Polityka niezależności Turcji – wzór do naśladowania?

W XIX i na początku XX wieku turecka dyplomacja nie była w stanie w stanie powstrzymać rozpadu Imperium Osmańskiego. Turcja była zbyt dużym państwem, ze zbyt wielką liczbą narodów pod swoją władzą. W czasie I wojny światowej opowiedziała się po niewłaściwej stronie – państw centralnych. W 1920 roku doszło do podpisania traktatu z Sevres, który likwidował imperium osmańskie. O potędze Turcy mogli sobie co najwyżej poczytać w podręcznikach od historii.

Turcja stała się republiką, a położenie geograficzne tego państwa spowodowało, iż po II wojnie światowej stało się naturalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Mało komu uśmiechało by się sąsiadowanie ze Związkiem Radzieckim, którego przywódcy łakomie patrzyli się na dostęp do cieśnin czarnomorskich, także Turcy grali z Amerykanami w jednej drużynie – stali się członkami NATO i udostępnili swoje terytorium dla działań amerykańskich. Jeśli chodzi o formę rządów, to mieliśmy do czynienia z demokracją kontrolowaną przez wojsko, strażnika świeckości państwa i odpowiedniego kursu polityki. Można jedynie domniemywać, iż operacje takie, jak zamachy stanu, nie działy się bez wiedzy Waszyngtonu i CIA.

Tymczasem upada Związek Radziecki i powstają nowe państwa. Armenia, Azerbejdżan i Gruzja. Rosja zostaje odepchnięta do cieśnin i przestaje być zagrożeniem dla Turcji. Ankara nadal jednak jest w NATO i znajduje się w bardzo bliskich relacjach z Amerykanami, którzy mają w Turcji bazy wojskowe, jak również wysyłają corocznie pomoc finansową. W nowych okolicznościach powstała szansa na prowadzenie niezależnej polityki zagranicznej i odnotowanie godny jest fakt, iż Turcy tak właśnie postanowili uczynić. Zarówno w ramach kontaktów ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie dezaktualizuje się zasada „Ameryka płaci, Ameryka wymaga”, jak też w ramach „tureckiej drogi do Europy”. Ankara dąży też do uregulowania swoich stosunków z Armenią, działając z pozycji silniejszego, a rząd Erdogana nie waha się stawać w opozycji wobec Izraela, swojego naturalnego sojusznika, kokietując jednocześnie Teheran. „Zero problemów z sąsiadami” – taką politykę starają się prowadzić obecne władze.

Integracja czy dezintegracja?

Jednym z argumentów za wejściem Turcji do Unii Europejskiej było stwierdzenie, iż kraj stałby się naturalnym pośrednikiem między Europą, a państwami muzułmańskimi. Do Azji, przez Turcję – mogłaby zakrzyknąć charyzmatyczna Catherine Ashton. Jest to koncepcja trochę podobna do tej, według której politykę wschodnią UE prowadzić miałaby Polska. Prawda jest taka, że Polska powinna dążyć do posiadania jak największego wpływu na politykę wschodnią UE, aczkolwiek nigdy nie będą to działania samodzielnie – zawsze będzie to suma określonych interesów członków Unii. Z Turcją byłoby podobnie, z tą różnicą, iż Ankara stara się pełnić funkcję lidera regionu, bez namaszczania przez kogokolwiek, z racji swojego własnego potencjału.

Sama integracja z Unią Europejską, pomimo rozpoczęcia negocjacji, będzie procesem długotrwałym i niekoniecznie zakończonym happy endem. Wiele państw UE (w tym Francja, Austria, Niemcy) nie widzą Turcji we Wspólnocie. Na razie jesteśmy na etapie „warunków koniecznych”, które musi spełnić Turcja. Wspomnijmy chociażby o konieczności przestrzegania praw człowieka, których łamanie zarzucane jest Ankarze przy każdej okazji. Nawiasem mówiąc, sam premier Erdogan nie pomaga sobie mówiąc, iż może deportować 100 tysięcy Ormian. Ponadto pozostaje kwestia Cypru Północnego, okupowanego przez Turcję. Przypomnijmy, iż Cypr (ten grecki) jest członkiem Unii Europejskiej i nie jest uznawany przez Ankarę. Jego statki nie mają dostępu do portów na północy – apelować ma o to kanclerz Angela Merkel w czasie planowanej wizyty w Turcji.

Łatwo sobie można wyobrazić, iż to nie jedyne „warunki konieczne”, bez których nie dojdzie do akcesji. Ktoś wyobraża sobie implementację unijnego prawa? „Stara Europa” nie chce na razie Turcji – lata będą upływały, a Turcja nadal będzie poza wspólnotą. Zwłaszcza teraz, gdy europejskie gospodarki mocno odczuły skutki kryzysu gospodarczego.

Przyciąganie i odpychanie Stanów Zjednoczonych

Turcy są realistami, dlatego coraz bardziej zbaczają z drogi europejskiej, formalnie prowadząc negocjacje z UE, a skupiając się na kwestiach azjatyckich. Coraz bardziej zarysowują się różnice, w poszczególnych kwestiach, między Ankarą, a Waszyngtonem.

Turecka opinia publiczna nie przepada za Amerykanami. Gdy Erdogan skrytykuje Waszyngton – punktuje, to samo dotyczy Izraela. Jednocześnie jednak nie zanosi się na rozwód, gdyż, pomimo oficjalnych rozbieżności, stosunki między tymi państwami są zbyt ścisłe. Ostatnio Turcy ogłosili, iż zamierzają kupić amerykańskie Patrioty. Ankara również wie, iż jeżeli dojdzie do wyścigu o dominacje w regionie pomiędzy Turcją, a Iranem, Amerykanie staną po stronie tureckiej. Przyjaźń opiera się również na udostępnieniu Turcji możliwości zakupu nowoczesnego sprzętu wojskowego i bezzwrotnej pomocy liczonej w setkach milionów dolarów.

Pomimo tego, identycznie jak w przypadku Izraela, Amerykanie nie potrafią kontrolować polityki tureckiej. Doskonałym tego przykładem są działania Turcji wobec Iraku. Ankara odmówiła Waszyngtonowi w 2003 roku możliwości wykorzystania baz wojskowych do ataku. Ponadto, Turkom nie podobało się, iż Kurdowie z Partii Pracujących Kurdystanu, traktowali Irak jako swoje źródło zaopatrzenia. Oficjalnie władze irackiego Kurdystanu nie popierają działań lewicowych radykałów, jednak dla swojego spokoju nie robili z nimi porządku, a ci bawili się w najlepsze przy granicy iracko-tureckiej. Skutkiem tego, Turcja wysyłała żołnierzy kilka/kilkadziesiąt kilometrów wgłąb Iraku. Skończyło się to skandalem, gdy wspomniani żołnierze zostali schwytani.

Współpraca z Iranem?

Różne jest też podejście do Teheranu. Ocena polityki irańskiej przez Stany Zjednoczone jest jednoznaczna. Turcy z kolei, korzystając z w/w zasady „zero problemów z sąsiadami” próbują z ajatollahami rozmawiać. Co więcej, Ahmadineżad jest w Turcji popularnym politykiem. „Na udział Iranu w projekcie naciska Turcja, a sprzeciwiają się Amerykanie. Związanie Iranu z projektem byłoby przecież polisą ubezpieczeniową dla Teheranu. Dla Turków najważniejszy jest biznes i wbrew Stanom Zjednoczonym lansują udział Irańczyków. Sami Irańczycy twierdzą, ze bez ich gazu projekt Nabucco nie ma szans powodzenia, co by sugerowało, iż są zainteresowani porozumieniem w tej kwestii.” – pisałem w tekście „Rok Obamy – podsumowanie cz. 1″. To ucieczka do przodu – oswojony Iran przestałby być groźny, poważnie dywersyfikując dostawy gazu dla Turcji (Ankara żąda 10-15% gazu z Nabucco „na własne potrzeby”). Przystąpienie Iranu do projektu popierają równiez Azerowie. Sam Erdogan nie popiera polityki Obamy wobec irańskiego programu atomowego podkreślając, iż skoro Izrael może mieć broń jądrową, to czemu Iranowi odmawia się takiego prawa?

Ankara podpisuje porozumienia w sprawie dostaw surowców, z Irakiem, a na boku flirtuje z Rosją, by w razie problemów, nie zostać na lodzie.  Należy zwrócić uwagę na znaczenie portu w Ceyhan, do którego transportowana ma być ropa z irackich pól naftowych. Ponadto istnieje rurociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC). Został uruchomiony w 2006 roku, liczy sobie 1762 kilometry, a jego przepustowość sięga miliona baryłek dziennie. Z Ceyhanu, trafiają do Europy. Czy nadal kluczowe położenie Turcji budzi u kogoś wątpliwości?

Warto rozmawiać

To drugie hasło przewodnie tureckiej dyplomacji. „Wiceprezydent Syrii Faruk al-Sharaa przyznał kilka tygodni temu, że w domu boi się otworzyć lodówkę, bo wyskoczy z niej turecki dyplomata. Turcja pośredniczy lub pośredniczyła między innymi w negocjacjach pomiędzy Syrią i Izraelem w sprawie Wzgórz Golan, pomagała się dogadać Syrii i Libanowi, irackim sunnitom i szyitom oraz przedstawicielom Hamasu i Izraela” – napisał Łukasz Wójcik w „Polityce” pod koniec listopada 2009. W świetle powyższych przykładów, ciężko byłoby zarzucić tureckiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych pasywną postawę.

Turcy zrobili jeszcze jeden krok. Podpisali porozumienie z Armenią w październiku 2009r.  Dokumenty nie zostały jeszcze ratyfikowane, ani przez stronę turecką, ani przez Ormian. Turcy tłumaczą, iż zrobią to, gdy Armenia wycofa się z Górskiego Karabachu (w proteście przeciwko jego zajęciu w 1993 roku Ankara zerwała stosunki dyplomatyczne z Erywaniem). Ormianie w odpowiedzi zdeklarowali, iż oni zagłosują, jeżeli najpierw zrobią to Turcy. „Zero progress” – jak podsumował to „The Economist”.

Jednocześnie Szwecja i Komisja Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów, uznały wydarzenia z lat 1915-1917 za ludobójstwo. Turcja zareagowała m.in. wzywając na konsultacje swojego ambasadora ze Stanów Zjednoczonych i Szwecji oraz zapowiadając,  że nie będzie tolerować takich afrontów. Przeciwko rezolucji opowiadali się m.in. Barack Obama i Hillary Clinton, którzy – jeszcze jako senatorzy – ją gorąco popierali. Uroki rządzenia, a uroki bycia w opozycji.

Turcy w sprawie „rzezi Ormian” otrzymali poparcie od azerskiego parlamentu, który uznał rezolucję Izby Reprezentantów za cios w negocjacje azersko-armeńskie dotyczące Górskiego Karabachu. Tymczasem Azerowie są zaniepokojeni rozmowami pomiędzy Turcją, a Armenią, dlatego grają znaczoną kartą pt. „Nabucco” pokazując swoje niezadowolenie i hamując rozmowy.

Turcy ochłodzili za to swoje kontakty z Izraelem. Na płaszczyźnie politycznej, są obecnie niedobre – Ankara krytykuje postawę izraelskiego rządu wobec Palestyńczyków. Wykluczono go również z manewrów wojskowych, w których dotychczas brali udział. Z drugiej strony – kontrakty wojskowe kwitną i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. W retoryce dyplomacji tureckiej widać jednak zmianę, w kierunku państw muzułmańskich, kosztem Izraela i Stanów Zjednoczonych.

Turcy pokazują, jak powinna wyglądać dyplomacja w XXI wieku. Może warto wziąć z nich przykład, przy uwzględnieniu różnicy w położeniu i potencjale?