Bangkok: parlament spłynął krwią opozycjonistów

W Bangkoku antyrządowe demonstracje trwają już kolejny dzień. Wczoraj nastąpiło zapowiedziane przez Czerwone Koszule oblanie krwią budynku parlamentu. Co więcej, swoje poparcie dla Czerwonych, wyraziła bardzo ważna instytucja – tajska Komisja d.s. Praw Człowieka.

Liderzy "Czerwonych Koszul" oddający swoją krew przed budynkiem tajskiego parlamentu (Zdjęcie: M. Chodownik)
Liderzy "Czerwonych Koszul" oddający swoją krew na scenie w pobliżu Pomnika Demokracji (Zdjęcie: M. Chodownik)

Wczorajszy dzień rozpoczął się od oddawania krwi przez Czerwone Koszule, zwolenników byłego premiera Thaksina Shinawatry, obalonego przez wojskowy przewrót cztery lata temu,  któremu jakiś czas temu Sąd Najwyższy nakazał odebranie ogromnego majątku (1,4 mld dolarów amerykańskich), uznając, że został on zdobyty w sposób niezgodny z prawem. Liderzy zrobili to na wybudowanej scenie, na oczach zarówno swoich zwolenników, jak i całego świata. Manifestanci mogli oddawać krew w namiotach, ustawionych w pobliżu tejże sceny. Mimo tłumów, które ustawiły się w kolejce, by wesprzeć akcje oddawania krwi, zachowano niezbędne środki ostrożności oraz nie poddano się chaosowi: wszędzie czuć było alkohol, którego używano do dezynfekcji, korzystano z jednorazowych igieł i strzykawek, które szybko usuwano z pomieszczeń, a na rekach pielęgniarek, były niezbędne rękawice.

Sam pomysł oddawania krwi i oblewania nią bramy wjazdowej do Parlamentu, od samego początku wzbudził kontrowersje. Nie pomyślano o zagrożeniach, jakie rozlew krwi może przynieść (przede wszystkim choroby). Jak twierdzą Czerwone Koszule, chcieli tym gestem pokazać, że są w stanie oddać krew za swoje państwo, zachowując przy tym spokój i nie używając przemocy. Jest to jakieś wytłumaczenie, ale też i mało satysfakcjonujące – powinni, bo po to są, pomyśleć o wszystkim. Przed rozpoczęciem akcji wylewania krwi, odbyła się ceremonia, podczas której „poświęcono” ją a następnie rzucono klątwę na obecnych przedstawicieli rządu tajskiego. Mnie zaskoczyły rządowe siły zbrojne, które „przywitały” manifestantów pod budynkiem parlamentu. Mimo że dobrze uzbrojeni, zachowywali się wyjątkowo spokojnie: pozwolili manifestantom na przeprowadzenie demonstracji tak jak chcieli, i co więcej kiedy zorientowali się, że nie wszyscy mogą obejrzeć oblewanie bramy krwią, zaprosili demonstrantów do środka, czyli na teren rządowy! Po drugiej stronie znaleźli się głownie obcokrajowcy (w szczególności dziennikarze) choć znalazło się też kilku ochotników z szeregu Czerwonych Koszul, którzy z tego zaproszenia skorzystali.

Manifestacja przebiegła w bardzo entuzjastycznym nastroju: manifestanci śpiewali, krzyczeli, słowem – cieszyli się z podjętej akcji. Na twarzach widać było uśmiechy, które prowokowała głownie nadzieja na pomyślne zakończenie protestów. Dla nich był to ważny moment, w którym faktycznie mogli zademonstrować swoje stanowisko.

Zanim jednak do protestu pod budynkiem parlamentu doszło, wydarzyła się inna ważna dla przebiegu manifestacji rzecz – konferencja prasowa. W spotkaniu udział wzięli przedstawiciele Komisji ds. Praw Człowieka w Tajlandii, lider Czerwonych Koszul, rzecznik prasowy UDD oraz reporterzy międzynarodowych mediów. Podczas przemów omawiano obecna sytuacje kraju. Prawdziwym wydarzeniem była wypowiedź przedstawicielki Komisji ds. Praw Człowieka, która oznajmiła, że w konflikcie rząd – Czerwone Koszule, ów Komisja trzyma stronę Czerwonych Koszul. Dodała również, że jutro wybiera się na rozmowy z rządem tajskim, by omówić kwestie łamania praw człowieka i niesprawiedliwości w Tajlandii, jak również poruszyć temat Reds’ow i trwających od kilku dni manifestacji. Poparcie ze strony Komisji ds. Praw Człowieka, to znaczący akt, z którym trzeba się liczyć, choć może jest to kolejna gra polityczna? Tego zapewne dowiemy się niebawem.

Wydaje się też, że pieniędzy, których miało już brakować (według spekulacji, pieniądze miały się skończyć w środę) jeszcze trochę pozostało: manifestacja będzie trwać tak jak trwała. Na jutro zapowiedziano też oblanie krwią domu obecnego premiera Tajlandii. Czy to dobry pomysł? Odpowiedz pozostawiam czytelnikom.

Dziś znów miałam przyjemność porozmawiać z rzecznikiem prasowym UDD – Seanem Boonpracong’iem. Tym razem pytałam o wizerunek Czerwonych Koszul w mediach. Oboje byliśmy zgodni, co do kontrowersji jakie przysporzył ruchowi akt oblewania krwią budynku rządowego. Jak wyjaśniłam na początku, według przedstawiciela UDD, był to symboliczny gest, który wyrazić miał wielkie oddanie Czerwonych. Od początku rzecznik UDD miał wątpliwości, że pomysł oddawania krwi przez wszystkich do najlepszych nie należał, ale nie on w tych kwestiach decyduje. Skoro podjęto taka decyzje – on musiał się z nią pogodzić. Dziś, jak wynikało z rozmów, zobaczył w tym pomyśle jeszcze inne aspekty.

Zgodziliśmy się też, że media wykreowały negatywny wizerunek Reds’ow. Jeśli chodzi o tajskie media, sprawa jest dość oczywista i kryje się pod słowami „cenzura” i „propaganda”. Dlaczego? Prawo w Tajlandii nie pozwala na utworzenie niezależnych mediów „emisyjnych” (radio, telewizja) – wszystkie są w rekach rządowych. Jeśli chodzi o prasę, to może ona być „sprywatyzowana”, z tą różnicą, że nad treścią artykułów i tak czuwa Komisja ds. Prasy w Tajlandii (jednostka, stworzona w 1997 roku, samoregulująca treści zawarte w gazetach). Do tego wszystkie media obowiązuje konstytucja, w której zaraz po zagwarantowaniu im „wolności słowa”, wymienia się wypadki, w których owa wolność (czy prawo) przestaje obowiązywać. To może być powodem negatywnego wizerunku Czerwonych w mediach jak i na pewno jest jedna z przyczyn obecnej manifestacji – brak wolności słowa.

Od samego początku manifestacji Czerwone Koszule podkreślają „nierówność” prawa wobec nich – opozycjonistów oraz zwolenników obecnego rządu. Podają przykłady, kiedy ich działacze karani są o wiele surowiej niż „Żółte Koszule” (ruch prorządowy) i kiedy wszystko, co złe zrzuca się właśnie na ich ruch (np. skradziona przed manifestacjami broń, z którą, jak twierdzą, nie maja nic wspólnego). Wybielanie Reds’ow też nie jest rozwiązaniem, bo w każdej plotce jest część prawdy (swoje też dodaje historia współczesna Tajlandii), jednak wizerunku „wroga narodu”, jakiego się dorobili, nie da się ukryć.

Kolejną kwestią poruszoną z Seanem Boonpracong’iem, była wciąż intrygująca postać byłego premiera Tajlandii – Thaksin’a. Na pytanie jak duży wpływ na decyzje Czerwonych i UDD ma przebywający zagranica Shinawatra, rzecznik prasowy odpowiada – „Żadnego”. Mało przekonujące, kiedy widzi się transparenty z wizerunkiem byłego premiera na każdym kroku, a jego nazwisko pada często. Sean Boonpracong twierdzi jednak, że Thaksin nie wpływa na działania liderów Czerwonych Koszul i UDD a decyzje, które podejmują nie są, według niego, konsultowane z Shinawatrą.

Na koniec tylko tyle, że obie strony konfliktu zapewniają, że zrobią wszystko, by manifestacje wciąż przebiegały pokojowo. Po dzisiejszym „wyciągnięciu ręki” przez rządowe siły zbrojne, wydaje się to być do osiągnięcia… chyba, że to kolejna zagrywka?

Magdalena Chodownik, Bangkok, Tajlandia