USA: winni są politycy, a nie system polityczny

Debata polityczna w Stanach Zjednoczonych zaczęła, na pewnym odcinku, przypominać tę w Polsce. Frustracja spowodowana niemożnością przeforsowania przez prezydenta Baracka Obamę co istotniejszych reform, które zapowiadał w trakcie kampanii wyborczej, narasta. Kontrolujący Biały Dom oraz obie izby Kongresu Demokraci zachodzą w głowę, dlaczego nic naprawdę ważnego im się nie udaje. Chłopcem do bicia okazała się opozycja – Republikanie oraz system polityczny, który sprzyja wstrzymywaniu zmian.

Czy w Polsce nie słyszymy analogicznych lamentów ze strony polityków znajdujących się aktualnie w posiadaniu władzy, wiecznie niezadowolonych dziennikarzy oraz społeczeństwa zdegustowanego fiaskiem klasy politycznej in gremio? Wystarczy podać przykłady dwóch ostatnich większości parlamentarnych, które niemożność podobno koniecznych zmian (głównie związanych z cięciami wydatków budżetowych) zawsze potrafiły zwalić na innych. Albo partnerzy koalicyjni nie pozwalają lub są po prostu awanturnikami, albo prezydent wszystko zawetuje, albo opozycja jest bezwzględna… Tłumaczeniom nie ma końca.

Trudno jednak zamaskować własną nieudolność. W Ameryce jest to naprawdę wielką sztuką w obecnej sytuacji, gdy jedna partia pociąga za wszystkie sznurki władzy. Płacz nad nieodpowiedzialną opozycją republikańską, która w Senacie używa procedury zwanej filibuster (pozwalającej blokować prace nad ustawami o ile nie zbierze się 60 głosów na 100 możliwych) jest kompromitujący dla polityków demokratycznych.

Wewnętrznie podzieleni, rozgrywający własne gierki (trochę nakręcani także przez rozmaitych lobbystów i grupy interesu) Demokraci sami są winni własnych porażek. Kilka kolejnych elekcji, m.in. w New Jersey czy Massachusetts pokazało niezadowolenie wyborców z takiego stanu rzeczy. Jednak reakcja Demokratów jest odwrotna od pożądanej – strach przed wyborczą apokalipsą staje się samospełniającą się przepowiednią. Szykuje się paraliż na Kapitolu, ponieważ kongresmani boją się wymiecenia w listopadowych wyborach do Izby oraz, częściowych, do Senatu.

W Polsce także okazuje się, że lepiej nie robić nic lub robić niewiele, byle nie zdenerwować jakiejś grupy wyborców. A że zawsze są jakieś wybory, mamy cudowne wytłumaczenie nieróbstwa i marnowania czasu przez kolejne ekipy rządzące. Jak nie wybory, to inne wymówki, częściowo przedstawione dwa akapity wyżej. Polskę do Ameryki A.D. 2010 przybliża także nieumiejętność porozumienia z drugą stroną sporu. Naprawdę nie ma możliwości odłożenia politykowania na bok, gdy na rozwiązanie czekają palące problemy? Druga kwestia, to postawa opozycji, która otwarta na dyskusję i gotowa do rozmów jest tylko w sferze retorycznej, najczęściej w telewizyjnym studio.

Nieumiejętność zajęcia się tym, co naprawdę interesuje wyborców powoduje zwalanie winy na system polityczny, który został tak skonstruowany, że o przeprowadzanie zmian jest trudno. System to ostateczna wymówka, także dlatego, że o zmienić systemu raczej się nie da (zwłaszcza bez porozumienia ponad podziałami). Demokraci biją teraz jak w bęben w Senat i grożą, jak wiceprezydent Joe Biden, że żadna demokracja nie przetrwałaby konieczności podejmowania decyzji superwiększością (60 na 100 głosów w Senacie, aby ominąć wspomniany wcześniej filibuster. Swoją drogą jest to procedura, którą można zmienić dość prosto, gdyż nie wynika ona w żadnym razie z Konstytucji USA).

Na naszym podwórku wszystkiemu winien ma być Prezydent, który może zawetować każdą ustawę. Lepiej więc nie przygotowywać ich wcale. Wcześniej zaś wszystko mogła zablokować bezwzględna opozycja, która bez skrupułów i przy aplauzie większości mediów atakowała rząd jak tylko mogła. Nic, tylko się powiesić – albo wieść spokojny żywot polityka, bez większych trosk i zmartwień, no bo przecież trudnych reform nie da się wprowadzić w życie. Można wtedy żyć od programu telewizyjnego do audycji radiowej i na odwrót, zajmując czas antenowy gadaniną o trzeciorzędnych sprawach oraz krytykować politycznych oponentów.

Tymczasem, zarówno amerykański, jak i polski system polityczny są funkcjonalne i posiadają mechanizmy, które pozwalają na przeprowadzanie zmian. Wymaga to jednak wysiłku od rządzących, a czasem także więcej niż odrobiny dobrej woli ze strony opozycji. Dopiero fiasko ciężkiej pracy oraz odrzucenie wszelkich kompromisowych propozycji przez drugą stronę pozwalają podzielić się winą z politycznymi przeciwnikami. Istotą amerykańskiego Senatu jest konserwatyzm oraz spowalnianie zmian. Rząd federalny, o czym przypomina w najnowszym wydaniu The Economist, z założenia miał działać powoli i pozwolić stanom samodzielnie zajmować się własnymi sprawami.

Podobnie w Polsce, prezydenckie weto jest do obalenia, jeśli uda się skłonić choć część opozycji do współpracy. Dopiero ewidentnie polityczne blokowanie propozycji większości sejmowej oraz wspieranie każdego weta, bez względu na wszystko, pozwalają mieć wątpliwości co do funkcjonalności systemu politycznego. Jednak dopiero po rozważeniu wątpliwości dotyczących klasy naszej klasy politycznej.

Sympatycznie jest winą za własną nieudolność obarczać bezosobowy system polityczny, jednak jak każde kłamstwo, i to ma krótkie nóżki.

Piotr Wołejko