chiny stanowczo odrzuciły naciski Stanów Zjednoczonych w sprawie dewaluacji waluty Państwa Środka – juana. Zdaniem specjalistów sztucznie niski kurs juana faworyzuje chiński eksport i podcina skrzydła amerykańskiej gospodarce. Hiperinflacja była w przeszłości powodem wyniesienia komunistów do władzy w Chinach, nic więc dziwnego, że obawa przed inflacją, która destabilizuje społeczeństwo, jest największa zmorą chińskich decydentów, którzy wyciągnęli z własnej historii naukę. Chińczycy zdają sobie sprawę, że „nie ma bardziej subtelnego, pewniejszego sposobu na wywrócenie społeczeństwa do góry nogami niż popsucie waluty. Proces ten uruchamia wszystkie siły gospodarczych prawideł ukryte po stronie zniszczenia i czyni to w sposób, którego zdiagnozować nie jest w stanie nawet jeden człowiek na milion”[6].

Rok 2010 okazał się długo zapowiadanym przełomem dla światowego handlu. Chiny stały się oficjalnie największym eksporterem na świecie wyprzedzając Niemcy i Stany Zjednoczone. Łączna suma sprzedanych za granicę towarów pozwoliła Państwu Środka zanotować przychód w wysokości 1.2 biliona dolarów[7]. Stany Zjednoczone jako naturalny rywal Chin na wszelkich niemal gruntach: geopolitycznym, geoekonomicznym i ideologicznym, czują się zagrożone olbrzymim udziałem konkurencji w światowym handlu. Niesłusznie, albowiem rozwój handlu jest grą o sumie stałej, a więc nie odbywa się kosztem pozostałych uczestników wymiany handlowej[8]. Zasadny natomiast byłby strach przed uzależnieniem amerykańskiej gospodarki od chińskich produktów, które to uzależnienie wiąże Stanom Zjednoczonym ręce w kwestii poczynań na Dalekim Wschodzie.

Za dwie największe klęski Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej uznaje się wycofanie wojsk amerykańskich pod naporem chińskiej armii z Korei Północnej w 1950 roku oraz upokarzające opuszczenie Wietnamu Południowego w 1975 roku. Jak sugeruje Alan Greenspan: Amerykanie być może przegrali bitwy, ale nie przegrali wojny (szczególnie tej ideologicznej). Dziś zarówno Chiny jak i Wietnam zwróciły się w stronę „gospodarczej wolności kapitalizmu”[9]. Współczesny świat zawdzięcza więc swój kształt kapitalistycznym ideom Ameryki, które okazały się silniejsze od broni[10]. Nie oznacza to jednak w żadnym wypadku końca historii, co najwyżej jej powrót w znaczeniu geopolitycznym. Geoekonomicznie jest to świat bez precedensu, który stawia szereg nowych wyzwań, i który kryje wiele niewiadomych. Błędem byłoby sądzić, że sam wolny rynek będzie gwarantem pokoju. Nieskrępowany handel stanowi jedynie hamulec dla konfliktów zbrojnych. Próżno liczyć na to, że interwencjonizm przestanie stanowić istotne zagrożenie dla świata. Ludwig von Mises był zdania, że „kiedy liberalizm zwycięży, nie będzie już więcej wojen. Dopóki jednak istnieć będą inne zdania na temat zysków i szkód z prowadzenia wojny, żadne zasady i regulacje – jakkolwiek chytrze wymyślone – nie zlikwidują zagrożenia wojną”. Pomimo zwycięstwa liberalnej demokracji po upadku Związku Radzieckiego oraz współczesnych tendencji do zwrotu gospodarek w kierunku kapitalizmu, świat widziany oczami zwolenników wolnego runku i globalizacji, którzy uważają, że sam handel jest w stanie położyć kres konfliktom zbrojnym, nadal pozostaje jedynie pobożnym życzeniem i – być może – utopią.

Ciekawe, czy w multilateralnie rządzonym świecie wymiana handlowa prowadzona na skalę globalną oraz wzajemne powiązania ekonomiczne mocarstw mogłyby zastąpić znany z okresu zimnej wojny porządek o wzajemnym zagwarantowanym zniszczeniu – Mutually Assured Destruction (MAD). Innymi słowy, czy ścisłe korelacje gospodarcze, w których bronią byłyby pieniądze, stanowiłyby wystarczająco silny bodziec do wymuszania pokoju. Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, w której nieopatrzne posunięcie któregoś z mocarstw spowoduje załamanie gospodarki więcej niż jednego z uczestników globalnego rynku, albo nawet wszystkich jego partycypantów. Podobna sytuacja ma dziś miejsce na linii Stany Zjednoczone – Chiny. W przypadku tych państw kwestią zapalną pozostaje naturalnie Tajwan, ale zachowanie się obydwu potęg jest niebywale trudne do przewidzenia, gdyby doszło do dyplomatycznego impasu. Istnieje zbyt wiele czynników, które należy uwzględnić, a dzisiejszy świat nie jest wcale płaski.

Obok geopolityki istnieje geoekonomia i choć pożądana jest ich koegzystencja, niekiedy argumenty siłowe przeważają nad pragmatyzmem ekonomicznym. Należy wówczas zadać pytanie: komu i czy w ogóle wojna się opłaca. W przypadku Chin i Stanów Zjednoczonych – nikomu. Uzależnienie obydwu gospodarek – chińskiej i amerykańskiej – od siebie sięga tak daleko, że ewentualna wojna zniszczyłaby całkowicie finanse obydwu krajów tworząc ogólnoświatowy kryzys o skali, którą nie sposób przewidzieć. Można wobec tego uznać, że produktem globalizacji stał się nowoczesny system zapobiegania wojnom pomiędzy mocarstwami – ich wzajemna zależność ekonomiczna (Mutually Economic Assured Destruction – MEAD). Taka sytuacja, co oczywiste, nie może trwać wiecznie. Wystarczy, że globalizacja pójdzie o krok dalej i otworzy nowe rynki na towary produkowane w Chinach, które zapewniłyby utrzymanie się Państwa Środka na czele wśród eksporterów, a wówczas Chiny mogą się stać znacznie mniej ugodowe i bardziej agresywne niż obecnie. Prawdopodobnie więc naczelnym argumentem wszelkich konfliktów i działań mocarstw pozostanie interes narodowy – bez względu na to, czy w interesie pretendenta do hegemonii będzie pokojowy rozkwit handlu, czy też działanie zbrojne w celu zaznaczenia swej wyższości nad rywalem, bądź zdobycie strategicznych zasobów. Geopolityka nie musi brać jednak góry nad geoekonomią. Są to odrębne argumenty, których mocarstwa będą doraźnie używać w zależności od potrzeb i korzyści. Wobec powrotu historii wciąż aktualnym wydaje się zdanie wypowiedziane przez Charlesa De Gaulle’a, który stwierdził, iż „narody nie mają uczuć, tylko interesy”. Nie ma się co łudzić, – pomimo globalizacji – że mogłoby to ulec zmianie, podobnie jak geoekonomia nie zastąpi jeszcze całkowicie geopolityki.

————————————————————————–


[1] Marjorje Florestal, Does Free Trade Equals Peace?, http://www.tradevoices.com/free-trade-and-peace.html[2] Thomas L. Friedman, Was Kosovo World War III?, http://www.nytimes.com/1999/07/02/opinion/foreign-affairs-was-kosovo-world-war-iii.html[3] Thomas P.M. Barnett, The Pentagon’s New Map, http://www.thomaspmbarnett.com/Map_index.htm[4] Richard M. Ebeling, Can Free Trade Really Prevent War?, http://mises.org/daily/915[5] Robert Kagan, Powrót historii i koniec marzeń, str. 14[6] Alan Greenspan za John Maynard Keynes, Era zawirowań, str. 34[7] Francesca Steele, China overtakes Germany as world’s top exporter, http://business.timesonline.co.uk/tol/business/economics/article7077412.ece[8] Alan Greenspan, Era zawirowań, str. 352-354[9] ibidem[10] ibidem