Realizm: historia pewnego pokolenia

Siedem lat temu – 5 lutego 2003 roku – Colin Powell skłamał. Skłamał w żywe oczy miliardom patrzących na niego ludzi. A kłamstwo to było potężne i zabójcze (i samobójcze), jak armia którą zamierzał wysłać na drugi koniec świata. To było kłamstwo, które dla wielu znanych mi młodych Polaków, ludzi z mojego pokolenia w początkach wówczas dorosłego życia (urodzeni w latach 80.), stało się symbolicznym punktem odniesienia.

Colin Powell podczas przemówienia przed Radą Bezpieczeństwa ONZ (Zdjęcie: www.gwu.edu)

Prezentację Powella – ówczesnego sekretarza stanu USA w administracji George’a W. Busha – na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ oglądałem na żywo w telewizji. Przedstawienie było perfekcyjne: satelitarne zdjęcia, mapy, wykresy, liczby – wszystko zbadane, rozrysowane, opisane, tajne dokumenty pokazane ludzkości. Przekaz był jasny: Saddam produkuje broń masowej zagłady, Irak jest źródłem największego zagrożenia dla naszego świata, terroryści są jego przyjaciółmi. I na koniec pytanie – postawione domyślnie, bez konieczności artykulacji: komu wierzysz, dobry człowieku, Ameryce – symbolowi demokracji, wolności, pogromczyni totalitaryzmów – dysponującej najnowocześniejszą technologią wywiadowczą, która twierdzi, że w Iraku produkują broń zagłady? Czy może Saddamowi – irackiemu tyranowi, kłamcy, ludobójcy – który łże mówiąc, że jej nie ma? (No i na przyczepkę ten Tony Blair – czy te oczy mogą kłamać?)

Dla młodego Polaka wychowanego w duchu „Ameryki-Wyzwoliciela”, siły która stanęła oporem i powaliła sowiecki despotyzm, było to pytanie właściwie retoryczne. Tak, znana mi była historia świata, zachowanie i polityka zagraniczna (i wewnętrzna) Stanów Zjednoczonych w różnych okresach państwowości. Tak, znana mi była krytyka tej polityki. A jednak o historycznej prawdzie trzeba się często przekonać na własnej skórze. Jednorodny, dominujący ton publicznego dyskursu w Polsce i w świecie anglojęzycznym, który pokrywał się z komunikatem administracji Busha nie ułatwiał krytycznej analizy. To nie jest usprawiedliwienie, to opis realiów.

O tym, jak ideologiczne nawoływania, język, propagowanie wartości podszyte są obroną własnych interesów – państw, ich przywódców, lub każdego, kto ma jakikolwiek związek ze sprawą i wpływ na proces decyzyjny (i nie chodzi tu o jakiś spisek, lecz o rezultat ścierających się argumentacji, pozycji, spraw, korzyści) można było się przekonać dopiero wyjeżdżając z tego „zaczarowanego kręgu” opinii.

W Turcji w zimie 2003 roku było gorąco: młodzi Turcy – z kraju, który blisko współpracował z Ameryką w sferze militarnej i politycznej, skąd co roku tysiące studentów wyjeżdżało na studia na amerykańskie uczelnie (w roku akademickim 2003-04 było ich tam ponad 12 tys., polskich 10 razy mniej) – nie mieli złudzeń. Saddam jest okropny, ale amerykańscy marines niech się trzymają z daleka od tej części świata, tłumaczyli płynną angielszczyzną w uniwersyteckich kafejkach. Powszechnie mówiło się o „zagrożeniu” integralności Turcji w obliczu rozbicia jedności Iraku i powstaniu państwa kurdyjskiego. W marcu 2003 roku turecki parlament nie zgodził się na udostępnienie Amerykanom terytorium kraju do ataku na Irak. Stosunki z Ameryką weszły w nową, oziębłą fazę. Turcja wokół własnych granic chciała robić po swojemu.

Pamiętam też rozmowę z kilkorgiem Irańczyków – studentami na ankarskich uczelniach: nie, nie podobał im się reżim w ich własnym kraju; nie, nie uważali Saddama za miłego sąsiada; nie, nie chcieli amerykańskiego imperializmu (takiego słowa używali) z buciorami w Iraku. Historia mieszania się Stanów Zjednoczonych w wewnętrzne sprawy Iranu była im znana jak tabliczka mnożenia – to doświadczenie nauczyło ich jednego: w czynach i zamiarach Ameryki nie widzieli nic z tego, o czym oficjalnie mówiło się w pięknych słowach. Pozbawieni iluzji co do tego, jak wyglądają stosunki międzynarodowe, młodzi Turcy i Irańczycy wzdrygali się na dźwięk słów ze słownika Busha o niesieniu wolności, o walce dobra ze złem, itp.

Ale co z dowodami, które pokazywał Powell na forum ONZ? Kłamie, słyszałem odpowiedź gdziekolwiek pytałem. Każdy miał inne wyjaśnienie amerykańskich interesów w parciu do wojny, ale wspólny mianownik był ten sam: Powell kłamie. Z perspektywy regionu, z którego pochodzili sprawy wyglądały inaczej, niż widziała to świta Busha.

Siedem lat później, dla nas, Polaków, cała iracka epopeja wciąż wymaga rzetelnej analizy – czy wysyłając wojska do Iraku postąpiliśmy zgodnie z naszym interesem? Czy też wbrew niemu, a kierowaliśmy się emocjonalnym uniesieniem, retoryką zapalającą w nas płomień zadziorności i wyłączającą racjonalną ocenę sytuacji? Czy było warto poświęcić życie tylu ludzi – Irakijczyków, Amerykanów, Polaków, wszystkich innych (sic! na wojnie giną i rodzą się interesy, ale przede wszystkim umierają ludzie!)? Czy pisze się o tym w Polsce książki? Czy toczy się ważna debata? Odpowiedzi na te pytania są ważne, bo w polityce światowej powstają kolejne, podobne problemy, na które musimy być przygotowani.

Siedem lat po kłamstwie Powella w imieniu administracji Busha w sprawie Iraku, zaognia się sytuacja wokół Iranu. W niedawnym artykule Piotr Wołejko znakomicie wychwycił i przedstawił ostrą wymianę zdań na ten temat dwóch wpływowych amerykańskich politologów – Richarda Haassa i Stephena Walta. Dość tego, zawyrokował Haass na łamach amerykańskiego Newsweeka, czas na zmianę reżimu w Teheranie – Ameryka musi działać. Odpowiedział Walt: nie łaźmy tam, gdzie nas nie lubią, nie chcą widzieć i gdzie z naszym zrozumieniem sytuacji więcej zaszkodzimy sprawie (czyt. irańskiej wewnętrznej opozycji), niż jej pomożemy. (czytaj artykuł Piotra). W debacie publicznej powracają stare argumenty w znanej sekwencji: tym razem to irańska broń dostanie się w ręce terrorystów – terroryści (jeśli nie zrobią tego sami, własnymi rękami, przywódcy Iranu) wysadzą zachodni świat w powietrze – nie można na to pozwolić – trzeba działać – ? (tu czas dopisze odpowiednie stwierdzenie).

W tym kontekście warto przywołać artykuł z grudniowego numeru specjalistycznego pisma Journal of Conflict Resolution, w którym dwaj politolodzy z Uniwersytetu w Pittsburghu – Burcu Savun i Brian Phillips – na podstawie swoich badań wykazują, że państwa demokratycznego zachodu przyciągają uwagę terrorystów wcale nie swoimi wartościami, ani nie rodzajem ustroju per se, lecz specjalnym typem polityki zagranicznej, jaki prowadzą: jej ekspansywnością pozbawioną namysłu nad skutkami działań w kompletnie odmiennej rzeczywistości.

Siedem lat temu – 5 lutego 2003 roku Colin Powell skłamał, a jego kłamstwo dla wielu znanych mi młodych Polaków było dzwonem alarmującym do innego spojrzenia na świat – bez iluzji, że w stosunkach międzynarodowych istnieje idealizm; bez pretensji o to, że coś się należy za „samo bycie” lub „historyczne cierpienie”; bez wiary w to, że istnieje takie państwo, które w obronie własnych interesów nie zdecyduje się działać – na miarę swoich możliwości. Ale ten polityczny realizm wcale nie jest wyzuty z jakichkolwiek wartości – Hans Morgenthau, architekt współczesnej myśli realistycznej w stosunkach międzynarodowych, napisał, że polityka międzynarodowa nie jest głupawą młócką : To kwestia tego, jak korzystasz ze swojej siły, w służbie jakich zasad. Bowiem siła niesie ze sobą pewne obowiązki i ograniczenia. Dziś naszym (świata zachodniego) obowiązkiem jest stwierdzić, że nie zawsze musimy wymyślać innym, jak mają żyć; ograniczeniem, że w dzisiejszych czasach tzw. nation-building jest niemożliwe.

Jan Barańczak

  • cytat „Dziś naszym (świata zachodniego) obowiązkiem jest stwierdzić, że nie zawsze musimy wymyślać innym, jak mają żyć;”

    Niestety Rząd USA ciągle wymyśla innym jak mają żyć i dlatego jest tak nielubiany. Mam nadzieję, że Unia Europejska nie powtórzy ich błędów.