Polityka na Bliskim Wschodzie – fakty i mity

Po ostatnim wpisie pojawiły się ciekawe komentarze (na moim blogu na Salonie24.pl) dotyczące polityki na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza sytuacji dwóch państw – Izraela oraz Iranu. Odniosę się do postawionych w nich tez.

Na początku jednak rozwiązanie zagadki. Pytanie brzmiało: które z państw nie wspierało programu atomowego Iranu? a) Francja b) Stany Zjednoczone c) Chiny d) Rosja. Było to zadanie podchwytliwe, tzw. test wielokrotnego wyboru, gdzie prawidłowe mogą być zarówno wszystkie odpowiedzi, jak i żadna z nich. W tym wypadku mamy do czynienia z tym drugim wariantem. Wszystkie z w/w państw wspierały program atomowy Iranu, tylko w innym czasie. Amerykanie i Francuzi za czasu rządów szacha, a Rosjanie i Chińczycy, już po rewolucji. Zwracam uwagę na relatywizm polityki, bo teraz to Amerykanie i Francuzi stoją w pierwszym rzędzie państw zaniepokojonych irańskim programem atomowym.

Czy Izraelczycy obawiają się Iranu?

Pyzol wskazuje, iż Izraelczycy mają w pamięci wypowiedzi Ahmadineżada o “wymazaniu Izraela z mapy”, dlatego muszą działać. Problem ten poruszany był już kilkakrotnie. Piotr Wołejko zauważył niegdyś, iż słowa prezydenta Iranu przetłumaczone zostały – w tym przypadku – przez irańskie agencje, w sposób niedokładny. Nie zmienia to faktu, iż wypowiedzi Ahmadineżada jasno wskazywały, iż Iran może wykorzystać broń przeciwko Izraelowi i doprowadzić do “zniszczenia reżimu syjonistycznego”. To również prawda, iż w samym Izraelu obywatele zdają sobie pytanie nie czy, ale kiedy dojdzie do ataku.

Bardziej świadomi są jednak izraelscy politycy, co pokazuje wypowiedź Ehuda Baraka. Podgrzewanie atmosfery zaniepokojenia służy politycznie rządzącej koalicji – a zwłaszcza premierowi Netanjahu i ministrowi Liebermanowi. Powoduje również dwa istotne skutki. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa zajmuje się irańskim programem atomowym, który jest zagrożeniem dla izraelskiej hegemonii w regionie, po drugie, odciąga uwagę tej samej społeczność międzynarodowej od totalnego impasu w izraelsko-palestyńskim procesie pokojowym.

Karol123 słusznie zastanawia się, czy Iran jest zagrożeniem dla Izraela, czy zagrożeniem dla interesów Izraela. Chociaż niewątpliwie pozycja strategiczne Izraela, przekłada się również na jego bezpieczeństwo.

Czy Iran jest kolosem na glinianych nogach?

Gospodarka irańska nie od dziś znajduje się w fatalnym stanie. Irańczycy nie staną się potęgą, dopóki nie skorzystają z porady zawartej w haśle kampanii wyborczej Billa Clintona – “It’s the economy, stupid!”. Inflacja, bezrobocie i korupcja to trzy magiczne słowa opisujące obecną sytuację w Iranie,75%-80% gospodarki jest pod kontrolą państwa. Wybór Ahmadineżada oznacza utrzymanie obecnego stanu, a wręcz niebezpieczeństwo realizacji kolejnych “genialnych” planów gospodarczych, które zapewnić mają poparcie polityczne i są marnotrawstwem publicznych pieniędzy. Jeżeli Iran chce zostać mocarstwem na miarę swojego potencjału, musi zreformować swoją gospodarkę i zdobyć dostęp do najnowszych technologii. Bez częściowego przynajmniej otwarcia na Zachód będzie to niemożliwe. Co Pakistanowi po broni atomowej, gdy sytuacja gospodarcza i polityczna tego państwa jest obecnie fatalna?

Chamanei, Rada Strażników Rewolucji i Ahmadineżad trzymają się jednak mocno. Iran nie jest państwem demokratycznym, w rozumieniu europejskim, aczkolwiek nie jest to też państwo totalitarne. Jego “demokratyczność” oscyluje gdzieś na poziomie Egiptu. Tu i tu istnieje pewna swoboda działań, która w razie problemów zostaje reglamentowana. Wbrew relacjom mediów, na protest zdecydowało się tylko niewielka część irańskich obywateli. Marazm gospodarczy służy opozycji, która dzięki niemu ma szansę urosnąć w siłę – ludzie do 30 roku życia stanowią 60% obywateli i ich niezadowolenie to potencjalnie potężny czynnik, który mógłby zadziałać np. po śmierci Chameneiego.

Czy zniszczenie Izraela rozwiązałoby problem konfliktu na Bliskim Wschodzie?

“Gdyby nie było Izraela, nie byłoby problemu” – to jeden z najgłupszych argumentów zwolenników rozwiązania, które dyplomatycznie nazwę “pogonieniem Żydów z Ziemi Świętej”.

Wyobraźmy sobie, że Iran atakuje przy pomocy broni atomowej Izrael. Pytanie – czy przy okazji Holocaustu Izraelczyków, nie doszłoby do ludobójstwa również w stosunku do Palestyńczyków i obywateli izraelskich pochodzenia arabskiego? Czy nie istniałoby też ryzyko zniszczenia Wzgórza Świątynnego, świętego również dla muzułmanów? Odpowiedź na tak postawione pytania brzmi 2 razy tak.

Nawet teoretyczne “wymazanie Izraela z mapy” nie rozwiąże żadnych problemów Irańczyków, Palestyńczyków, Syryjczyków itd. Słusznie zauważa to Pyzol w swoim komentarzu, wskazując na przykład walczących w Afganistanie mudżahedinów, którzy najpierw pogonili Związek Radziecki, by później walczyć już między sobą.

Izrael jest rządzącym potrzebny jako wróg ideologiczny, często determinujący politykę wewnętrzną i zagraniczną. To dopiero byłaby tragedia, gdyby go nie było – np. Palestyńczycy kłóciliby się między sobą o stokroć bardziej, na pierwszy ogień poszłyby również problemy społeczne, dotąd zamiatane pod dywan. Gorzej żyłoby się wywiadom, służbom bezpieczeństwa i wojsku w poszczególnych państwach. Czy Hamas nadal dysponowałby tak jasnym celem istnienia? Czy nie spowodowałoby to spadku poparcia dla Hezbollahu? Itd, itd. Wszystkiego przecież nie uda się wytłumaczyć nienawiścią do Ameryki

Te “problemy” trwałyby do momentu znalezienia kolejnego wroga ideologicznego. Jego największą wadą byłoby jednak to, iż nie byłby tak blisko i prawdopodobnie nie budziłby w społeczeństwach muzułmańskich tyle emocji, co Izrael.

Izrael jest więc na Bliskim Wschodzie potrzebny – Asadowi, Ahmadineżadowi, Nasrallahowi i Meszalowi. Jego zniknięcie nie załatwiłoby żadnego z problemów, a jedynie stworzyło nowe. Aktualne zresztą pozostaje pytanie – czy Palestyńczycy nie uzyskali “tożsamości narodowej” właśnie dzięki temu, iż żyją na terenach rządzonych przez Żydów, a kilka milionów Arabów  zostało wypędzonych?

Brak pokoju na Bliskim Wschodzie to wyłącznie wina Izraela

Taką tezę stawia w komentarzu ulanbator. To fakt, iż Izrael – w kwestii posiadania broni atomowej – traktowany jest przez społeczność międzynarodową ulgowo. Nikt nie podnosi tego, iż Izraelczycy dysponują bronią atomową, a ich sąsiadom odmawia się tego prawa. Izrael tłumaczy, iż irański program atomowy jest dla niego zagrożeniem (i powołuje się na wypowiedzi irańskich notabli), gdy tak naprawdę chodzi o utrzymanie przewagi strategicznej w regionie. Analogicznie: Iran chce tę różnicę zniwelować, a broń atomowa to polisa ubezpieczeniowa – nawet jeżeli Iran nie dążyłby do jej produkcji, to w jego interesie jest utrzymywanie takiego wrażenia. Unii Europejskiej i Stanom Zjednoczonym odpowiada sytuacja, w której “demokratyczna wyspa” na Bliskim Wschodzie dysponuje przewagą zapewniającą jej bezpieczeństwo. Z punktu widzenia sprawiedliwości – Izrael nie ma większego prawa do broni atomowej niż Iran czy Egipt. Relatywizm państw potępiających irański program atomowy jest aż nadto widoczny. To gra interesów, w której wygodna aksjologia jest jedynie narzędziem.

Jeśli zaś chodzi o Palestyńczyków. Izrael, choćby nawet tego chciał, nie jest w stanie jednostronnie doprowadzić do pokoju. Analogicznie, Palestyńczycy, bez władz izraelskich, nie są w stanie osiągnąć tego samego efektu.  Obecnie tego pokoju nie chce ani rząd Netanjahu, ani podzieleni Palestyńczycy (ktoś wyobraża sobie negocjacje Chaleda Meszala, lidera Hamasu, a premierem Netanjahu?). Izraelczycy non stop poniżają Mahmuda Abbasa, reprezentującego “umiarkowanych” Palestyńczyków – ostatnio informując o kolejnej rozbudowie osiedli w Jerozolimie Wschodniej.

Nawet jeżeli władze izraelskie dojrzeją do decyzji o pełnym wycofaniu ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu Jordanu, co oznaczałoby likwidację osiedli, to wciąż pozostaje problem statusu Jerozolimy i powrotu wypędzonych w 1948 roku Palestyńczyków. Oto właśnie rozbiły się negocjacje cytowanego już Baraka z Arafatem. Więcej  informacji na temat problemów i możliwych rozwiązań w ramach procesu pokojowego znaleźć można w artykułach “Bliski Wschód: jak osiągnąć pokój?” oraz “Prawo do powrotu, a prawo do istnienia?”

Jeżeli ktoś uważa, iż może dojść do powstania państwa palestyńskiego bez porozumienia w/w kwestiach, to pogratulować mogę jedynie optymizmu. Projekt wspólnego państwa to już zupełne marzenia ulanbatora.

Pytanie, które można postawić na boku. Czy władzom izraelskim i palestyńskim zależy w tym momencie na porozumieniu pokojowym?

Dlaczego Pakistan nie jest traktowany przez Izrael jako zagrożenie, pomimo posiadania broni nuklearnej?

Pakistan jest państwem proamerykańskim i skupia się głównie na polityce wobec Afganistanu i Indii. W swojej polityce zagranicznej, nie uważa Izraela za państwo wrogie, chociaż niewątpliwie nie radują go kontrakty na dostawę technologii przez Izrael technologii militarnych do Indii. Islamabad nie jest też aktywny w kwestii palestyńskiej. Izrael i Pakistan działają zatem praktycznie niezależnie od siebie i bezpośrednio nie wchodzą sobie w drogę, a jednocześnie państwa te łączy zażyłość dolarowa ze Stanami Zjednoczonymi.

Patryk Gorgol