Pax Americana w XXI wieku

W czasach, gdy w spragnionym uznania swojej roli świecie aspirujących państw tak wiele mówi się o powrocie do multilateralizmu łatwo może umknąć z pola widzenia realny obraz rzeczywistości i szersza perspektywa czasowa, w której dochodzi do zmian w systemie międzynarodowym. Nie, wcale nie żyjemy jeszcze w świecie post-amerykańskim. Pax Americana trwa. Natomiast, nie ma wątpliwości, że zaczął się już proces przeobrażania systemu. Co z tego wyjdzie – wojna, pokój, rewolucja – w dużej mierze zależy od tego, jak USA zdecydują się odpowiedzieć na tę powolną zmianę.

Czy potęga USA jest zagrożona? Na to pytania nadal nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi (Zdjęcie: peteykins.com)

Kilka dni temu Piotr Wołejko napisał tekst „Rentierzy z Pekinu, w którym uderzył w sedno dzisiejszego stanu porządków. „Krytyków tak zwanego Pax Americana nie brakuje, natomiast nikt nie próbuje zmienić tego układu”, zauważył autor. I słusznie.

Chiny? Nie widzą sensu podważania systemu, z którego czerpią korzyści. Ostatni kryzys finansowy pokazał, jak daleko jeszcze do momentu, w którym Państwo Środka uzna, że jest w stanie zdetronizować Amerykę. Chińczycy pomagając Stanom Zjednoczonym nie robili tego w geście współczucia, wyższości lub pychy – to była akcja ratowania siebie, własnej gospodarki uzależnionej od amerykańskich inwestycji, dolara, rynku zbytu, know-how.

Europa? Dawna świetność i ambicje tkwią w DNA, ale w polityce globalnej retoryka a praktyka to dwie różne sprawy – trudno pomyśleć o bardziej ukontentowanym ze status quo miejscu na ziemi. Pod skrzydłami „bezczelnych, żądnych krwi” Amerykanów jest nawet wygodnie, prawda? Rosja, Indie, Brazylia? W najbliższym otoczeniu ich znaczenie jest ogromne, ale poza regionem…

Pax Americana trwa, w 2008 roku Fareed Zakaria ogłaszając w swojej książce świat post-amerykański nie przebudował systemu międzynarodowego, lecz opisał rozpoczynający się proces, który w przyszłości ma doprowadzić do takiego, nowego stanu. Podobne wnioski, choć z argumentacją opartą na innej perspektywie, przedstawia jedna w ważniejszych książek politologicznych ostatnich lat (wydana również w 2008 roku) „World Out of Balance: International Relations and the Challenge of American Primacy” (czytaj wstęp). Jej autorzy – politolodzy Stephen Brooks i William Wohlforth – po dokładnych oględzinach pacjenta i jego otoczenia stwierdzili, że Stany Zjednoczone mają najbliższe dwadzieścia lat na ułożenie nowego świata po swojemu. Co pozwala im sądzić, że Ameryka ma wystarczająco dużo siły, aby to zrobić?

World Out of Balance

W swoim wywodzie Brooks i Wohlforth wytoczyli działa przeciw głównym szkołom myślenia o stosunkach międzynarodowych. Uznali, że po upadku ZSRR dwubiegunowy system przekształcił się w świat jednobiegunowy, a dominacja Ameryki podważyła wszelkie dotychczasowe koncepcje tłumaczące realia.

Jak zauważają autorzy, w tej chwili nie ma właściwie żadnej poważnej zorganizowanej grupy państw próbującej na szeroką skalę balansować potęgę Stanów Zjednoczonych (założenie realizmu). Tym samym, według politologów, idea równowagi sił traci moc wyjaśniającą. Przytoczone przez autorów dane mają potwierdzić ich tezę:

W latach 2003–2006 (ostatnie dostępne autorom dane) Amerykanie przeznaczali na obronę 46 procent wydatków świata na ten cel. Pozostałe państwa, z grona tzw. potęg, nawet nie próbowały się mierzyć – udział Chin wynosił cztery procent, Rosji trzy, Wielkiej Brytanii pięć. Należy przy tym pamiętać, że wliczone w to są wydatki na badania i rozwój nowych technologii, których efekty widoczne są po latach. Poziomem inwestycji Ameryka zapewnia sobie przewagę na lata, a różnica zasobów Stanów Zjednoczonych i pozostałych państw w tym zakresie zniechęca konkurentów do prób otwartego równoważenia sił.

Zdaniem autorów, przykładem dominacji Ameryki, która podważa założenia innej szkoły – skupionej na współzależnościach ekonomicznych (liberalizm) – była sytuacja z okresu początków wojny w Iraku. Mimo zdecydowanej różnicy poglądów między administracją Busha a przywódcami Francji i Niemiec na arenie ONZ, państwa te nie próbowały przenosić antagonizmów do innych ważnych dla nich instytucji (np. WTO). Możliwości odwetowe Stanów Zjednoczonych w zakresie gospodarczym skutecznie zniechęciły pozostałe kraje do tego typu działań. Jak twierdzą Brooks i Wohlforth, USA będą z reguły mniej poszkodowaną stroną w sporze natury handlowo-ekonomicznej. Rachunek wszystkim wychodził tak samo.

A co z legitymacją państwa na arenie międzynarodowej, która pomaga przepchnąć własne idee, zdobyć zaufanie, przychylność innych, a tym samym ułatwić sobie prowadzenie polityki (konstruktywizm)? Politolodzy nie mają wątpliwości: „można nie lubić Stanów Zjednoczonych, ale równocześnie uważać ich przywództwo za naturalne w ramach zastanej sytuacji oraz najlepsze spośród istniejących opcji.”

Brooks i Wohlforth rozdają ciosy po równo, ale ostatecznie nie odcinąją się od myśli Fareeda Zakarii – USA nie słabną, ale reszta powoli rośnie. Tematem rozważań i przedmiotem decyzji powinna stać się zatem kwestia tego, jak Ameryka ma ułożyć nowy świat wygodnie dla siebie, równocześnie wciągając do współpracy innych. Tu autorzy ujawniają swoje preferencje – wiarę w moc współpracy w ramach instytucji (nurt liberalizmu instytucjonalnego), jako środka umocowującego dominację Ameryki, i poskramiającego zapędy innych. Za najlepszy dotychczasowy pomysł budowy nowego globalnego ładu uznają Princeton Project on National Security – raport sporządzony w 2006 roku przez grupę ekspertów pod kierownictwem dwojga politologów uniwersytetu Princeton (głównych przedstawicieli szkoły liberalnego instytucjonalizmu): G. Johna Ikenberry oraz Anne-Marie Slaughter. Proponowana agenda koncentruje się na zmianach w międzynarodowych instytucjach (m.in. poszerzenie RB ONZ, nowe zdefiniowanie roli NATO), współpracy w zwalczaniu zagrożeń transnarodowych (terroryzm, pandemie) oraz szerzeniu rządów prawa (trochę inna wersja szerzenia demokracji). Raportowi dodaje smaczku fakt, że wraz z nastaniem administarcji Obamy Anne-Marie Slaughter została szefem wydziału planowania strategicznego w Departamencie Stanu. Nie jest tajemnicą, że Hillary Clinton często konsultuje z nią swoje decyzje.

Czy Brooks z Wohlforthem mają rację w swojej analizie? Tak, bo system międzynarodowy nie zmienia się tak szybko, jakby to wynikało z relacji mediów. Nie żyjemy jeszcze w świecie post-amerykańskim. Ale druga część odpowiedzi będzie negatywna – w skali globalnej Ameryka jeszcze długo pozostanie „jedynakiem”, to jednak nie zmienia faktu, że powolne nabieranie krzepy przez kraje w różnych regionach świata spowoduje w końcu utratę dotychczasowej swobody doświadczanej przez Stany Zjednoczone. Balansowanie w końcu stanie się bardziej widoczne. Gra się zaostrzy – zarówno geopolityczna, jak i geoekonomiczna. Czy można temu zapobiec? Brooks i Wohlforth twierdzą, że nowy kształt instytucji międzynarodowych może utemperować przyszłe zachcianki pewnych siebie państw, wciągnąć je do wspólnego decydowania o świecie. Że Ameryka powinna korzystać z możliwości modelowania tego kształtu, póki ma ku temu największe możliwości. Że ma na to najbliższe dwadzieścia lat. Ich wiara w moc instytucji jest jednak zastanawiająca.

Piotr Wołejko w przywoływanym na wstępie tekście zauważył, że Chiny nie stanowią dziś siły rewolucyjnej, podważającej status quo. Czy można sądzić, że kiedy poczują się wystarczająco pewnie nie będą chciały sprawdzić wytrzymałości rusztowania? Wtedy jednak to nie instytucje ograniczą ich działania. Chiny zrobią tyle, na ile pozwoli im Ameryka. Tak samo, jak Ameryka zrobiła w Iraku tyle, na ile pozwolili jej inni. Żadna instytucja nie stanęła jej na przeszkodzie.

Jan Barańczak